Sezon 2019/20 – najwięksi wygrani (nie licząc Lakers)

17/10/2020
fot. Flickr/All-Pro Reels

Adam Silver

Od tego trzeba zacząć – sezon 2019/20 został doprowadzony do końca i to wcale nie było takie oczywiste. Przerwanie sezonu w marcu było nagłe i nieprzewidywalne – jak cała sytuacja epidemiologiczna. Decyzje trzeba było podejmować w przeciągu dosłownie godzin. W sytuacji, w której zastanawiano się nad ograniczeniem udziału publiczności z udziału wzrostu wskaźnika zachorowań, pojawiła się informacja o pierwszym zakażonym zawodniku. Adam Silver szybko zdecydował się zawiesić rozgrywki – początkowo nie mając pojęcia, jak długo moze potrwac zawieszenie. Pacjent zero, czyli Rudy Gobert, został zdiagnozowany dosłownie chwilę przed meczem – kibice zdążyli już zgromadzić się na trybunach, kiedy poinformowano, że spotkanie się nie odbędzie. Początkowe doniesienia mówiły o co najmniej dwóch tygodniach przerwy. Ostatecznie NBA została przerwana na cztery długie miesiące, które mogły dość poważnie nadszarpnąć organizację finansowo.

Udało się wznowić sezon i bez przeszkód go dokończyć – wcale nie wiązało się to z faktem, że sytuacja epidemiologiczna ustępuje. Wręcz przeciwnie – sytuacja tylko się pogarszała, a Adam Silver wraz ze swoimi ludźmi wprowadzili w życie nowatorski pomysł zamknięcia całej potrzebnej infrastruktury w szczelnej bańce w Disneylandzie. Nawet teraz, kiedy powie się to głośno, brzmi to jak szaleństwo. Ale udało się – wirus nie dostał się do ośrodka, a sezon został domknięty, przynajmniej częściowo ratując ligę od ogromnych strat finansowych. Częściowo, bo udało się uratować umowy z lokalnymi nadawcami telewizyjnymi, którzy koniec końców dostali swój produkt. Cała ta sytuacja i tak finansowo odbije się na NBA, ale nie w tak dużym stopniu, jak mogło się to wydarzyć. Krótko mówiąc – Adam Silver ogarnął jedną z najbardziej kryzysowych sytuacji w historii ligi.

Jimmy Butler

Gość przez lata uważany był za bardzo dobrego gracza, ale czy ktoś tak naprawdę miał go za gwiazdę ligi? Prowadzeni przez niego Bulls do niczego nie doszli. W Minnesocie przez półtorej sezonu zdołał co prawda awansować do Playoffów, ale też skłócić się z młodymi gwiazdami tej ekipy. W Sixers stanowił dobre uzupełnienie Embiida i Simmonsa, ale wciąż był bardziej uzupełnieniem niż wiodącą postacią. Dopiero w Heat dostał szansę poprowadzenia zespołu tak, jak to potrafi najlepiej. No i chyba nikt się nie spodziewał, że przyniesie to taki skutek.

Miami Heat po zajęciu piątego miejsca w konferencji wschodniej – niezłego piątego miejsca – spektakularnie weszli do Finalów, przegrywając po drodze tylko trzy mecze. W tym jeden z murowanymi faworytami do udziału w Finale, Milwaukee Bucks. Faworytami sprzed Playoffów oczywiście, bo w ich trakcie widać było, że zespół Giannisa nie wygląda tak dobrze jak powinien. Absolutnie nie umniejsza to jednak zespołowi z Miami, który złożony w dużej mierze z młodzików na dorobku pokroju Bama Adebayo, Tylera Herro, czy Duncana Robinsona, był w stanie ograć takie zespoły jak Bucks i Celtics, urywając też dwa mecze i stawiając trudne warunki przyszłym mistrzom, Lakers.

Jimmy w Finałach notował średnio 26,2 punktu, 8,3 zbiórki, 9,8 asysty i 2,2 przechwytu na mecz. To jest linijka supergwiazdy. Jego kontrakt – opiewający na ponad 30 milionów za sezon – obowiązuje jeszcze przez trzy lata, więc finansowo na tym sezonie bezpośrednio nie zyska. Wizerunkowo natomiast, ten sezon zmienia wszystko. Butler dołącza w końcu do panteonu supergwiazd, nie gwiazd 1b, gwiazd z drugiego szeregu, gwiazd-zadaniowców. Dziś każdy chciałby dołączyć do Heat i grać z Butlerem. No i być może zaowocuje to w któreś wakacje czymś dużym.

źródło:YouTube/NBA

Fred VanVleet

Jeśli mowa o zwycięstwach finansowych, to Fred VanVleet może zostać idealnym przykładem takiego sukcesu. Gość grał na mocy dwuletniego kontraktu, który gwarantował mu 9 milionów dolarów za sezon, a teraz wchodzi na rynek wolnych agentów. Kontrakt ten podpisał jako rezerwowy, notujący 8 punktów i 3 asysty na mecz. Dziś ma na koncie nie tylko Mistrzostwo NBA, ale też sezon, w którym notował średnio 17,6 punktu, 6,6 asysty i trafiał blisko 40% rzutów z dystansu. W połączeniu z faktem, że na tegorocznym rynku wolnych agentów nie będzie wielu gorących nazwisk, praktycznie zagwarantował sobie stosunkowo duży kontrakt, który na bank ktoś mu zaoferuje. Chyba nie dało się spożytkować ostatnich dwóch lat lepiej niż VanVleet. Choć jeśli chcemy mówić o zawodnikach, którzy minionym sezonem zagwarantowali sobie dobre kontrakty, to jest ich jeszcze kilku:

Goran Dragic

Jego nieobecność w Finałach okazała się dla Heat dużym osłabieniem. Cały sezon pokornie znosił wchodzenie z ławki za młodego Kendricka Nunna. W Playoffach to jednak doświadczony Słoweniec przejął miejsce w wyjściowej piątce, notując średnio 19,1 punktu, 4,1 zbiórki i 4,4 asysty. Wszystko to przy zdecydowanie najlepszym w zespole wskaźniku plus/minus na poziomie+4,6 (ten może jednak być o tyle zniekształcony, że nie zagrał w większości przegranych meczów, a więc w Finałach). Był to ostatni rok w jego pięcioletnim kontrakcie opiewającym na ponad 85 milionów dolarów. Dawało to w ostatnim roku ponad 19 milionów za sezon. Czy dzięki świetnym rozgrywkom może liczyć na podwyżkę? Cóż, raczej nie. Może jednak liczyć na to, że obniżka nie będzie wcale drastyczna.

Jerami Grant

Ten silny skrzydłowy ma za sobą już sześć sezonów w NBA, ale właściwie dopiero dwa ostatnie lata w jego wykonaniu sprawiły, że znalazł się on na radarach szerszego grona kibiców. Do tej pory grał za około 9 milionów rocznie, co jak na zadaniowca było niezłą sumką. Najpewniejszym scenariuszem wydawało się jego podjęcie opcji na sezon 2020/21, a potem zahaczenie się gdzieś jeszcze. Plany uległy jednak zmianie, po dobrym sezonie i jeszcze lepszych Playoffach. W obliczu słabej dyspozycji Paula Millsapa wywalczył on sobie miejsce w pierwszym składzie, pokazując się jako bardzo dobry, atletyczny gracz wsparcia na obie strony parkietu. Jest długi, silny, potrafi bronić, a jego skuteczność na obwodzie wzrosła do 39%. Sumka w okolicach 10 milionów zdecydowanie jest w jego zasięgu.

Joe Harris

Już wcześniej wiedzieliśmy, że Joe Harris jest świetnym strzelcem z dystansu. Miniony sezon utwierdził nas jednak w tym przekonaniu. Na rynek wolnych agentów wchodzi on po sezonie na 14,5 punktu – trzecim z rzędu na skuteczności rzutów z dystansu powyżej 40%. Bańka w Orladno to już w ogóle był jego teren – po wznowieniu sezonu trafiał zabójcze 55% zza łuku, notując ponad 19 oczek na mecz. W wieku 28 lat być może czeka go już ostatni spory kontrakt w zawodowej karierze – swoją formą zagwarantował sobie, że nie będzie on jakiś szczególnie niski.

Jamal Murray

Murray jest kolejnym graczem, który dzięki grze we wznowieniu sezonu wchodzi na wyższy poziom. Playoffy w jego wykonaniu były jedną z historii tegorocznego sezonu zasadniczego, a on sam był jednym z najlepszych indywidualnie zawodników w tej fazie rozgrywek. Michael Pina z FiveThirtyEight porównał tegoroczne Playoffy Murray’a do tych w wykonaniu Stepha Curry’ego w 2015, kiedy pierwszy raz zdobył MVP i sięgał po pierwsze mistrzostwo. Porównanie wydaje się trochę rozdmuchane, biorąc pod uwagę końcowe rezultaty obu kampanii, ale same statystyki są naprawdę wymowne:

 

Curry 2015

Murray 2020

minuty

39,3

39,6

rzuty

20,9

19,4

punkty

28,3

26,5

zbiórki

5

4,8

asysty

5

6,6

 

Liczby te można wziąć oczywiście z lekkim przymrużeniem oka, ale trzeba przyznać, że dają one pewien szerszy obraz. Curry miał w 2015 roku 27 lat – Murray ma obecnie 23. Uzgodnił on już z Nuggets przedłużenie kontraktu, na mocy którego do 2025 roku zarobi łącznie 170 milionów dolarów. Jeszcze jakiś czas temu wydawać mogłoby się jednak, że to ryzykowne, dawać mu tak duże pieniądze. Po tegorocznych Playoffach wyraźnie widać chyba, że Murray jest dobrą boiskową partią dla Nikoli Jokicia.

źródło:YouTube/NBA

Bradley Beal

Czy to był wymarzony sezon dla kibiców Wizards? Cóż, raczej nie. Choć szansa na awans do Playoffów pozwoliła im pojechać do bańki w Orlando, ta zakończyła się dla nich fiaskiem. Bilans 1-7 i spadek za nie biorących nawet udziału we wznowieniu sezonu Hornets. Jest to w dużej mierze efekt nieobecności Johna Walla, który z powodu kontuzji ścięgna Achillesa nie zagrał w minionym sezonie ani minuty. No i nie da się ukryć, że Bradley Beal indywidualnie sporo na tym zyskał.

Przez pierwsze kilka sezonów przylgnęła do no niego łatka zawodnika, który opuszcza wiele spotkań z powodu problemów zdrowotnych. Przez ostatnie trzy lata jednak opuścił łącznie tylko 7 spotkań, a minione rozgrywki były dla niego absolutnie przełomowe. Średnie na poziomie 30,5 punktu, 4,2 zbiórki i 6,1 asysty po cichu były jednymi z najlepszych w całej lidze. Tylko James Harden zdobywał więcej punktów. Na przestrzeni rozgrywek mówiło się trochę o zainteresowaniu jego osobą ze strony innych klubów, gdzie mógłby stanowić idealne uzupełnienie dla ich pierwszych opcji. Ostatnia rozmowa w podcaście On the Road with Buck & Bill dała jednak jasno do zrozumienia, że nie zamierza on szukać innego klubu:

“[Zostać w Wizards] To znaczyłoby dla mnie naprawdę dużo. Jestem lojalnym gościem – chcę tu zostać. Jestem tu, podpisałem przedłużenie kontraktu. (…) Tak szczerze, to wiesz co? Możliwość spędzenia całej kariery w jednym miejscu – tego się dzisiaj tak często nie widzi.”

Niestety, nie wszystko zależy od samego Beala. Wizards mogą (powinni) chcieć wejść w przebudowę, a 27-letni Beal chyba nigdy nie był bardziej cenny jako potencjalny element wymiany. Dla samego Beala transfer to najpewniej jedyna możliwość na znalezienie się w dobrym, walczącym o coś zespole.

 

Kopiuj link do schowka