Szymon Wójcik: Anwil? Klub – legenda. Rozważając powrót do PLK brałem pod uwagę tylko tę ścieżkę

Szymon Wójcik: Anwil? Klub – legenda. Rozważając powrót do PLK brałem pod uwagę tylko tę ścieżkę

Szymon Wójcik: Anwil? Klub – legenda. Rozważając powrót do PLK brałem pod uwagę tylko tę ścieżkę
Szymon Wójcik / foto: FIBA

Po kilku latach spędzonych w PLK Szymon Wójcik długo czekał na moment, w którym będzie mógł pokazać pełnię swoich możliwości. W Słupsku i Szczecinie otrzymywał ograniczoną liczbę minut, jednak przełom nastąpił po transferze do Zastalu Zielona Góra. Świetna końcówka sezonu otworzyła mu drzwi do zagranicznego wyjazdu, a na Węgrzech sięgnął po Puchar kraju i wicemistrzostwo. Teraz wraca do Polski jako potencjalny lider krajowej rotacji Anwilu Włocławek. W rozmowie z nami opowiada o przełomie w swojej karierze, przenosinach do Zielonej Góry, porównuje polską i węgierską ligę oraz zdradza, dlaczego to właśnie Anwil był jego pierwszym wyborem.

Marcel Drozdowski (Z Krainy NBA): Jeszcze kilkanaście miesięcy temu w Szczecinie pełniłeś raczej rolę zawodnika zadaniowego, dostając ograniczoną liczbę minut. Wystarczyło jednak kilka spotkań w Zielonej Górze, żebyś stał się jednym z najbardziej rozchwytywanych polskich zawodników na rynku. Co tak naprawdę było kluczowe – większa liczba minut, większe zaufanie trenera czy po prostu trafiłeś do systemu, który bardziej ci odpowiadał?

Szymon Wójcik (Anwil Włocławek): Wszystkie te sprawy złożyły się na to, że pozwolono mi pokazać moje możliwości. Przede wszystkim stabilne minuty, czyli wiara, że potrafię zrobić różnicę, że można mi zaufać i to co robię ma wartość dla zespołu. Kluczowe jednak jest moje podejście do pracy, cierpliwość i pewność siebie, bez tego nie byłbym w miejscu, w którym jestem teraz. Analizując moją rolę w Szczecinie, to mogę się zgodzić, byłem zadaniowcem, wejść na parę minut, dać dobrą zmianę. Ciężko było mi to zaakceptować, dobrze wiedziałem że jestem zdolny do większych wyzwań. Sytuacja w Zastalu była dla mnie bardzo korzystna, bo uwierzono, że dam radę pomóc w utrzymaniu zespołu w ekstraklasie.

W Szczecinie i wcześniej w Słupsku pokazywałeś przebłyski, ale trudno było o regularność przy ograniczonej roli. Czy miałeś wtedy moment zwątpienia, że możesz zostać zaszufladkowany jako zawodnik od kilku minut z ławki?

– Muszę przyznać, że po sezonie w Słupsku miałem momenty zwątpienia. Ten okres nie poszedł po myśli wszystkich. Nie udało się osiągnąć założeń przedsezonowych, a moja pozycja w zespole była słaba. W Szczecinie mogłem się porównać do graczy, którzy od wielu lat grają w czołówce, w najlepszych ligach. Treningi i gra u boku takich zawodników dała mi pewność, że mogę dać drużynie dużo więcej niż bycie 8-9 zawodnikiem w rotacji.

Czy transfer Szymona Wójcika to dobry wybór władz Anwilu Włocławek?
333 użytkowników już oddało swój głos Ankieta
  • Tak
  • Nie
  • Tak
    271 głosów
  • Nie
    62 głosów
Wczytywanie…

Po bardzo dobrej końcówce sezonu w Zastalu miałeś więcej możliwości niż tylko Falco? Jak wyglądał wtedy rynek i dlaczego postawiłeś właśnie na Węgry?

– Tak, miałem więcej możliwości, natomiast chciałem dołączyć do zespołu, który znany jest z kultury wygrywania. Dodatkowo doszła gra w kwalifikacjach do Champions League, jasno postawiona rola i zaufanie od trenera. Na te rzeczy właśnie postawiłem, uważałem, że w tamtym momencie to będzie dla mnie idealna opcja by zrobić krok do przodu.

Grałeś zarówno w PLK, jak i lidze węgierskiej. Co najbardziej zaskoczyło cię po przeprowadzce? Nie pytam o poziom, ale o sam styl koszykówki i funkcjonowanie ligi.

– Zaskoczyła mnie na pewno fizyczność ligi. Sędziowie pozwalają na bardzo dużo kontaktu. Ciekawostką jest fakt, że podróżuje się w dzień meczu na wszystkie spotkania, nawet play-offowe. Nie ma znaczenia czy mecz wyjazdowy jest godzinę drogi od domu, czy pięć. Liga węgierska nie jest tak wyrównana jak PLK, ale cieszy się dużym zaangażowaniem kibiców. Obowiązuje tam też zasada, że dwóch Węgrów musi być na boisku.

Odnoszę wrażenie, że w Polsce często patrzy się na ligę węgierską z lekkim dystansem. Twoim zdaniem niesłusznie? Czego polscy kibice mogą nie dostrzegać, porównując te rozgrywki?

– W tych rozgrywkach jest naprawdę mocnych 5-6 drużyn, jak już mówiłem poziom nie jest tak wyrównany jak w PLK. Występują tam zawodnicy którzy wcześniej grali w PLK, na przykład Justin Bibbs, Trey Wade, Strahinja Jovanovic, Benedek Varadi, Akos Keller, Luke Nelson. Poziom tych kilku zespołów jest zatem wysoki i to widać po wynikach w pucharach europejskich. Zespoły węgierskie radzą sobie świetnie. Falco dostało się do Final 4 FIBA Europe Cup, pokonało również Trefl Sopot w drugiej rundzie tych rozgrywek. Zespół Szolnoki Olaj natomiast wyszedł z grupy Basketball Champions League i bardzo niefortunnie przegrał w serii 2-1 z faworytem play-in, Pallacanestro Trieste.

Mate Vucić poza Anwilem, ale dalej w PLK?

Czy jest jakiś element, w którym liga węgierska wyprzedza polską, a z drugiej strony coś, w czym to PLK ma wyraźną przewagę?

– Trudno powiedzieć. Obie ligi funkcjonują bardzo dobrze. W lidze węgierskiej dobrze by było zobaczyć zmianę transmisji spotkań – na przykład tak jak widzieliśmy to w PLK na YouTube. Oprócz tego, naprawdę nie mogę się do czegoś doczepić, nie odczuwałem dużej różnicy jeżeli chodzi o funkcjonowanie ligi. Są jednak rzeczy, które są inne:

    – Półfinał oraz finał pucharu Węgier jest organizowany jako turniej, tak jak w PLK, ale zespoły grają ćwierćfinał na podstawie miejsca w tabeli po zakończeniu pierwszej rundy rozgrywek. Mecz odbywa się w mieście drużyny, która jest wyżej w tabeli, 1. gra z 8., 2. z 7. itd. Nie ma losowania. 

    – Nie ma fazy play-in.

    – Jest faza play-out. Zespoły, które nie są w top 8 na koniec sezonu zasadniczego, grają o utrzymanie w lidze.

    – W play-off wszystkie rundy gra się do trzech zwycięstw.

Po sezonie na Węgrzech wróciłeś do Polski. Jak wyglądały rozmowy z Anwilem? To był klub, który od początku był Twoim numerem jeden, czy decyzja dojrzewała z czasem? 

– To była szybka i konkretna rozmowa po tym, jak Anwil zatrudnił trenera Bosnicia. Rozważając powrót do PLK brałem pod uwagę tylko tę ścieżkę. Wiadomo, że klub z Włocławka to stabilna marka koszykarska, z zaangażowaną społecznością kibicowską, klub legenda, znany ze świetnej organizacji, dużej dyscypliny i wysokich standardów sportowych.

Jak już doskonale wiemy, na Węgrzech pracowałeś z Vedranem Bosniciem. Na ile fakt, że dobrze się znacie i wiesz, czego możesz spodziewać się po jego pracy, miał wpływ na podpisanie kontraktu z „Rottweilerami”? 

– Trener Bosnić miał duży wpływ na mój podpis. To jest trener, który na mnie postawił po tym, gdy Falco Szombathely nie było zainteresowane dalszą współpracą ze mną. W jego systemie odnalazłem się dość szybko. Wygraliśmy razem Puchar Węgier oraz zdobyliśmy wicemistrzostwo. Porażka w piątym meczu finałowym bardzo bolała, natomiast wiem, że trener Bosnić nie jest osobą, która się kiedykolwiek poddaje i będzie chciał osiągnąć we Włocławku coś wyjątkowego.

Czy przed podpisaniem umowy z Anwilem rozmawiałeś również z innymi klubami z Polski? Były inne propozycje z PLK?

– Tak, były rozmowy z innymi klubami. Oferta Anwilu w tym momencie była jednak dla mnie najkorzystniejsza.

A jak wyglądała sytuacja za granicą? Czy pojawiły się oferty pozostania na Węgrzech albo z innych europejskich lig i co ostatecznie przeważyło za powrotem do Polski?

– Oferty były, natomiast na pewno nie takie jak ta z Anwilu, gdzie mogłem dołączyć do znanego mi już systemu, mieć ważną rolę w zespole, pracować nad rozwojem swojej gry indywidualnej oraz być blisko domu/rodziny. 

Anwil to klub, w którym oczekiwania są zawsze bardzo wysokie. Z jakim nastawieniem przyjeżdżasz do Włocławka?

– Bojowym. Ja też źle znoszę porażki.