Pogadajmy o problemie NBA z DNP i load managementem

Pogadajmy o problemie NBA z DNP i load managementem

Pogadajmy o problemie NBA z DNP i load managementem
Photo by Christian Petersen/Getty Images

Jeszcze w piątek, zastanawiając się nad ty, co przyniesie nam weekend w NBA, pisałem o tym, jak może wyglądać bezpośrednie starcie Jimmiego Butlera i Kevina Duranta w niedzielnym, hitowym starciu Heat z Nets. No i cóż – na godzinę przed meczem okazało się, że z powodu kłopotów z kostką Jimmy Butler nie zagra w tym meczu. Co więcej, już w pierwszej kwarcie z urazem uda z boiska zszedł Kevin Durant i już do gry nie wrócił. Wyjątkowy pech, że akurat ci gracze jednocześnie wypadli z gry? Nie – na tym etapie, w tym sezonie, trzeba mieć szczęście, żeby trafić na mecz z pełną obsadą.

Toronto Raptors zostali w minionym tygodniu ukarani przez NBA grzywną wysokości 25 tysięcy dolarów po tym, jak posadzili na ławce Kyle’a Lowry’ego, Pascala Siakama i OG Anunoby’ego w meczu z Magic. Nie zostali oczywiście ukarani za sam fakt posadzenia zawodników na ławce – poszło o niedopełnienie jakichś protokołowych formalności. Co zrobili Raptors w kolejnym meczu? Posadzili na ławce Lowry’ego, Siakama, Anunoby’ego, a do tego VanVleeta, Baynesa i Harrisa. Ostatecznie oba te mecze wygrali, bo i rywale nie byli najbardziej wymagający (kolejno Magic i Thunder). Sadzania całego trzonu zespołu na ławkę, w momencie w którym Raptors na 10. miejscu balansują na krawędzi awansu do turnieju Play-In, wydaje się nielogiczne i ryzykowne, a może po prostu ukierunkowane na tankowanie. W tym dziwnym sezonie wcale nie jest to jednak takie oczywiste. Kluby szukają dosłownie każdej możliwej okazji, żeby dać zawodnikom odpocząć i widać to nie tylko na przykładzie Raptors. Oprócz Raptors, mieliśmy – tylko w miniony weekend (piątek-niedziela) Clippers bez Leonarda, a w kolejnym meczu z liderami grającymi po 20 minut; Blazers bez Lillarda; Jazz bez Conley’a, Gobreta, Mitchella i Favorsa; Celtics bez Jaylena Browna; Rockets bez Walla – nie wspominąjac o Nets i Lakers, od dawna nie grających w swoich najmocniejszych składach. Wszystko to balansuje gdzieś na granicy DNP rest a rzeczywistych urazów uniemożliwiających grę. Nie jesteśmy w stanie ocenić rzeczywiście, czy powód nieobecności to bardziej uraz, czy strach przed urazem. To jednak nie ma znaczenia, bo to zjawisko ma swój jeden (choć złożony) powód i jest właściwie zasadne. Ten sezon jest przeładowany. Te głosy wybrzmiewają coraz głośniej:

Nie chodzi z resztą tylko o ten sezon i o jego terminarz. Naładowanie meczami połączone z procedurami i podróżami jest wycieńczające, ale trzeba je połączyć z wyczerpującą bańką z zeszłego sezonu – do której trudno było się po długiej przerwie przygotować – po której to zawodnicy nie mieli z kolei zbyt długiej przerwy na ponowne wejście w cykl przed kolejnymi rozgrywkami. To jest błędne koło, z którego nieprędko wypadniemy. Kolejny sezon ma się zacząć w ‘standardowym’ terminie, a więc pewnie w połowie października. Oznacza to, że przerwa między sezonami wyniesie… Półtora miesiąca? Biorąc pod uwagę, że tegoroczne Finały mogą potrwać do 22 sierpnia, jest to trochę ponad miesiąc. Do tego obozy przygotowawcze, preseason… A w międzyczasie Igrzyska Olimpijskie, na których być może jacyś zawodnicy zdecydują się zagrać. Jeśli myślicie, że już teraz jest intensywnie, to kolejne rozgrywki mogą być tym, co mamy teraz, wyniesionym do potęgi.

Najgorsze jest chyba to, że nie ma dobrej odpowiedzi na pytanie: ‘jak tego uniknąć?’. NBA podpisuje umowy telewizyjne – prawa do transmisji meczów to główny dochód i z umów tych trzeba się wywiązać. Trzeba pokazać koszykówkę. Trzeba pokazać jej określoną ilość i zachować określoną jakość. Gorzki głos w tej sprawie zabrał ostatnio Fred VanVleet, być może wyrażając uczucia części zawodników NBA:

“Nie powiedziałbym, że zabrano mi pasję z robienia tego – jest ona prawdopodobnie zbyt silna. Ale są wzloty i upadki – większe, niż kiedykolwiek wcześniej w moim życiu. Szczerze mówiąc, to jest prawdopodobnie najbardziej podły rok koszykówki, jakiego kiedykolwiek doświadczyłem, tylko z tytułu całej tej ligi i pośpieszania sezonu. W tym roku właściwie chodzi tylko o biznes, na każdej płaszczyźnie, trudno to ukryć. Wiecie co mam na myśli? NBA to świetny balans pomiędzy miłością i radością z jednego z najpiękniejszych sportów na świecie, połączona z miliardowym przemysłem. Myślę, że w tym roku przemysł zdominował tę część z miłością i radością.”

“Rozumiem to, naprawdę. Wierzcie mi, rozumiem. Ale nie pracuję w biurze NBA, nie jestem w tej branży od tego, żeby zapewniać, że osiągną założone limity, czy jakiekolwiek liczby wynikające z kontaktów z telewizjami. Wciąż postrzegam siebie jako zawodnika koszykówki, nawet jeśli pracuję w przemyśle rozrywkowym. Kocham koszykówkę, więc próba zrównoważenia obu tych światów to dobry kompromis. Z pewnością nie winię ich za cokolwiek co zrobili, ale faktem jest, że biznes miał w tym roku pierwszeństwo. […] Mógłbym usiąść tu i narzekać na NBA, ale jestem jej częścią, wiesz o czym mówię? Czerpię z tego bezpośrednie korzyści. Głosowaliśmy nad tym, jakiego sezonu chcemy.”

No cóż, mówi się, że sport to zdrowie, ale tylko na amatorskim poziomie – podobnie jest chyba z tezą ‘sport to dobra zabawa’. Nawet jednak z takiego bardziej cynicznego punktu widzenia, nie należy bagatelizować samopoczucia zawodników w kontekście tego, jak dobry jest finalny produkt NBA, czyli mecze. To, w połączeniu z kontuzjami może efektem śnieżnej kuli sprawiać, że choć uda się wypełnić ilościowe warunki telewizyjnych umów, ostro straci na tym jakość. Już traci – kluby muszą oszczędzać swoich zawodników, jeśli mają oni pozostać zdrowi przez kolejne lata.

Tu pojawia się jednak konflikt interesów w obrębie load management każdego z klubów (a przynajmniej tych aspirujących). Z jednej strony zapewnianie koszykarzom odpoczynku i nie wrzucanie ich do gry co noc na 40 minut jest absolutnym wymogiem tego, by przystąpić do Playoffów w pełnym – albo chociaż zbliżonym do pełnego – składzie. Z drugiej jednak strony, sezon regularny to nie tylko łapanie zwycięstw i zapewnianie sobie miejsca w tabeli – dla wielu ekip to czas na wypracowanie wszystkiego tego, co pokazać chcą później właśnie w Playoffach. Tymczasem mamy sezon, w którym wiele ekip ma problem z regularnym wystawianiem na parkiet tych samych piątek. Weźmy za przykład przywoływanych już Toronto Raptors, ale też dla porównania ich rywali z konferencji – spójrzmy na średnią minut na mecz, jaką zagrały ze sobą trzy najczęściej grające ustawienia danego zespołu:

zespółMP/G 19/20MP/G 21/21różnica
Knicks7,515,1+7,6
76ers7,111,5+4,4
Hawks5,98,3+2,4
Pistons4,45,7+1,3
Bucks910,1+1,1
Wizards4,95,6+0,7
Pacers10,49,9-0,5
Hornets9,88,3-1,5
Bulls8,26-2,2
Celtics8,65,8-2,8
Heat106,7-3,3
Raptors10,76-4,7
Magic8,43,1-5,3
Nets11,46,1-5,3
Cavaliers13,45,6-7,8
łącznie129,7119,5-10,2

I teraz tak – nie są to dane, które należy traktować wprost jako wyznacznik czegokolwiek. W końcu inna jest sytuacja każdego z klubów, różna jest polityka transferowa, różnie rotują swoimi ustawieniami trenerzy. Można jednak spróbować to zinterpretować i ocenić. Kiedy spojrzeć na tę tabelę od dołu, to widzimy tam zespoły, których postawa rozczarowuje: Magic, Raptors, Heat, Celtics. Wyłączyć trzeba z tego grona oczywiście Nets, którzy dodali między sezonami tyle talentu, że niezależnie od minut musieli stać się dużo lepsi. Zespoły, które zaskakują in plus, są raczej na górze – Knicks, Hawks, czy nawet jeszcze lepsi niż przypuszczaliśmy Sixers. Nie ma w tym wielkiej filozofii – grają najlepsi zawodnicy, wyniki są lepsze. Wyjdźmy jednak z założenia, że zgranie jest istotnym czynnikiem playoffowym. Wygląda na to, że w tym sezonie – co do zasady – ciężko będzie złapać zgranie na zadowalającym poziomie. Można więc chyba postawić tezę, że jeszcze bardziej niż zwykle premiowane będą zespoły, grające kolejny sezon w takim samym, albo bardzo zbliżonym składzie.

Abstrahując od sezonu regularnego, ciekawe, czy należy spodziewać się, że takie ekipy jak Heat, Jazz, czy Pacers, w Playoffach będą miały naturalną przewagę wynikającą z tzw. ‘współczynnika kontynuacji’. Współczynnik ten jest wyliczany na podstawie minut danych zawodników w dwóch kolejnych sezonach i podawany w procentach. W tym roku przedstwawia się on następująco:

zespółstopień ‘continuity’
Pacers94%
Spurs92%
Jazz91%
Heat85%
Grizzlies80%
Mavericks79%
Nuggets77%
Hornets77%
Celtics76%
Kings75%
Raptors74%
Clippers73%
Bulls73%
Warriors69%
Timberwolves67%
Suns65%
Knicks65%
Magic63%
Pelicans62%
Sixers60%
Lakers60%
Bucks60%
Blazers60%
Cavaliers56%
Wizards54%
Nets54%
Hawks51%
Thunder45%
Rockets 25%
Pistons16%

To znów bardziej statystyczna ciekawostka, niż wyznacznik – w końcu to, w jakim stopniu zachowano rotację z minionego sezonu, nie określa jej jakości. Niemniej może być to czynnik, który warto brać pod uwagę w czasie typowania Playoffów – zwłaszcza w tym szalonym sezonie, w którym każdy haust stabilizacji jest na wagę złota. To nie przypadek, że dobrze poskładane zespoły często nie osiągają sukcesów w swoim pierwszym sezonie. Pierwsza playoffowa wprawka takich ekip jak Suns, Hawks, czy nawet Nets, może być obarczona dodatkowym stopniem trudności. W drugą stronę – po tym, jak pierwsze śliwki Clippers z Leonardem i Georgem okazały się robaczywe, w tym sezonie warto im się jeszcze przyjrzeć w Playoffach.

Nie jest to żelazna zasada, ale ciągłość, stabilność i powtarzalność to przymioty idące z zespołowym (i nie tylko) sportem pod rękę. Pęd tego sezonu – który potrzebny jest, żeby przebić głową stojące przed nim przeciwności losu – odbiera zespołom te przymioty i pozostawia z nieprzyjemnym bólem głowy. Ale trzeba iść dalej.