Bartosz Łazarski: Ostatni sezon nie był stracony. Zostaję w Anwilu, by udowodnić swoją wartość
– To był trudny sezon, bo dla każdego koszykarza najważniejsze jest granie, ale pod względem etyki pracy, rozwoju osobistego i zebranego doświadczenia – wycisnąłem tyle, ile tylko się dało. Oferty, które dostawałem z niektórych uniwersytetów, nie były na tyle konkretne i satysfakcjonujące, żeby podjąć ryzyko. Nie oszukujmy się – wylot do USA to zawsze jest spora niewiadoma. Zostaję i chcę walczyć o swoją pozycję w zespole. Jestem pozytywnie nastawiony – mówi Bartosz Łazarski, zawodnik Anwilu Włocławek.
Karol Wasiek: Słyszę, że zostajesz w Anwilu Włocławek na kolejny sezon. Czy możesz to oficjalnie potwierdzić?
Bartosz Łazarski: Tak, mogę to potwierdzić. Zostaję w Anwilu Włocławek na kolejny sezon. Związałem się umową z klubem w poprzednim roku, kiedy drużynę prowadził jeszcze trener Selcuk Ernak. Oczywiście w kontrakcie była wpisana klauzula, która umożliwiała mi wylot do Stanów Zjednoczonych po zakończeniu tego sezonu. Niestety, oferty z USA nie były na tyle przekonujące i satysfakcjonujące, żebym się na nie zdecydował. Dlatego postanowiłem, że spędzę we Włocławku jeszcze jeden rok. Mam wielką nadzieję, że ten nadchodzący sezon otworzy mi kolejne furtki do grania w USA.
-
Tak
-
Nie
-
Tak33 głosów
-
Nie26 głosów
W trakcie sezonu bardzo dużo się mówiło o tym, że na pewno wyjedziesz do USA. Jakie były pierwotne plany, a jaka okazała się rzeczywistość?
Moim marzeniem od zawsze było to, by spróbować swoich sił w USA. Jasno zakomunikowałem to swojemu agentowi oraz rodzicom. Mocno do tego dążyliśmy, bo ja zawsze powtarzam, że marzenia trzeba spełniać. Trzeba jednak uczciwie przyznać, że ten ostatni sezon nie pomógł mi w realizacji tego celu. To nie był sezon, w którym mogłem w pełni zaprezentować swoje umiejętności na parkiecie.
Uczelnie, które wcześniej mocno mnie obserwowały – czy to po turnieju Adidasa, czy jeszcze za czasów trenera Ernaka – cały czas dopytywały, dlaczego w tamtych rozgrywkach grałem regularnie, a w tym ostatnim sezonie nagle przestałem pojawiać się na boisku. Dla uczelni to jest kluczowa kwestia. Oni chcą wiedzieć, dlaczego zawodnik nie gra, czy coś zrobił nie tak. Oferty, które dostawałem z niektórych uniwersytetów, nie były na tyle konkretne i satysfakcjonujące, żeby podjąć ryzyko. Nie oszukujmy się – wylot do USA to zawsze jest spora niewiadoma. W Polsce mam już swoją pozycję, jestem częścią Anwilu od czterech lat, doskonale znam specyfikację PLK. Zebrałem sporo cennego doświadczenia od trenerów i starszych zawodników. W USA wchodzisz w zupełnie nowe środowisko, nie wiesz, na kogo trafisz i w jakim miejscu wylądujesz. Nie chciałem wybierać pierwszej lepszej szkoły tylko po to, żeby polecieć. Zależało mi na bezpiecznym miejscu, które zagwarantuje mi dobrą edukację i – co najważniejsze – regularną grę.
Jak twój agent tłumaczył uczelniom brak regularnej gry?
Prawdą jest, że te rozmowy prowadził mój agent. On był za to odpowiedzialny. Tłumaczył to tym, że w Anwilu w tym ostatnim sezonie był znacznie większy budżet, zbudowano szeroki skład i trzeba było po prostu pogodzić interesy wszystkich zakontraktowanych zawodników. Mówił, że w rotacji meczowej zabrakło już miejsca na to, żeby mocniej postawić na mój rozwój. Taka była główna argumentacja.
Czy brak minut w poprzednim sezonie był mocno rozczarowujący?
Po sezonie z trenerem Ernakiem, który zakończyliśmy na czwartym miejscu, i po rozmowach, jakie wtedy odbyliśmy, mocno liczyłem na to, że moja rola w drużynie będzie większa, a przynajmniej zostanie na tym samym poziomie. Stało się jednak inaczej. Sztab zbudował obwód naszpikowany bardzo jakościowymi graczami. Ja na każdym treningu dawałem z siebie maksa, żeby udowodnić, że zasługuję na minuty. Myślę, że pokazywałem to najlepiej, jak potrafiłem. Trenerzy mieli jednak po prostu inną wizję taktyczną, w której nie widzieli dla mnie zbyt wielu minut na parkiecie. Nie mam do nich o to żadnego żalu – taki jest sport, trener odpowiada za wynik.
Ja z każdego sezonu staram się wyciągać wnioski. Wiele osób powtarzało mi wprost, że to był dla mnie słaby, wręcz stracony rok. Zgadzam się z tym, że brakowało mi minut w meczach, ale nigdy nie powiem, że to był czas stracony. Kiedy nie grałem w weekendy, nadrabiałem to twardą pracą indywidualną. Trenowałem rzutowo z trenerem Vairogsem, a na siłowni z trenerem Orzechowskim. Na treningach drużynowych nie odpuszczałem starszym kolegom ani na centymetr, dbałem o to, żeby intensywność zajęć stała na najwyższym poziomie. Nawet gdy w trakcie rozgrywek zmienił się pierwszy trener, moja mentalność się nie zmieniła. Pod względem meczowym – tak, to był trudny sezon, bo dla każdego koszykarza najważniejsze jest granie, ale pod względem etyki pracy, rozwoju osobistego i zebranego doświadczenia – wycisnąłem z tego sezonu tyle, ile tylko się dało.
Często wspominasz trenera Ernaka, u którego rozegrałeś rekordowe 150 minut na poziomie ORLEN Basket Ligi. Jak wspominasz współpracę z tym trenerem?
Pamiętam, że po Mistrzostwach Europy trener Ernak zaprosił mnie do swojego pokoju na rozmowę, w której uczestniczyli też jego asystenci. Przedstawił mi bardzo konkretny plan na moją osobę. Usłyszałem od niego słowa, z jakimi nigdy wcześniej u żadnego trenera się nie spotkałem. A mówimy przecież o szkoleniowcu z ogromną historią i gigantycznym doświadczeniem. Gdy rozpisał mi moją rolę, od razu pomyślałem: „tak, to jest trener, dla którego chcę grać w następnym sezonie”. Wiedziałem, że będzie to kosztowało mnóstwo ciężkiej pracy, poświęcenia i nerwów, ale ten człowiek otworzył mi niesamowite możliwości. To dzięki niemu, dzięki minutom, które dostawałem w europejskich pucharach i w lidze, zostałem dostrzeżony i pojechałem na turniej Adidasa, gdzie pokazałem się na arenie międzynarodowej. W PLK też udowodniłem, że potrafię rywalizować z każdym i że wiek nie jest żadną przeszkodą. Pokazałem, że młody chłopak może wyjść na parkiet, dowieźć wynik i zrealizować wszystkie założenia taktyczne. To właśnie pod wpływem tamtych wydarzeń zdecydowałem się przedłużyć kontrakt z Anwilem. Wiemy jednak, jak potoczyły się losy – trener Ernak wybrał ofertę z Turcji. Cały czas mocno trzymam za niego kciuki, oglądałem jego mecze, kibicowałem mu. Przegadaliśmy poza boiskiem mnóstwo godzin. Wiem, że on też mnie wspiera, mamy do dzisiaj bardzo dobre relacje.
Pamiętam doskonale wywiad, w którym trener Ernak opowiadał: „rozmawiałem z Bartkiem i zadałem mu jedno, kluczowe pytanie: słuchaj, jak mam cię traktować – jako pełnoprawnego członka rotacji czy jako młodego gracza?”. Czy faktycznie odbyła się między wami taka rozmowa?
Tak, to była szczera prawda, doskonale pamiętam tamtą sytuację. To było jedno z pierwszych pytań, jakie mi zadał. Usiadłem naprzeciwko jego biurka w pokoju trenerskim, w tle na monitorze leciał jakiś mecz koszykówki. Trener spojrzał na mnie i zapytał wprost, czy chcę być traktowany jako profesjonalny, zawodowy koszykarz, bo on tak mnie postrzega, czy wolę, żeby głaskać mnie po głowie. Dodał z uśmiechem, że nie ma z tym problemu, może mnie głaskać i traktować jak syna, bo jego własny syn jest w podobnym wieku. Zaznaczył jednak, że jeśli chcę być gotowym graczem, ważną częścią zespołu, która walczy o duże minuty, to muszę mu to zadeklarować teraz i ciężko na to pracować.
Słysząc coś takiego od trenera z takim nazwiskiem, poczułem niesamowitą ekscytację. Od razu wziąłem się do roboty. Tamten sezon dał mi potężnego kopa w karierze. Uważam też, że trener Ernak zapoczątkował w PLK świetny trend odważnego stawiania na młodzież. Wcześniej rzadko się zdarzało, żeby 17- czy 18-latkowie dawali realną jakość zespołom z czołówki. A teraz? Zobaczmy na Zieloną Górę, na chłopaków w moim wieku grających ważne minuty w Legii czy w finałach ligi. Oni nie wchodzą na parkiet, gdy wynik jest rozstrzygnięty. Dają mocną defensywę i pomagają drużynie w kluczowych momentach. To jest super sprawa. Podnosi to poziom całej PLK i niesamowicie rozwija polską młodzież.
Warto dodać, że w PLK debiutowałeś jeszcze za kadencji trenera Przemysława Frasunkiewicza.
Tak i z tym wiąże się ciekawa anegdota. Pamiętam, że miałem zaledwie 14 lat, kiedy trener Frasunkiewicz zaprosił mnie po raz pierwszy na trening pierwszego zespołu – tego, który zdobył później brązowy medal. W składzie byli wtedy Jonah Mathews, Kendall Dykes czy Luke Petrasek. Treningi z nimi to było coś niesamowitego.
Trener zarządził, żebyśmy dobrali się w pary do ćwiczeń rzutowych. Ja, niewiele myśląc, podszedłem do Jonaha Mathewsa. Trener Frasunkiewicz albo Hubert Śledziński zwrócili się do mnie wtedy w mocnych słowach: „Młody, co ty robisz?! Ty masz 14 lat, a on ci piłki podaje? Dlaczego rzucasz pierwszy, skoro jesteś najmłodszy?!”. Śmialiśmy się z tego. Ale mówiąc zupełnie poważnie – trener Frasunkiewicz wprowadził mnie w ten wielki koszykarski świat. Pokazał mi, jak wygląda profesjonalizm, jak analizować wideo, jak ważne jest przygotowanie do każdego meczu, znajomość zawodników i zagrywek rywali. Możliwość rywalizacji na treningach z takimi graczami ukształtowała mnie jako koszykarza i jako człowieka. Trener Frasunkiewicz bardzo mocno dbał też o dyscyplinę i odpowiednie zachowanie poza parkietem. Od każdego szkoleniowca, z którym pracowałem, starałem się czerpać garściami. Czuję, że cząstka każdego z nich jest dzisiaj we mnie.
Wiem, że dużo też zawdzięczasz trenerowi Hubertowi Śledzińskiemu, z którym do dzisiaj jesteś w kontakcie.
Tak, to prawda. Zgadzam się w 100%. Z trenerem Hubertem Śledzińskim ciężko pracowałem na siłowni od mojego pierwszego sezonu w seniorach. Można powiedzieć, że zrobił ze mnie prawdziwego konia do grania. Wcześniej byłem fizycznym chłopakiem, ale zupełnie nie potrafiłem z tych warunków korzystać na boisku. To są setki godzin wspólnej pracy na siłowni. Trener poświęcił mi bardzo dużo czasu na ułożenie pode mnie specjalnych planów treningowych. Mogę mu za to tylko ogromnie podziękować. Moje ciało zostało perfekcyjnie przygotowane do twardej walki w PLK i na arenie międzynarodowej. Jeśli młody zawodnik ma okazję pracować z takim specjalistą od przygotowania motorycznego, musi z tego czerpać całymi garściami. Po trzech czy czterech sezonach widzę u siebie gigantyczny progres w budowie masy mięśniowej czy w wyskoku. Trener Hubert wykonał dla mnie wielką robotę.
Czy odbyłeś już rozmowy z nowym sztabem szkoleniowym i władzami klubu na temat twojej roli w nadchodzących rozgrywkach?
Tak, jestem już po bardzo konkretnych rozmowach z dyrektorem Filipem Brylskim oraz obecnym GM-em klubu, Leo De Rycke. Wiem, że w organizacji jest przygotowany bardzo ciekawy, długofalowy plan na moją osobę. To był jeden z głównych powodów, dla których zdecydowałem się zostać w Anwilu na kolejny rok. Bardzo mocno liczę na to, że moja rola w rotacji diametralnie wzrośnie. Chcę udowodnić, że 19-letni zawodnik, który ma już przecież czteroletnie doświadczenie na parkietach ekstraklasy, jest w stanie dać drużynie ogromną, dodatnią wartość w kluczowych momentach meczów. Marzę też o tym, żebyśmy jako organizacja osiągnęli w końcu spektakularny sukces. Trzymam kciuki, żebyśmy wspólnie wywalczyli dla Włocławka medal, bo ci niesamowici kibice w Hali Mistrzów po prostu na to zasługują.
Miałem też okazję krótko porozmawiać telefonicznie z Leo De Rycke, kiedy byłem na zgrupowaniu kadry. Przedstawił mi swoją wizję, to bardzo pozytywny człowiek. Z kolei z trenerem Vedranem Bosniciem zamieniłem kilka słów w Hali Mistrzów, kiedy na chwilę przyjechałem do Włocławka pomiędzy zgrupowaniami reprezentacji. Umówiliśmy się wtedy z Dawidem Słupińskim na wspólny trening na siłowni i akurat nadarzyła się okazja do rozmowy. Trener Bosnić pytał o kadrę, o moje samopoczucie. Wiem, jaki sztab ma na mnie pomysł, bo jestem też w stałym kontakcie z Filipem Brylskim. Nie chciałbym jednak zdradzać tych szczegółów publicznie w mediach. Mogę jedynie zapewnić, że jestem nastawiony niezwykle optymistycznie i gotowy na twardą rywalizację od pierwszego dnia okresu przygotowawczego. Zamierzam przepracować lato tak, żeby wejść w sezon w optymalnej formie. Oczywiście, żeby ten plan wypalił, musi złożyć się na to wiele czynników, a kluczem będą regularne minuty na parkiecie. Jeśli będę grał, automatycznie wzrośnie też zainteresowanie moją osobą ze strony amerykańskich uczelni. Wtedy wybór będzie znacznie większy i na spokojnie zdecyduję, co jest najlepsze dla mojej przyszłości. Na razie jednak nie wybiegam tak daleko w przód. Teraz najważniejsza jest kadra i zbliżające się Mistrzostwa Europy, o ile oczywiście trener Adamek zdecyduje się zabrać mnie do ostatecznego składu. Dopiero potem przyjdzie czas na pełne skupienie się na celach z Anwilem.
Jak poszła matura?
Na ten moment znam już oficjalne wyniki z egzaminów ustnych – zarówno z języka polskiego, jak i z języka angielskiego zdobyłem maksymalne 100%. Teraz z niecierpliwością czekam na 8 lipca, kiedy zostaną opublikowane oficjalne wyniki z części pisemnej. O angielski i matematykę jestem zupełnie spokojny, a z polskiego napisałem wypracowanie, z którego byłem bardzo zadowolony, więc spodziewam się tam zobaczyć naprawdę wysokie procenty. Szkoła od zawsze była dla mnie szalenie istotna. Nigdy nie miałem większych problemów z nauką i bez problemu łączyłem edukację z wyczynowym uprawianiem sportu. Bardzo szybko przyswajam nową wiedzę. Czasami wystarczy, że przeczytam dany materiał w podręczniku tylko raz i od razu go zapamiętuję, kojarząc fakty z programów telewizyjnych czy nawet z boiska koszykarskiego. Nauczyciele szybko dostrzegli, że mam po prostu dużą wiedzę ogólną. Oczywiście wymagało to też wielu wyrzeczeń. Nieraz zarywałem noce w klubowym autokarze, wracając z dalekich wyjazdów, na przykład ze Szczecina. Podczas praktycznie każdego wyjazdu meczowego w tym sezonie otwierałem książki i namiętnie rozwiązywałem zadania z matematyki, żeby jak najlepiej przygotować się do matury. Musiałem to wszystko godzić z koszykówką, ale tak jak mówię – nigdy nie traktowałem nauki jako uciążliwego obowiązku.