Rozmowy w Paryżu, red flagi i „bajerka” trenerów. Chyliński odsłania karty: Sommer mógł zostać w Eurolidze

Rozmowy w Paryżu, red flagi i „bajerka” trenerów. Chyliński odsłania karty: Sommer mógł zostać w Eurolidze

Rozmowy w Paryżu, red flagi i „bajerka” trenerów. Chyliński odsłania karty: Sommer mógł zostać w Eurolidze
Michał Chyliński / foto: Tomasz Sokołowski

– Trenerzy to doświadczeni ludzie, którzy świetnie potrafią rozmawiać, niektórzy z nich potrafią lać wodę i koloryzować rzeczywistość. Jeden przez telefon zapewniał mnie, że jest opanowany i spokojny, a gdy zacząłem dzwonić do zawodników, którzy u niego grali, usłyszałem: “słuchaj Michał, facet to furiat i kompletnie nie kontroluje emocji”. Dla mnie to był momentalny red flag. Jeśli trener udaje kogoś, kim nie jest, bardzo szybko traci szatnię. Przy wyborze trenera dostałem od klubu dużą decyzyjność, za co jestem wdzięczny. Anders Sommer kupił mnie tym, że nikogo nie udawał. Gdy zapytałem go o porażki, nie ściemniał, tylko przyznał wprost, że rzadko bywał w takich sytuacjach i to będzie dla niego nauka – mówi Michał Chyliński, dyrektor sportowy Enea Abramczyk Astorii Bydgoszcz.

Astoria w środę wygrała ligę, a w czwartek wieczorem jego telefon rozgrzał się do czerwoności. Ponad dwudziestu trenerów z całej Europy zaoferowało swoje usługi beniaminkowi PLK. Jak w tym odnalazł się Michał Chyliński, który z parkietu płynnie przeszedł do gabinetu dyrektora sportowego? Jak wyglądała pięciogodzinna rozmowa w Paryżu? Czym urzekł go Duńczyk Anders Sommer? Były reprezentant Polski odsłania kulisy trenerskiego castingu w Bydgoszczy, mówi także o swojej niezależności u boku prezesa-weterana.

Karol Wasiek: Jak „żółtodziób” na stanowisku dyrektora sportowego wybierał trenera do klubu na poziomie PLK?

Michał Chyliński, dyrektor sportowy Enea Abramczyk Astorii Bydgoszcz: Jak wybierałem? Tak jak czułem, ale oczywiście mocno się przygotowałem do tego procesu. Po pierwsze, zebrałem wszystkie oferty, które dostałem, a było ich naprawdę dużo. Najpierw musiałem sprawdzić, kto gdzie pracował, w jaki sposób prowadził zespoły. Przygotowałem sobie konkretny zestaw pytań na rozmowy. Rozmawiałem też z Aaronem Celem, dopytując o jego perspektywę działania. Sporo też czytałem.

Czy Anders Sommer to dobry wybór władz Astorii Bydgoszcz?
73 użytkowników już oddało swój głos Ankieta
  • Tak
  • Nie
  • Tak
    69 głosów
  • Nie
    4 głosy
Wczytywanie…

Te spotkania były bardzo różne. Niektóre trwały godzinę, inne półtorej czy dwie. Czasem kończyliśmy po trzydziestu minutach, w zależności od tego, jak toczyła się rozmowa. Istotny był feeling. Łącznie takich wstępnych rozmów odbyłem około piętnastu. Część kandydatów odrzucałem na starcie – na przykład tych, którzy nie mieli doświadczenia jako pierwsi trenerzy, a było ich około 25. Nie chciałem podejmować ryzyka i brać kogoś, kto w swojej karierze był tylko asystentem. Takie nazwiska skreślałem. W trakcie rozmów robiłem notatki, wyciągałem wnioski, a potem zaczynało się sprawdzanie i podpytywanie w środowisku.

Rozmowy z zawodnikami, asystentami i ludźmi ze środowiska?

Dokładnie tak. Rozmawiałem z graczami, asystentami, ludźmi, którzy tych trenerów znają od podszewki. Pod tym wpływem zresztą skreśliłem kolejnych ludzi z listy. Gdy to grono się zmniejszyło, zacząłem sam oglądać mecze ich zespołów. Chciałem zweryfikować, czy to, co mi mówili na rozmowach, to prawda, czy tylko teoria. Patrzyłem, jak chcą grać, jak prowadzą drużynę na żywo, w jakim stylu. Trochę tych spotkań przeanalizowałem. Potem przeszliśmy do kolejnego etapu – rozmów twarzą w twarz, przez wideokonferencje. Na samym końcu zostało trzech, może czterech kandydatów. I tu już zdecydowało przeczucie. Z kim złapię lepszą chemię w codziennej pracy, kogo bardziej „czuję” i czyj pomysł na koszykówkę może czymś zaskoczyć naszą ligę. Ostatecznie wybór padł na Andersa Sommera.

Czy przyłapałeś kogoś na lekkim ściemnianiu w trakcie tych przesłuchań?

(śmiech) Oj, tak, tak. Wiadomo, trenerzy to ludzie, którzy potrafią świetnie rozmawiać. Są doświadczeni i potrafią “lać wodę”, koloryzować rzeczywistość i swoje własne dokonania. Dla mnie osobiście sporym red flagiem było to, gdy ktoś mówił, że u niego wszystko zawsze jest super, wszystko najlepiej. W życiu i w koszykówce tak nie ma – prowadząc drużynę, zawsze trafiasz na kryzysy, więc takie idealne opowieści od razu budziły moją czujność. Nie mówię, że ci trenerzy bezczelnie kłamią, ale po prostu lubią zastosować coś, co nazywamy dobrą “bajerką”.

Jaka była taka największa „bajerka”, którą zapamiętałeś?

Klasyk to opowieści o tym, jak bardzo dany szkoleniowiec kocha pracować z młodymi graczami, jak świetnie rozwijają się pod jego skrzydłami i jakie robią postępy. Potem wchodzę w statystyki, sprawdzam fakty, a ten trener w ostatnich latach praktycznie w ogóle nie miał młodzieży w składzie. Albo inny przykład: facet zapewnia, że jego filozofia to agresywna obrona i szybki atak, a potem włączasz mecze jego drużyny i widzisz wolne, pozycyjne granie, zupełnie bez agresji.

Często też pojawiały się piękne opowieści o świetnym podejściu psychologicznym i idealnym kontakcie z zespołem. A później dzwonisz do jednego, drugiego czy trzeciego zawodnika, którzy u niego grali – bo jedna opinia może być krzywdząca, ale trzy to już reguła – i słyszysz: „Słuchaj Michał, facet to furiat, kompletnie nie kontroluje emocji”. A w słuchawce pan opanowany i spokojny. Tacy ludzie sami się wykluczali. Szanowałem natomiast tych, którzy mówili wprost: „Wiem, że bywam szalony na linii, ale taki jestem”. Zawodnicy momentalnie wyczuwają sztuczność. Jeśli trener udaje kogoś, kim nie jest, błyskawicznie traci szatnię.

Czym w takim razie konkretnie kupił cię Anders Sommer?

Anders kupił mnie właśnie tym, że jest w stu procentach sobą i nikogo nie udaje. Ponadto wszystko, co mówił mi o swojej koszykówce, miało odzwierciedlenie w grze jego wcześniejszych zespołów. To niezwykle opanowany, spokojny człowiek, który nie leje wody. Jest bardzo wyważony w deklaracjach. Kiedy zadałem mu trudne pytanie, na które nie miał gotowej, idealnej odpowiedzi, nie wymyślał bajek, tylko powiedział wprost, że nie wie, jak zareaguje, bo musi to przeanalizować.

Zapytałem go wprost o porażki. Umówmy się – on jako pierwszy trener w swojej dotychczasowej karierze niewiele przegrywał. Z Bakken Bears zdobył cztery mistrzostwa z rzędu, na krajowym podwórku jego zespół dominował. Oczywiście życzę mu i nam samych wygranych, ale w PLK realia mogą być inne i trzeba brać pod uwagę, że trochę tych meczów jednak przegramy. Sommer przyznał mi rację. Powiedział szczerze, że rzadko bywał w takich sytuacjach i dla niego to też będzie nowość oraz nauka, ale skupi się wtedy na chłodnej analizie. Imponował mi ten brak ściemniania.

Reasumując: cztery mistrzostwa Danii, wygrana liga ENBL, półfinał w FIBA Europe Cup czy praca jako asystent w Eurolidze to są konkretne argumenty, które mocno za nim przemawiały.

Zależało mi na wyborze trenera, dla którego przyjście do Bydgoszczy to krok w przód w jego karierze. Anders ma świeże spojrzenie, jest trenerem na dorobku, ale już z pewnym doświadczeniem.

Czy fakt, że w ostatnim roku Sommer prowadził zaawansowane rozmowy z innymi polskimi klubami miał znaczenie?

Miało to pewne znaczenie, choć nie było czynnikiem przeważającym. Pokazało mi to jednak, że jego nazwisko już wcześniej funkcjonowało na polskim rynku, że nasi działacze go monitorowali i dostrzegali jego potencjał. To był dla mnie taki dodatkowy, pozytywny sygnał.

Jak ma grać Astoria pod wodzą Andersa Sommera?

Agresywnie w obronie i szybko w ataku.

Wszyscy tak mówią, Michał!

(śmiech) Wiem, wiem! Na piętnastu trenerów, z którymi rozmawiałem, trzynastu zadeklarowało dokładnie ten sam styl. Tylko że diabeł tkwi w szczegółach – pod taki system musisz najpierw mądrze zbudować skład, a potem sprawdzić, czy trener faktycznie potrafi to z zawodników wyegzekwować. Rzucić hasło to jedno, a zrealizować je na parkiecie to drugie. W Andersie podoba mi się to, że nie jest trenerem ślepo zapatrzonym w swój system. Jeśli podpiszemy koszykarzy, przeanalizujemy ich, a w trakcie sezonu okaże się, że dany element nie funkcjonuje tak, jak zakładaliśmy, on potrafi elastycznie dostosować taktykę do posiadanego materiału ludzkiego. Nie będzie na siłę uczył ludzi rzeczy, których oni nie potrafią zrobić, tylko dlatego, że „on ma taką wizję”. To cecha wielkich trenerów. Pewne rzeczy musisz na graczach wymusić, ale nie nauczysz kogoś nowej koszykówki w dwa miesiące.

Czy to prawda, że poleciałeś specjalnie do Paryża, żeby spotkać się z Sommerem?

Prawda. Poleciałem tam razem z prezesem Dzedzejem. Anders zaprosił nas na pierwszy mecz finałowy ligi francuskiej, w którym Paris Basketball grało z AS Monaco. Wykorzystaliśmy ten czas maksymalnie – spędziliśmy z nim na rozmowach bite pięć godzin. Dyskutowaliśmy o wszystkim. Zaimponowało mi, jak kapitalnie był przygotowany do tego spotkania. Miał do nas mnóstwo pytań. To nie był monolog, gdzie to my go przesłuchiwaliśmy – on sam chciał szczegółowo wiedzieć, do jakiego miejsca trafia, z jakimi ludźmi będzie współpracował i na jakie warunki może liczyć. To pokazuje klasę i pewność siebie. Nie rzucił się na pierwszą lepszą posadę pierwszego trenera w ciemno, tylko podszedł do tematu niezwykle profesjonalnie.

Warto dodać, że Anders miał ofertę pozostania w roli asystenta w Paryżu. Wybierając naszą ofertę też wiele o nim mówi. Jest ambitny i chce sprawdzić się w realiach wymagającej ligi polskiej.

Czy miałeś gotowe odpowiedzi na wszystkie pytania Duńczyka?

(śmiech) Tak, myślę, że dałem radę. Może nie na absolutnie wszystko potrafiłem odpowiedzieć z głowy, ale na zdecydowaną większość tak. Poza tym, tak jak mówiłem, był ze mną prezes Bartłomiej Dzedzej, więc w trudniejszych tematach zawsze służył mi wsparciem.

Czy Michał Chyliński czujesz pełną niezależność w swoich decyzjach? Do tej pory to prezes Dzedzej odpowiadał za wybieranie trenerów.

Mam tę niezależność, zdecydowanie. Oczywiście, jako rozsądny człowiek, mnóstwo kwestii konsultuję z prezesem. Jednak ta ostateczna, kluczowa decyzja należy do mnie i dostałem od klubu dużą autonomię, za co jestem bardzo wdzięczny. Wszystko omawiamy wspólnie, ale ostatnie słowo przy wyborze trenera było moje.

To nie wyglądało tak, że odciąłem się od prezesa, a potem nagle zadzwoniłem i powiedziałem: „Cześć, to jest nasz nowy trener”. Cały czas na bieżąco relacjonowałem mu przebieg rozmów i dzieliłem się moimi odczuciami. Nie uważam się za żadną alfę i omegę, nie wiem wszystkiego. Zdaję sobie sprawę, że Bartek ma ogromne, bodajże 15-letnie doświadczenie w tym biznesie. Głupotą byłoby z tego nie korzystać. Wiele rzeczy konsultowałem i będę konsultował nadal, bo przede mną wciąż mnóstwo nauki i nowych sytuacji. Uważam, że właśnie tak powinno się budować profesjonalny klub.

Jak wyglądały pierwsze dni w roli dyrektora sportowego?

To był prawdziwy natłok. W środę świętowaliśmy awans, a w czwartek wieczorem miałem na telefonie propozycje od – lekko licząc – dwudziestu trenerów. Wszystko działo się błyskawicznie, głównie za pośrednictwem agentów, choć pamiętam, że jeden szkoleniowiec odezwał się do mnie bezpośrednio sam. Ten pierwszy tydzień po awansie był dla mnie pod tym względem potwornie trudny i intensywny. Z czasem sytuacja zaczęła się klarować i uspokajać. Oczywiście czas nas wszystkich oceni, ale ja mocno wierzę w ten wybór. Przeanalizowałem temat od każdej strony.

Czy do samego końca podczas procesu decyzyjnego było rozważane nazwisko Roberta Skibniewskiego?

Tak, absolutnie. Robert Skibniewski był w naszej ścisłej, finałowej trójce trenerów, których braliśmу pod uwagę.

Czy Mikko Larkas był brany pod uwagę?

Tak, nazwisko trenera Larkasa faktycznie pojawiło się na samym początku w naszych szerokich planach i rozważaniach. Jednak po głębszej analizie i pewnych wewnętrznych konsultacjach postanowiliśmy odpuścić ten kierunek. Dzisiaj już nawet dokładnie nie pamiętam, jaki był ten główny, decydujący powód, ale potwierdzam – temat krótko był na stole.