Cheikh Mbodj: Myślałem, że zakończę karierę w Polsce. Toruń był dla mnie drugim domem

Cheikh Mbodj: Myślałem, że zakończę karierę w Polsce. Toruń był dla mnie drugim domem

Cheikh Mbodj: Myślałem, że zakończę karierę w Polsce. Toruń był dla mnie drugim domem
Cheikh Mbodj / foto: Andrzej Romański / PLK

Przez cztery sezony zachwycał kibiców PLK efektownymi blokami, twardą grą pod koszem i ogromnym zaangażowaniem. Najpierw był jednym z liderów Czarnych Słupsk, później przez trzy lata stanowił o sile Twardych Pierników Toruń, z którymi sięgnął po Puchar Polski i był o krok od mistrzostwa kraju. Po opuszczeniu Polski jego koszykarska droga zaprowadziła go jeszcze do Francji, Japonii i Meksyku, a niedawno zakończył profesjonalną karierę. W rozmowie z nami Cheikh Mbodj opowiada o życiu po karierze, wspomina najlepsze lata spędzone nad Wisłą, zdradza kulisy swoich zagranicznych transferów i nie ukrywa, że Toruń do dziś zajmuje szczególne miejsce w jego sercu.

Marcel Drozdowski (Z Krainy NBA): Jeśli dobrze widzę, ostatnim twoim sezonem były rozgrywki 2024/25. Czy od tego czasu definitywnie zakończyłeś profesjonalną karierę, czy pozostawiasz sobie jeszcze furtkę do powrotu?

Cheikh Mbodj (ex Czarni Słupsk, Twarde Pierniki): Tak, 2024/25 to był ostatni sezon, w którym grałem profesjonalnie. Miałem jeszcze szansę, aby grać dalej, a emerytura była decyzją w ostatniej chwili. 

Powiedz, jak wygląda dziś twoja codzienność i jakie masz plany na przyszłość? Czy chciałbyś nadal działać w koszykówce – jako trener, skaut, menedżer lub w innej roli?

– Nie zdecydowałem jeszcze, czym będę się zajmował w przyszłości, ale najprawdopodobniej będzie to coś związanego z koszykówką. Chociaż niektórzy agenci chcą, żebym wrócił z emerytury i rozegrał jeszcze kilka sezonów, wciąż odmawiam. Nadal działam w środowisku koszykarskim jako trener i doradca. Obecnie skupiam się jednak głównie na rodzinie – będąc jednocześnie ojcem i trenerem. Moje dzieci interesują się koszykówką, więc pomagam im się jej uczyć i lepiej ją rozumieć. Ogólnie rzecz biorąc, życie po zakończeniu kariery jest naprawdę fajne. 

Czy Cheikh Mbodj to jeden z najlepszych centrów w historii Twardych Pierników?
23 użytkowników już oddało swój głos Ankieta
  • Tak
  • Nie
  • Tak
    19 głosów
  • Nie
    4 głosy
Wczytywanie…

Po raz ostatni w Polsce grałeś w 2019 roku. Później występowałeś we Francji, Japonii i Meksyku. Skąd pomysł właśnie na takie kierunki i co zadecydowało o tych wyborach?

– Cóż, kiedyś myślałem, że przejdę na emeryturę w Polsce. Toruń był dla mnie i mojej rodziny jak drugi dom. Jednak kariera zawodowa może zaprowadzić zawodnika w dowolne miejsce na świecie. Po zakończeniu przygody z Twardymi Piernikami Francja była wówczas moim przeznaczeniem. Znam tamtejszy język, a ponadto zawsze marzyłem o zamieszkaniu w tym kraju. Japonia również od zawsze była wymarzonym miejscem dla nas. Od najmłodszych lat podobała mi się tamtejsza kultura i styl życia, co ułatwiło podjęcie decyzji o grze w tym kraju. 

Meksyk był po prostu wynikiem mojej ciekawości. Byłem w przerwie między sezonami i wtedy pojawiła się okazja, by tam zagrać. Ponieważ miałem przerwę w rozgrywkach, pomyślałem: „Spróbuję, żeby zobaczyć, jak to jest” – i bardzo mi się spodobało. Jednak w tamtym momencie czułem się już komfortowo z perspektywą gry w Japonii do końca mojej kariery, dlatego wróciłem tam, gdy tylko sezon miał się rozpocząć.

Japonia to liga, która znacząco różni się od europejskich rozgrywek – przede wszystkim liczbą meczów i intensywnością sezonu. Jak wspominasz grę w takich realiach i jak wyglądało funkcjonowanie zawodnika przy tak napiętym terminarzu?

– Japońska liga zdecydowanie różni się od europejskich rozgrywek. Sezon zasadniczy to 60 meczów (bez play-offów) i tak naprawdę graliśmy tam dzień po dniu z tym samym przeciwnikiem. To sprawiało, że było jeszcze trudniej, między innymi ze względu na skauting. Jest tam wielu graczy po Eurolidze i NBA, ogólnie wielu dobrych graczy, co sprawia, że jest to ciekawe, fajne i bardzo konkurencyjne. 

Mogę powiedzieć, że moja miłość do gry i nastawienie doprowadziły mnie do adaptacji w Japonii. Bardzo lubiłem tam grać.

Grałeś na kilku kontynentach i poznałeś bardzo różne kultury. Który kraj lub liga najbardziej cię zaskoczyły – zarówno pod względem koszykówki, jak i życia poza parkietem?

– Myślę, że Japonia zaskoczyła mnie najbardziej. Pamiętam, że uwielbiałem grać i mieszkać w Polsce, ale Japonia naprawdę mnie zaskoczyła. Liga, styl życia, byłem w szoku, kiedy po raz pierwszy tam dotarłem. Kultura japońska jest naprawdę fajna i inna od wielu miejsc, w których byłem.

Masz za sobą występy w NCAA oraz Grecji, Włoszech, Polsce, Litwie, Francji, Japonii i Meksyku. Która z tych lig była dla ciebie najbardziej wymagająca i dlaczego?

– Największym wyzwaniem była dla mnie liga francuska. Każdy mecz był jak finał, niesamowicie zacięta walka. Co istotne, grałem we Włoszech, w drużynie, która występowała w Eurolidze i Eurocupie. Mimo, że zdobyliśmy puchar ligi włoskiej i mistrzostwo – co było niesamowitą przygodą – powiedziałbym, że Francja była jednak trudniejsza, bo ten rok był inny. Przed rozpoczęciem sezonu ogłoszono, że trzy ostatnie drużyny spadną z ekstraklasy, dlatego wszystkie kluby od samego początku walczyły o przetrwanie. To była bardzo ciężka koszykówka, ale jednocześnie świetna zabawa. Uwielbiałem grać w tak konkurencyjnym środowisku.

Przy okazji przeprowadzałeś się między kontynentami wiele razy. Jak wygląda życie zawodnika poza boiskiem? Co było najtrudniejsze w ciągłym zmienianiu krajów?

– Mogę powiedzieć, że nie było tak trudno przyzwyczajać się do nowego środowiska. Ze względu na koszykówkę, opuściłem dom już kiedy byłem dzieckiem, więc przyzwyczaiłem się do wychodzenia ze strefy komfortu. Na początku było trudno – bariery językowe, różnice kulturowe – ale po pewnym czasie, przyzwyczajanie się stało się łatwiejsze.

Wróćmy do gry w Polsce. Najpierw był naprawdę udany sezon w Czarnych Słupsk, a później trzy solidne lata w Twardych Piernikach Toruń. Jak dziś wspominasz ten okres swojej kariery?

– Sezon w Słupsku pozwolił mi poczuć się pewniej. Okres w Twardych Piernikach przyniósł jeszcze więcej pewności siebie, a także potwierdził, że to co robię na parkiecie jest w porządku. Ogólnie czas w Polsce ukształtował mnie jako zawodnika na dalszą część kariery, dodał tej pewności.

W Toruniu spędziłeś kilka lat i zdobyłeś z klubem między innymi Puchar Polski. Czy jest jakiś mecz, wydarzenie albo historia z tamtego okresu, która szczególnie zapadła ci w pamięć?

– Mam tak wiele wspaniałych wspomnień z Torunia. Wygranie Pucharu Polski, następny sezon to Superpuchar – było tak fajnie! Ale ten dzień, w którym nie mogłem się otrząsnąć, to porażka w siódmym meczu finałowym na własnym boisku przeciwko Anwilowi Włocławek… To był mój ostatni mecz jako zawodnik Twardych Pierników, co powoduje, że mówienie o tym jest jeszcze bardziej smutne. Fakt, że byliśmy tak blisko zwycięstwa sprawia, że to naprawdę bolesne.

Do dziś kibice Twardych Pierników bardzo dobrze Cię wspominają. Czy nadal utrzymujesz kontakt z kimś z tamtej drużyny albo z kibicami? Zdarza ci się śledzić jeszcze wyniki Torunia lub całej PLK?

– Toruń jest dla mnie wyjątkowym miejscem. Uwielbiam fanów, organizację i zawodników, z którymi dzieliłem parkiet. Wciąż mam z niektórymi kontakt. Rozmawiam z kilkoma fanami, którzy są moimi dobrymi przyjaciółmi. Wymieniam także wiadomości z kilkoma byłymi kolegami z drużyny – Łukasz Wiśniewski, Obie Trotter czy Rob Lowery. Czasami obserwuję także samą ligę. PLK niesamowicie się rozwija. To bardzo konkurencyjne miejsce, które ma wiele talentów. Aaron Cel świetnie sobie radzi w Warszawie i jestem z niego naprawdę dumny. Jego postać ma ogromny wpływ na to, co się tam dzieje. Krzysztof Sulima nadal jest potworem na boisku (śmiech). Cieszyłem się, widząc go grającego dla Zastalu i walczącego w finałach ligi.

Ty także potrafiłeś świetnie radzić sobie w strefie podkoszowej. Pamiętam twój pierwszy sezon w Polsce w barwach Czarnych Słupsk. Po tak solidnych rozgrywkach z pewnością pojawiło się zainteresowanie z wielu stron. Czy pamiętasz z kim wówczas prowadziłeś rozmowy i czy były w nich inne kluby z PLK oprócz Torunia?

– Po sezonie w Słupsku prawie trafiłem do Zielonej Góry. Jednocześnie mój agent kontaktował się także z kilkoma innymi zespołami. Finalnie podpisaliśmy kontrakt na Łotwie z Ventspils, gdzie mogłem zagrać w Lidze Mistrzów. Brązowy medal, bycie podstawowym centrem i występowanie w czołowym zespole ligi otworzyło wiele ciekawych możliwości.

Przez lata miałeś okazję rywalizować z wieloma znakomitymi zawodnikami. Kto był najtrudniejszym przeciwnikiem, przeciwko któremu przyszło Ci grać?

– Wymienię dwóch. Powiedziałbym, że to rywalizacja przeciwko braciom Gasol, kiedy grałem dla reprezentacji. To był najtrudniejszy rywal, z jakim kiedykolwiek się zmierzyłem – Marc Gasol na „czwórce” i Pau Gasol na „piątce”. Grałem wówczas na obu pozycjach, więc musiałem ich pilnować, tak jak oni musieli bronić mnie.

A jeśli zawęzimy to tylko do Polski – który zawodnik PLK zrobił na Tobie największe wrażenie?

– Było wielu graczy, którzy robili wrażenie w Polsce, ale wymienię czterech gości, którzy naprawdę imponowali. Trzech z nich to moi koledzy z drużyny. Pierwszym był Mateusz Ponitka. Zmierzyłem się z nim, kiedy grałem dla Czarnych Słupsk. Mimo, że to gracz obwodowy, byłem pod wrażeniem jego siły, motoryki i stylu gry. Drugi to Krzysztof Sulima. Ten gość ciężko pracuje i robi świetną robotę chociaż nie jest tak wysoki, jak inni podkoszowi. Następnie mamy Aarona Cela, prawdziwego specjalistę na „czwórce” z wysokim boiskowym IQ. Na koniec dodam jeszcze Damiana Kuliga. To maestro grający zarówno jako „czwórka”, jak i „piątka”. Byłem w tej samej drużynie z Sulimą, Damianem i Aaronem i wszyscy sprawialiśmy, że stawaliśmy się lepsi. Mam do nich wielki szacunek.

Patrząc z perspektywy całej kariery, czy jest jakaś decyzja lub transfer, który dziś podjąłbyś inaczej?

– Patrząc na moją karierę, niczego nie żałuję. Każda decyzja, którą podjąłem, była właściwa. To wszystko sprawiło, że jestem tym, kim jestem dzisiaj.

Gdybyś miał wskazać jeden moment, z którego jesteś najbardziej dumny, co by to było? Nie musi to być zdobyte trofeum czy najlepszy mecz – może to być wydarzenie, które najlepiej definiuje twoją karierę.

– Mogę powiedzieć, że reprezentowanie mojego kraju i występowanie przed moją rodziną. To był moment, z którego jestem najbardziej dumny jako koszykarz. To moje marzenie z czasów dzieciństwa. Teraz mogę powiedzieć, że już to zrobiłem – byłem reprezentantem Senegalu.

Na zakończenie, co chciałbyś powiedzieć kibicom w Polsce, a szczególnie tym z Torunia i Słupska, którzy do dziś bardzo dobrze cię wspominają?

– Kibicom w Polsce, którzy jeszcze o mnie pamiętają – z całego serca dziękuję. Sprawiliście, że w Polsce poczułem się jak w domu – zarówno ja, jak i moja rodzina. Jestem wam wszystkim na zawsze wdzięczny. Kocham was.