Ateny czerwone od emocji. Olympiakos wygrał Euroligę, choć Final Four organizacyjnie zawiodło
Tegoroczny Final Four Euroligi w Atenach miał być świętem europejskiej koszykówki. I pod względem emocji rzeczywiście nim był. Miasto żyło turniejem od pierwszego dnia, kibice stworzyli jedną z najbardziej imponujących atmosfer ostatnich lat, a finał zakończył się niemal filmowym scenariuszem — lokalny Olympiakos sięgnął po trofeum przed własną publicznością. Jednocześnie trudno uciec od wrażenia, że organizacyjnie Euroliga nie udźwignęła własnego wydarzenia.
Podczas półfinałów wokół hali pojawiały się ogromne problemy. Kibice godzinami stali w kolejkach do wejścia, część osób nie mogła dostać się do środka mimo ważnych biletów, a media relacjonowały chaos związany z kontrolą bezpieczeństwa i przypisaniem miejsc. Były również przepełnione sektory, problemy z obsługą kibiców i fatalna komunikacja.
I właśnie w tym chaosie narodził się największy paradoks tego Final Four — bo im większe były organizacyjne problemy, tym bardziej imponowali sami kibice.
Ateny przez cały weekend oddychały koszykówką. W metrze, na ulicach i w portowym Pireusie dominowały czerwone barwy Olympiakosu. Tysiące fanów śpiewało jeszcze na wiele godzin przed meczami, a atmosfera przypominała bardziej piłkarskie derby niż turniej koszykarski. To był jeden z tych weekendów, kiedy Euroliga pokazała, że nadal ma wyjątkową, niepowtarzalną tożsamość.
Pierwszy półfinał pomiędzy Olympiakosem, a Fenerbahçe od początku miał ogromną intensywność, ale o wszystkim zdecydowała defensywa greckiego zespołu. Olympiakos praktycznie przez cały mecz dusił rywali agresją, pressingiem i świetną organizacją w obronie. Fenerbahçe miało ogromne problemy z kreowaniem łatwych punktów, a każda akcja wymagała od tureckiego zespołu ogromnego wysiłku. Hala żyła każdą dobrą defensywną akcją gospodarzy — przechwytem, zbiórką czy wymuszoną stratą. Właśnie wtedy było widać, jak wielką energię Olympiakos czerpie z własnych kibiców. To nie był ofensywny koncert, tylko pokaz siły mentalnej i defensywnej dyscypliny, który dał Grekom awans do finału.
Drugi półfinał między Realem Madryt a Valencią miał zupełnie inny charakter. Było więcej płynności w ataku i więcej koszykarskiej jakości po obu stronach. Real tradycyjnie próbował kontrolować tempo doświadczeniem swoich liderów, ale Valencia długo utrzymywała kontakt dzięki bardzo odważnej grze i skuteczności z dystansu. Ostatecznie jednak doświadczenie madrytczyków zrobiło różnicę w końcówce i to Real zameldował się w finale, po raz kolejny pokazując, że w meczach o najwyższą stawkę potrafi zachować spokój lepiej niż ktokolwiek inny w Europie.
Finał Olympiakosu z Realem miał atmosferę, jakiej Euroliga dawno nie widziała. Każdy trafiony rzut gospodarzy powodował eksplozję hałasu w hali, a przewaga własnego parkietu była odczuwalna praktycznie w każdej akcji. Real próbował odpowiadać doświadczeniem i spokojem, ale Olympiakos grał z niesamowitą energią, szczególnie po bronionej stronie parkietu. Grecy narzucili fizyczne warunki gry i momentami wyglądali tak, jakby byli napędzani samą atmosferą trybun.
Sam finał nie był koszykarskim arcydziełem pod względem ofensywy, ale miał wszystko, czego oczekuje się od wielkiego meczu o trofeum: napięcie, walkę i gigantyczne emocje. A kiedy końcowa syrena potwierdziła triumf Olympiakosu, Ateny dosłownie eksplodowały.
W tym zwycięstwie było coś symbolicznego. Po latach coraz bardziej „sterylnych” wielkich imprez Euroliga wróciła do miasta, które żyje koszykówką na co dzień. Olympiakos nie wygrał trofeum gdzieś daleko od swoich kibiców. Wygrał u siebie — przed własnymi ludźmi, w mieście skąpanym w czerwieni.
Dlatego ten Final Four zostanie zapamiętany dwojako. Jako organizacyjna porażka Euroligi i jednocześnie jako jeden z najbardziej emocjonalnych turniejów ostatnich lat. To co uratowało ten weekend, to nie procedury, ochrona czy logistyka. Uratowali go kibice, a Olympiakos dopisał do tej historii idealne zakończenie.
Z Aten: Łukasz Grabowski