Chavaughn Lewis komentuje plotkę o grze w Libanie. Mówi wprost: jestem gotowy do gry!

Chavaughn Lewis komentuje plotkę o grze w Libanie. Mówi wprost: jestem gotowy do gry!

Chavaughn Lewis komentuje plotkę o grze w Libanie. Mówi wprost: jestem gotowy do gry!
Ch. Lewis / foto: Andrzej Romański / PLK

Niestety nie rozmawiałem z trenerem Miłoszewskim. Biorąc pod uwagę mój wiek i doświadczenie można by pomyśleć, że będzie między nami więcej komunikacji. Tak jednak nie było. Nie mam jednak zamiaru na to narzekać czy doszukiwać się tu dużego problemu. Muszę po prostu być gotowy do gry. To moja rola – mówi Chavaughn Lewis, zawodnik ORLEN Zastalu Zielona Góra:

Karol Wasiek: Jak czujesz się z tym, że w ogóle nie zagrałeś w ostatnim spotkaniu przeciwko Kingowi Szczecin?

Chavaughn Lewis, zawodnik ORLEN Zastalu Zielona Góra: Mówiąc szczerze, moja sytuacja przez cały ten sezon jest dla mnie dość trudna. Dołączenie do drużyny w trakcie rozgrywek z oczywistych względów nie należy do najłatwiejszych zadań. Robię to dopiero pierwszy czy drugi raz w karierze i zupełnie mi się to nie podoba.

Kiedy trafiłem do Zastalu, wchodziłem z ławki, grając po 20 minut w meczu. To nie jest idealny scenariusz dla mojego stylu gry ani dla roli, do której mnie tu sprowadzano. Trudno jest dowodzić zespołem, gdy jesteś rezerwowym i grasz tylko przez określoną liczbę minut. Musiałem jednak jakoś się w tym odnaleźć i w końcu to zrobiłem. To była trudna przeprawa.

Seria z Kingiem też nie należała do łatwych, bo wracałem prosto po urazie głowy. Obiecałem rodzinie, że nie będę forsował tempa powrotu, ale kiedy przegraliśmy pierwsze spotkanie, pomyślałem: „muszę wrócić”.

Czy Chavaughn Lewis będzie w rotacji Zastalu w serii z AMW Arką?
65 użytkowników już oddało swój głos Ankieta
  • Tak
  • Nie
  • Tak
    55 głosów
  • Nie
    10 głosów
Wczytywanie…

Więc każdego dnia ciężko trenowałem, by wrócić do pełnej dyspozycji. Wróciłem, ale w tym pierwszym meczu nie dostałem zbyt wielu minut. Pełne zrozumienie z mojej strony, bo byłem po prostu “zardzewiały” – miałem za sobą pięć dni bez żadnego treningu. 

Postanowiłem spotkać się w tej sprawie z trenerem. To bardzo trudne, gdy wracasz po kontuzji, a potem oczekuje się od ciebie błyskawicznego powrotu na najwyższy poziom.

Prawda jest taka, że samo granie po 10-15 minut przy moim stylu gry i konieczności bycia liderem, jest sporym wyzwaniem. Gdy wchodzisz na parkiet po urazie i dostajesz szczątkową liczbę minut, w których każdy błąd ma podwójne znaczenie, to kompletnie rozbija twój rytm. Uderza w pewność siebie. Musisz walczyć nie tylko z sędziami i trudnymi gwizdkami, ale też z taktyką innych drużyn, które są świetnie przygotowane.

Mamy play-offy, rywale są maksymalnie skupieni na tym, żeby wyłączyć cię z gry. Walczyłem z własną głową, walczyłem o minuty. Tego wszystkiego było po prostu bardzo dużo, co bywało mocno frustrujące.

Ale wiesz co? Dla mnie to był moment na znalezienie w tym wszystkim głębszego sensu. Wierzę, że Bóg stawia nas w określonych sytuacjach nie bez powodu. Zamiast się frustrować i złościć, musiałem odkryć to znaczenie i wrócić do głównego celu, dla którego w ogóle tu przyjechałem.

Jaki to był cel?

Przyjechałem po to, żeby pomóc drużynie przejść metamorfozę. I byłem w stanie to zrobić. Czasami do głosu dochodzi potężne ego – zresztą już wcześniej o tym rozmawialiśmy. Kiedy ono odzywa się w głowie, chcesz grać znacznie więcej, chcesz wyjść na parkiet i po prostu się pokazać. Dostajesz wiadomości od kibiców, którzy przejechali pół Polski, żeby zobaczyć cię w akcji i piszą ci, że tak wielu ludzi inspirujesz.

Dla mnie to był jednak świetny moment, żeby na chwilę usiąść i spojrzeć na to z boku: co tak naprawdę dał mój wpływ na ten zespół? Obserwowanie drużyny, grającej z takim zaangażowaniem w ostatnich meczach i rywalizującej na tak wysokim poziomie, przyniosło mi olbrzymią radość. Myślę, że gdybyśmy przegrali, brak gry bolałby mnie znacznie bardziej. Widok chłopaków wykonujących świetną robotę mnie bardzo ucieszył.

Ile wiadomości w stylu „dlaczego nie grałeś?” dostałeś na telefon po ostatnim meczu?

(śmiech) Powiedziałem żonie: „Słuchaj, na czas tej serii będę musiał albo zostawić telefon w Zielonej Górze, albo po prostu go całkowicie wyłączyć”.

Ja mam jedną zasadę – jedni powiedzą, że to zgubne, inni uznają to za świetną sprawę – zawsze odpowiadam kibicom. Za każdym razem, gdy dostaję wiadomość od fanów, odpisuję. Kibice chcą być blisko klubu, chcą czuć zaangażowanie. Staram się więc sprawić, by tak było. Problem w tym, że gdy coś przeczytasz, to nie da się tego po prostu usunąć z pamięci. Zostaje ci to w głowie i zmusza do analizowania rzeczy, o których wcale nie chcesz w trakcie play-offów myśleć.

Oczywiście była to lawina wiadomości. Wiele bardzo pozytywnych słów w stylu: „Niezależnie od tego czy grasz, czy nie, strasznie się cieszymy, że tu jesteś. Inspirujesz nas samą swoją obecnością”. Mnóstwo takich budujących tekstów.

Z drugiej strony przychodzą też wiadomości, które wywołują w tobie niezdrową presję udowodnienia swojej wartości. I tu bardzo łatwo można popełnić błąd. Wychodzę na parkiet następnego dnia, jestem tak bardzo naładowany energią, żeby udowodnić wszystkim dookoła moją przydatność, że ostatecznie psuję mecz. Czasem te głosy z zewnątrz potrafią uderzyć rykoszetem w formę, ale jak dotąd odczuwałem z tego tylko same pozytywy. Dobrze mieć z tyłu głowy, że na trybunach są ludzie, którym po prostu na tobie zależy.

Seria z Arką w półfinale to zupełnie nowy rozdział dla ciebie i dla zespołu. Rozmawiałeś z trenerem o swojej sytuacji przed rozpoczęciem tej rywalizacji?

Niestety nie. Ale tak jak mówiłem wcześniej: to jest dla mnie kolejne wyzwanie. W tym tkwi cała wartość. Biorąc pod uwagę mój wiek i doświadczenie weterana w tej lidze, można by pomyśleć, że będzie między nami więcej komunikacji i głębsza relacja. Tak jednak nie było.

Nie mam jednak zamiaru na to narzekać czy doszukiwać się tu gigantycznego problemu. Chodzi o znalezienie rozwiązania. To po prostu kolejna rzecz, o którą muszę się martwić. A właściwie… cofam to. Ja nie muszę się o nic martwić. Muszę po prostu być gotowy do gry. Jeśli wchodzisz na parkiet, dajesz z siebie maksimum. 

Czy pod kątem zdrowotnym jesteś gotowy do gry na 100 procent? Ten upadek z Miłoszem Majewskim wyglądał koszmarnie.

Cóż… nie sądzę, żebym jeszcze do końca doszedł do siebie. Wciąż odczuwam ogromne napięcie w szyi. Cały czas pracuję z fizjoterapeutami nad moim karkiem. Kiedy chcę się obejrzeć za siebie, często muszę obrócić całe ciało.

Początkowo mocno naciskałem jednak na szybki powrót po tamtym meczu. Musiałem jednak mentalnie całkowicie wyrzucić tę kontuzję z głowy, żeby odzyskać pewność siebie na boisku. Szczerze? Na początku czułem mały strach.

Gdy to w sobie przełamałem i ciężko przepracowałem ten okres, ten lęk o zdrowie zupełnie zniknął. Wielu lekarzy, z którymi teraz rozmawiam, mówi mi: „Hej, powinieneś zwolnić, wciąż możesz odczuwać pewne skutki uboczne uderzenia”. Słyszę od różnych osób, że widzą u mnie lekkie huśtawki emocjonalne, ale ja absolutnie tego nie czuję. Powtarzam im: „Czuję się świetnie”.

Chciałbym także poruszyć wątek plotki transferowej dotyczącej twojego ewentualnego wyjazdu do Libanu. Czy jest coś na rzeczy?

Prawda jest taka, że miałem mnóstwo okazji, żeby po prostu spakować walizki i opuścić ten klub w ostatnich miesiącach.

Czy możesz zdradzić coś więcej?

Zakulisowe rozmowy trwają cały czas. Rozmawiasz z agentami, słyszysz o ofertach. Inne kluby dzwonią do ciebie i sondują rynek: „Hej, słyszymy, że nie dostajesz minut. Twój trener chce, żebyś odszedł? Wiesz co, po prostu zagraj dla nas”.

Słuchasz tego wszystkiego, bo z tyłu głowy wiesz, że zawsze dobrze mieć awaryjne opcje. Ale ta konkretna sprawa z Libanem mnie zszokowała. Budzę się pewnego ranka, otwieram telefon i widzę posty w social mediach: “Lewis w Libanie”. Od razu przekazałem to mojemu agentowi z pytaniem: „Co to w ogóle jest?!”. A on na to: „Zignoruj to, pojęcia nie mam skąd to wypłynęło, po prostu zignoruj”. Taka sytuacja przydarzyła mi się absolutnie pierwszy raz w życiu.

Pamiętaj, że wielu ludzi, którzy dzisiaj są w lidze trenerami, to moi dawni koledzy, przyjaciele czy po prostu byli rywale z parkietu.

Dzięki temu masz takie relacje, w których możesz wejść w zupełnie niezobowiązującą pogawędkę. Ktoś z boku podłapie to uchem, dopowie sobie swoją teorię: „O, Chavaughn rozmawiał z ich szkoleniowcem, czyli na 100% zaraz do nich dołączy!”. Informacja trafiła do prasy i mieliśmy medialną bombę.

W tej plotce najgorszy był jednak niefortunny „timing”.

Pojawiła się ona dokładnie w tym trudnym momencie, kiedy moja pozycja w składzie była marginalna. Z punktu widzenia osób z zewnątrz, mój transfer wydawał się w tamtej sekundzie absolutnie logicznym krokiem. Wszystko składało się w jedną całość i werdykt kibiców mógł być tylko jeden: zaraz odchodzi, a to nie było prawdą.

Miało to wpływ na relacje w szatni?

Przyszedłem rano do hali i pytam chłopaków z zespołu: „Widzieliście to?”. Okazało się, że część naprawdę w to uwierzyła.

Spytałem ich wprost: „Czemu do mnie po prostu z tym nie podeszliście?”. Odpowiedzieli: „Myśleliśmy, że to tajemnica i i tak nam nie powiesz”. Złapałem się za głowę: „Panowie! Gdybym faktycznie odchodził z klubu, bylibyście pierwszymi, którzy by się o tym dowiedzieli!”. Musiałem natychmiast uciąć ten temat jeszcze na porannym rzucaniu, choć w duchu wiem, że niektórzy zawodnicy do dzisiaj mogą myśleć, że wtedy trochę mijałem się z prawdą! (śmiech)

Czy trener z tobą to wyjaśniał?

Nie.

To zaskakujące.

Dlatego też od początku podkreślam, jak dziwna to była dynamika. Pytałem nawet niektórych chłopaków z drużyny: „Hej, myślicie, że ta cała sprawa wpłynęła na to, że gram mniej?”. Odpowiadali ze wzruszeniem ramion, że nie mają pojęcia. Jak zawsze w koszykówce: masz wpływ tylko na niektóre rzeczy. Reszta to kwestie poza twoją kontrolą.

Zmierzając powoli do końca. Wspomniałeś o rozwoju młodych graczy w Zastalu. Chciałbym cię zapytać o Jakuba Szumerta, o którym sporo się mówi w kontekście wyjazdu do NCAA. Jak z twojej perspektywy oceniłbyś jego tegoroczny postęp? Co możesz powiedzieć o tym utalentowanym zawodniku?

To jest absolutne szaleństwo. Pamiętam moje pierwsze dni po transferze – gdy dowiedziałem się, ile ten chłopak ma lat, od razu wziąłem na cel, żeby złapać z nim bardzo bliski kontakt.

Pamiętam naszą pierwszą rozmowę w cztery oczy. Powiedziałem mu wprost: „Stary, nie jesteś po prostu gościem z potencjałem. Będąc w tym wieku, ty jesteś wybitnie utalentowanym graczem”. Znając kulisy jego poprzednich lat kariery, fakt, że wcześniej nie był w stanie grać, a potem obserwując to, jak radzi sobie teraz… pomyślałem sobie po prostu: „Co to w ogóle za fenomen?”.

Zawsze miałem w sobie ogromną potrzebę dbania o młodszych graczy, więc szybko uznałem, że muszę włączyć wszystkie swoje kontakty, żeby zapewnić mu jak najlepsze perspektywy rozwoju. Powiedziałem mu, że jestem gotów osobiście położyć własne nazwisko pod jego rekomendacjami.

Skontaktowałem się z trenerami w NCAA – wcześniej oczywiście pytając Kubę o zielone światło – by zapewnić mu całą listę możliwych ścieżek kariery. On absolutnie na to zasługuje. To świetny, skromny dzieciak z kapitalnym podejściem. Woda sodowa w ogóle mu nie grozi. Zamiast gadać – słucha.

Kiedy zaczynała się ta seria w play-offach, a on miał na samym początku delikatny dołek i problemy z treningami, ściągnąłem go na bok. Powiedziałem mu: „Widzę, że się denerwujesz. Jasne, to twoje pierwsze poważne mecze na tym etapie sezonu, ale to jest tylko gra w koszykówkę. Potraktuj te spotkania, jakby to był pierwszy mecz sezonu w październiku. Jesteś fenomenalny. Masz za sobą wsparcie całej koszykarskiej Polski, poparcie klubu, a twój lider bezgranicznie w ciebie wierzy. Wyjdź na parkiet, wyłącz myślenie i wygraj ten awans do półfinału dla nas wszystkich”.

Przytaczam tę anegdotę, bo ona doskonale pokazuje materiał, z jakiego ulepiony jest Kuba Szumert. Wielu dojrzałych graczy rozsypałoby się pod ciężarem takiej presji. Tymczasem ten młody gość po prostu staje na wysokości każdego wyzwania, które rzuci mu los. Aż skręca mnie z ciekawości, kiedy wyobrażam sobie, co przyniesie jego przyszłość.

Zawsze powtarzam chłopakom, że reprezentowanie swojego kraju to najwyższy zaszczyt. Nic nie przebije tego w karierze. Dlatego życzę Kubie najwspanialszej koszykarskiej drogi. Dogaduje się doskonale z absolutnie każdym zawodnikiem w szatni. Nie lubi dużo gadać, za to przemawia tytaniczną pracą.