Milan Barbitch: Grałem na jednej nodze
– Nie powinienem zagrać w play-off. Byłem bardzo osłabiony. Nie miałem żadnej eksplozywności i wyskoku. Było cholernie ciężko, ale nie żałuję tego, bo przeżyliśmy mnóstwo niesamowitych emocji. PLK? Uważam, że zasługuje na dużo większy szacunek w Europie – mówi Milan Barbitch, zawodnik AMW Arki Gdynia.
Karol Wasiek: Jaka jest twoja ogólna ocena tego sezonu? Jak podsumujesz ostatnie miesiące w karierze?
Milan Barbitch, zawodnik AMW Arki Gdynia: To był dla mnie naprawdę trudny i frustrujący sezon. Zacząłem go z kontuzją i z kontuzją go kończę. Frustracja bierze się stąd, że przez dwa poprzednie lata nie opuściłem ani jednego treningu, ani jednego meczu. Dlatego myślę, że latem być może będę musiał zmienić nieco swój sposób pracy, a efekty – mam nadzieję – zobaczymy w kolejnym sezonie. Na pewno mam sporo pytań, na które będę musiał sobie odpowiedzieć.
Niestety, przez urazy prawie nigdy nie byłem w odpowiednim rytmie, ale z drugiej strony – czuję, że w obu zespołach dałem z siebie wszystko. Z tego jestem zadowolony i nie mam do siebie żalu.
-
Tak
-
Nie
-
Tak15 głosów
-
Nie20 głosów
Rozdział pod tytułem „AMW Arka”. Jak zapamiętasz ten etap i grę w Gdyni?
Naprawdę dobrze. A być może to wcale nie jest koniec? Zobaczymy. Na pewno musimy usiąść do rozmów z klubem i to wszystko przedyskutować. Bardzo mi się tu podobało, czerpałem ogromną przyjemność z pobytu w Gdyni. Miałem świetnych kolegów z drużyny, sztab szkoleniowy. Moje relacje z prezesem i właścicielem były na bardzo wysokim poziomie. Wszyscy byli dla mnie bardzo życzliwi. To była kapitalna odskocznia po tym co przeżyłem w Grecji. To był mocno frustrujący okres.
Z tego, co słyszałem, nikt nie spodziewał się tego, że AMW Arka będzie na tym poziomie. Celem były play-offy, a zrobiliśmy dużo więcej. Uważam, że to ogromny sukces dla klubu.
W meczu z Twardymi Piernikami nabawiłeś się kontuzji stawu skokowego. Wyglądało to groźnie. Wróciłeś do gry po intensywnej rehabilitacji pod okiem Huberta Śledzińskiego. Jak wyglądał ten proces? Jak oceniasz swoją grę w fazie play-off?
Szczerze? W ogóle nie powinienem grać w tych play-offach.
Wcale?
Wcale! To było bardzo poważne skręcenie. Co prawda na rezonansie nie wyglądało to aż tak tragicznie, ale moja kostka była gigantyczna i cała sina. Brałem leki i niesamowicie dużo pracowałem z Hubertem Śledzińskim, który wykonał świetną pracę. To prawdziwy magik.
Gdyby nie on, na pewno bym nie zagrał. Wyszedłem na parkiet i próbowałem grać z bólem. Nie żałuję tego, bo przeżyliśmy mnóstwo niesamowitych emocji i zagraliśmy wiele świetnych spotkań.

Dlaczego zdecydowałeś się na taki krok?
Zrobiłem to, bo bardzo lubiłem ten zespół. Zawsze chcę z siebie dawać wszystko i nie mieć żadnych wyrzutów sumienia. Czułem, że mogę wnieść coś do drużyny nawet z urazem. Spróbowałem i przez kilka meczów to działało, choć to ostatnie spotkanie to było już chyba za dużo. Moja kostka tego nie wytrzymała.
Byłem bardzo osłabiony. Przez całe play-offy grałem praktycznie na jednej nodze. Żadnej eksplozywności, żadnego wyskoku. Było cholernie ciężko, ale tak jak mówię – dałem z siebie wszystko i cieszę się z tego.
Słyszałem, że w trakcie procesu leczenia Hubert Śledziński stosował wiele różnych metod. Czy to prawda, że użył nawet kapusty?
Tak, to prawda (śmiech). To brzmi jak szaleństwo, ale to działa! Przykładaliśmy kapustę do mojej nogi w trakcie wyjazdów do Wrocławia czy do Zielonej Góry. Czasami nawet spałem ze specjalną gliną nałożoną na moją stopę. Robiliśmy mnóstwo masaży, on miał też jakieś swoje specjalistyczne instrumenty. Musiałbyś z nim o tym porozmawiać, bo on zna fachowe słownictwo.
On jest geniuszem, czyta mnóstwo książek. Jest po prostu niesamowity. Bardzo lubiłem z nim pracować i mam nadzieję, że jeszcze kiedyś będzie mi to dane. Na pewno będziemy w kontakcie. Klub ma ogromne szczęście, że ma go w swoich szeregach.
Jaka jest twoja opinia na temat ORLEN Basket Ligi?
To naprawdę bardzo dobra liga. Grają w niej inteligentni zawodnicy, więc czerpałem z gry tutaj ogromną przyjemność. Uważam, że to jedna z najbardziej niedocenianych lig w Europie. Nie wiem, na którym miejscu w rankingu oficjalnie się znajduje, pewnie gdzieś w okolicach dziesiątego, ale dla mnie powinna być w TOP6. Grałem we Francji, grałem w Grecji. Gdybym miał porównywać, to jasne, Francja i Grecja są lepsze, ale Polska liga potrzebuje więcej szacunku. Zdecydowanie więcej osób powinno o niej mówić.
W finale świetnie sobie radzi Carl Ponsar, którego Legia prowadzi 3:2 z Zastalem. Śledzisz tę serię i jego grę?
Tak. Jestem bardzo szczęśliwy z jego powodu. Przeszedł naprawdę trudną drogę w swojej karierze. Nie znamy się zbyt dobrze osobiście, rozmawialiśmy tylko trochę, ale to świetny facet i zasługuje na wszystko, co teraz osiąga z Legią. Słyszałem, że być może wróci do Francji. Zawsze daje z siebie 100%, miał też po drodze dużo kontuzji, więc widzieć go na tym poziomie z taką energią i uśmiechem to fantastyczna sprawa.
Czy jest szansa, że zobaczymy cię w Gdyni w przyszłym sezonie?
Nie mówię „nie”. Szansa na pewno jest, ale tak jak mówiłem – nie rozmawialiśmy jeszcze z klubem, jest na to za wcześnie. Agenci zajmują się tymi sprawami i zobaczymy co czas przyniesie. Szczerze? Gdybym miał tu zostać, byłbym z tego powodu bardzo szczęśliwy. W tym biznesie wszystko jest możliwe.
Jaki obrazek zapamiętasz z pobytu w Gdyni?
Jest ich mnóstwo, ale jeśli miałbym wskazać jedno to opowiem o wspólnym wyjściu do restauracji. Cieszyliśmy się swoim towarzystwem, tak zwyczajnie rozmawialiśmy o wszystkim. Zrobiliśmy sobie po tym zdjęcie. To obrazek, z którego jestem dumny. Pokazuje, że mieliśmy świetny zespół, dobrze poukładane role, każdy znał swoje miejsce w szeregu, a przede wszystkim – byliśmy grupą naprawdę dobrych ludzi. To było najważniejsze i to właśnie dlatego rozegraliśmy tak udany sezon.