Minnesota Timberwolves – Power Ranking ZKNBA 2020/21 (21.)

Minnesota Timberwolves – Power Ranking ZKNBA 2020/21 (21.)

Zbliżamy się do drugiej dziesiątki – na czele trzeciej znajdują się Młode Leśne Wilki. Na ile stać ten wyjątkowo ofensywnie skonstruowany zespół pod wodzą Townsa i Russella?

30. Cleveland Cavaliers
29. Oklahoma City Thunder
28. Detroit Pistons
27. New York Knicks
26. Chicago Bulls
25. Sacramento Kings
24. Orlando Magic
23. San Antonio Spurs
22. Charlotte Hornets
21. Minnesota Timberwolves

Rotacja:

PG: D’Angelo Russell / Ricky Rubio
SG: Anthony Edwards / Malik Beasley / Jaylen Norwell
SF: Jarrett Culver / Josh Okogie / Jake Layman
PF: Juancho Henrnangomez / Jaden McDaniels / Jared Vanderbild
C: Karl-Anthony Towns / Naz Reid / Ed Davis

trener: Ryan Saunders

Aż siedmiu zawodników w rotacji Timberwolves to koszykarze mający 22 lata lub mniej. Liderzy (Russell i Towns) mają po 24-25 lat. Jest tu tylko dwóch gości mających 30 lat i więcej (Rubio i Davis). To naprawdę młoda ekipa, a co za tym idzie perspektywiczna – jako że duża część członków tego składu ma sufit jeszcze sporo nad sobą. Tymczasem już jest tu na tyle talentu, by myśleć o czymś więcej, niż ogrywanie się w NBA przy jednoczesnym szorowaniu po dnie tabeli. Talentu jest dużo. Russell w minionym sezonie był bardzo blisko Meczu Gwiazd. Towns był w zeszłym sezonie All-Starem, a także chyba już upewnił nas w przekonaniu, że jest najlepszym ofensywnie środkowym tej ligi.

No właśnie – Karl-Anthony Towns – wokół niego wszystko będzie się w Minneapolis obracać. W klubie może rosnąc presja na wyniki i to może nie być najlepsza wiadomość dla młodego wciąż lidera. Nie dlatego, że chcemy mu zarzucać słaby charakter. Towns ma za sobą prawdopodobnie najgorszy okres w swoim życiu. W przeciągu ostatnich kilku miesięcy odeszła jego matka, oraz kilkoro innych członków rodziny – wszyscy w związku z zakażeniem wirusem COVID-19. Może się okazać, że traumatyczne przeżycia nie ułatwią gry w koszykówkę na pełnym skupieniu. Zwłaszcza, że rodzina była blisko KATa w jego dotychczasowej przygodzie z NBA. Wypowiedzi samego zawodnika sugerują zresztą, że sport będzie dla niego teraz trudny. Choćby ta z przed kilku dni, z konferencji prasowej:

“Przez sporo [ostatnio] przeszedłem – przede wszystkim jeśli chodzi o moją mamę. Ostatniej nocy dostałem telefon, że straciłem wujka. Czuję, że życie dało mi trochę w kość i zahartowało mnie. Przez ostatnie 7 miesięcy widziałem wiele trumien. Było wiele osób, które w mojej rodzinie, w rodzinie mojej mamy, zostały dotknięte przez COVID-19. Jestem człowiekiem, który wciąż szuka odpowiedzi, chce wiedzieć, jak utrzymać bliskich w zdrowiu. Wygląda to tak, że ciąży na mnie ogromna odpowiedzialność. (…) Zawsze dawał mi uśmiech widok mojej mamy przy linii bocznej, widok tego, jaką radość czerpie z oglądania mnie na parkiecie. Ciężko będzie grać. Trudno mi powiedzieć, że sport może być dla mnie terapia. Nie sądzę, by gra w koszykówkę kiedykolwiek była już dla mnie terapią. Daje mi ona jednak szansę na przywołanie pięknych wspomnień, jakie zachowałem.”

Przeważnie analizujemy wszystko pod kątem czysto boiskowym, ale czynnik ludzki może być w tym sezonie wyjątkowo istotny. Towns będzie przez długie dni w podróży, z dala od swojej rodziny – a kiedy już do niej wróci, dręczyć może go obawa, czy z dalekiej podróży w gronie całego zespołu nie przywiózł wirusa. To problemy dotykające w tych czasach wielu z nas i zatruwające nasze codzienne życie. Życzymy Townsowi i sobie, jako kibicom koszykówki, żeby znalazł siłę i motywację do gry na najwyższym poziomie. Poprzedni sezon już był świetny. Średnie na poziomie 26,5 punktu, 10,8 zbiórki, 4,4 asysty, 1,2 bloku i skuteczność 41,2% za trzy przy 7,9 (!) próby na mecz. Ofensywna maszyna. A w tym sezonie są podstawy by myśleć, że będzie lepiej.

Jedną z takich podstaw jest Ricky Rubio. Na tym etapie kariery Hiszpana wiemy już, że ma swoje ograniczenia. Trzeba jednak mieć świadomość, że jego czucie gry i umiejętność rozegrania czynią zespoły lepszymi. Spójrzmy na Phoenix Suns z ubiegłego sezonu. Okazało się, że Deandre Ayton jednak jest świetny. Okazało się, że Devin Booker może wyglądać jeszcze lepiej. Czy duet Ayton-Booker można porównać do duetu Towns-Russell? Jeden do jednego na pewno nie, ale to duety młodych koszykarzy na podobnych pozycjach (a raczej na tych samych pozycjach, ale o nieco innej charakterystyce). Obecność Rubio powinna wywindować tę ekipę wyżej. Zwłaszcza Townsa, który powinien skorzystać na grze pick’n’rolli, a przede wszystkim pick’n’popów z brodatym Hiszpanem. Wśród zawodników, którzy grali w zeszłym sezonie przynajmniej 30 minut na mecz (czyli szeroko pojętych ‘starterów’), Rubio miał drugi najlepszy współczynnik asyst do strat, wynoszący 3,29 (przed nim tylko… Al Horford). Wynik tym bardziej imponujący, że w tej samej grupie miał także najwyższe assist ratio, a więc udział we wszystkich asystach zespołu – wynoszący aż 37,1%. Biorąc pod uwagę, że w minionym sezonie Wolves byli w trzeciej dziesiątce w statystykach dotyczących strat… Ricky może pomóc. Gra bez piłki D’Angelo Russella – przynajmniej w poszczególnych posiadaniach – też ma sens, w myśl dywersyfikacji opcji ofensywnych i nie trzymania się ciągle jednego schematu. W końcu Russell umie wykreować sobie pozycję do rzutu. Tak naprawdę to, nie wiadomo jak podejdzie do tego zagadnienia trener Saunders – czy będzie grał tym duetem obok siebie, czy jeden będzie zmiennikiem drugiego. Cóż – oba warianty na pewno będą grane – pytanie bardziej w jakim wymiarze minut.

Od tego dylematu zależy też gra wybranego z pierwszym pickiem draftu Anthony’ego Edwardsa. Jego charakterystyka i warunki fizyczne sugerowałyby raczej, że będzie to ofensywnie nastawiony rzucający obrońca. Możliwe jednak, że będzie wystawiany też na niskim skrzydle, gdzie w tych czasach z powodzeniem grywają i niżsi zawodnicy. Rywalizacja na pozycjach 2-3 będzie dosyć mocna – obok Edwardsa są też bardzo obiecujący Josh Okogie (może nawet bardziej jedynka, ale tam mało miejsca) i Jarrett Culver. A i Malik Beasley musi dostać swoje minuty – w minionym sezonie po trade deadline był etatowym starterem i notował ponad 20 punktów na mecz. Głębia składu na obwodzie jest zdumiewająca.

Trochę inaczej jest pod koszem, ale tragedii też nie ma. Tak naprawdę Karl-Anthony’ego Townsa otacza kilku mniej lub bardziej przydatnych zadaniowców. Najciekawszym z nich zdaje się być niezły już w zeszłym sezonie Juan Hernangomez. Smukły, wysoki chłopak, który przy okazji jest na tyle mobilny, by nie gubić wszystkiego w obronie. W minionym sezonie, po tym jak przyszedł do Wolves, dostawał po 30 minut na mecz i nieźle ten czas wykorzystywał. Naz Reid błysnął w ostatnim sezonie, kiedy dostał szansę wskoczyć na kilkanaście meczów do pierwszej piątki. Per36 oddaje ponad 7 trójek i trafia je na ponad 30% z gry – fajny zmiennik.

Głęboki skład, zastęp młodych graczy, liderzy wchodzący w prime, nieźle dopasowany weteran rozwiązujący kilka bolączek – czy coś może się nie udać? Może. Na zachodzie jest naprawdę sporo mocnych zespołów – to jest największy kłopot. Na wschodzie byłby to team playoffowy. Bo czy ten skład jest wyraźnie gorszy od jakiejś Indiany, czy Waszyngtonu? Zachód jednak – wciąż – wygląda trochę inaczej. Zwłaszcza, że obok ataku, który statystycznie może być jednym z najlepszych w lidze, jest jeszcze obrona. Ona jest równie ważna, a może nawet ważniejsza. Towns jest duży, długi, ale instynktów defensywnych jak nie miał tak nie ma. Kiedy wyciągnie się go trochę spod kosza, przestaje być kłopotem dla ofensywy rywali. D’Angelo Russell też geniuszem defensywy nie jest. uzupełniający tercet Beasley podobnie. Kiedy liderzy są tak wyraźnie ofensywnie usposobionych, przydaje się otoczyć ich defensywnymi ekspertami na kilku pozycjach. Ilu jest tu dobrych obrońców? Josh Okogie jest naprawdę dobry. Wybrany w drafcie McDaniels ma zadatki. Nie ma tego wiele. Może być ciężko zatrzymać rywali. Trzeba po prostu próbować nawrzucać więcej. Czasem się uda, a czasem nie.