Wojciech Kamiński: To bzdura, że nie wierzę w Polaków!

Wojciech Kamiński: To bzdura, że nie wierzę w Polaków!

Wojciech Kamiński: To bzdura, że nie wierzę w Polaków!
Wojciech Kamiński / foto: Malwina Sidor/PGE Start

W Polsce linia od zera do bohatera jest bardzo cienka. Uważam, że o tym kto jest na boisku powinny decydować umiejętności, a nie narodowość. Jestem „stały w uczuciach” w kontekście Polaków. Historia to pokazuje – mówi Wojciech Kamiński, trener PGE Startu Lublin.

Karol Wasiek: Czy po ostatnich zwycięstwach nieco pan odetchnął?

Wojciech Kamiński, trener PGE Startu Lublin: Początek sezonu był faktycznie trudny. Było dużo nerwów. Natomiast – po tych zmianach – liczę, że wskoczymy na wyższe obroty i zaczniemy wygrywać, by mieć nieco spokojniejszą drugą część sezonu.

Czy dwa ostatnie transfery pokazują, że bez doświadczenia nie da się rywalizować w ORLEN Basket Lidze?

Na pewno doświadczenie jest ważne. My w zeszłym sezonie mieliśmy dużo bardziej doświadczonych i ogranych zawodników, co było widoczne w trakcie meczów.

Czy to dobrze, że w PLK nie ma już przepisu o Polaku grającym na parkiecie?
97 użytkowników już oddało swój głos Ankieta
  • Tak
  • Nie
  • Tak
    66 głosów
  • Nie
    31 głosów
Wczytywanie…

W tym sezonie ten brak ogrania i doświadczenia wyszedł, zwłaszcza że graliśmy dwa mecze w tygodniu. Łączyliśmy grę na dwóch frontach, co było dużym wyzwaniem. Na dodatek nasza kadra nie była zbyt szeroka. Chcieliśmy oczywiście zostawić część zawodników z poprzedniego sezonu, ale byli po prostu za drodzy. Ci, którzy wyrazili chęć pozostania, uznaliśmy, że nie będą w stanie grać dwa razy w tygodniu.

Czy można powiedzieć, że pan się pomylił przy budowie składu?

Oczywiście, że biorę to na siebie i nie uciekam od odpowiedzialności. Liczyliśmy się z tym, że trzeba będzie tych graczy dużo uczyć i wdrażać ich do europejskiej koszykówki. Myślę jednak, że nawet mnie to przerosło. Zauważyłem, że teraz trudno przekonać zawodników do bycia cierpliwym i grania w koszykówkę… 

A nie w mistrzostwa świata jeden na jeden?

Tak. Uważam, że dyscyplina emocjonalna jest bardzo ważna i jej przede wszystkim nam brakowało. Bardzo liczyłem na Hawkinsa, bo uważam, że jak on zagra w Europie przez kolejne dwa lata i trenerzy będą cierpliwi do niego, to on może naprawdę wysoko zajść.

U nas robił postępy, ale drużyna nie poszła za nim. A za rozgrywającym zawsze musi pójść zespół.

Denerwował się pan na te indywidualne popisy? Czy mógł pan coś zrobić inaczej / lepiej, by tego uniknąć?

Oczywiście, że było to irytujące, ale bardzo w niego wierzyłem i liczyłem, że czas będzie działał na naszą korzyść. 

Natomiast te indywidualne popisy widzieliśmy w wykonaniu kilku zawodników, a nie tylko Elijaha i to był większy problem.

A czy można było zrobić coś inaczej? Zawsze można, tylko trzeba pamiętać o realiach finansowych. Budżet nie jest z gumy. A przy naszych możliwościach wybraliśmy drogę, aby postawić na młodych i tanich zawodników na obwodzie, których chcieliśmy rozwijać. 

Czy Elijah Hawkins jest jeszcze w Lublinie?

Tak. Ma zielone światło na zmianę klubu. Agent szuka mu nowego pracodawcy.

Czego pana nauczyły pierwsze miesiące pracy w tym sezonie?

Pokory. W takim sensie, że nie zawsze to co widzimy i to co nam się wydaje, jest trafione. Za jakość w sporcie trzeba zapłacić, a Hawkins był naszym najtańszym obcokrajowcem, mimo że w USA był w świetnej szkole z dobrym programem. Był jednak jakiś powód, dla którego nie został w kraju na dłużej.

Liczyłem na to, że będzie grał zdecydowanie lepiej, ale ten pomysł po prostu nie wypalił.

Czy pan pokłócił się z Tevinem Mackiem na końcu współpracy?

Nie. Dementuję takie doniesienia. To jest profesjonalista. To jest bardzo dobry zawodnik, ale po prostu nie pasował do naszej układanki. Może inaczej by wyglądała sytuacja, gdyby w drużynie był inny rozgrywający? Gdybanie, teraz już tego nie sprawdzimy.

W czerwcu zdobył pan sensacyjne wicemistrzostwo Polski z PGE Startem. Był pan noszony na rękach, niektórzy mówili o wielkim kunszcie trenera Kamińskiego. Minęło kilka miesięcy, a znalazł się pan po drugiej stronie barykady jako trener, który “się nie nadaje”, “nie wierzy w Polaków”. Pojawiły się nawet takie komentarze o możliwym zakończeniu misji w Lublinie. Jak pan się do tego odniesie?

Zacznę od tego, że nie czytam komentarzy w internecie. Po co mam to robić? W internecie każdy jest bohaterem. Natomiast przeważnie piszą ludzie, którzy nie znają się na sprawie. A nawet jak ktoś się trochę zna na koszykówce, to nigdy nie był trenerem i nie ma pojęcia, na czym ten zawód polega. Nie da się wygrywać wszystkiego. To pokazuje historia. Myślę, że trudno jest znaleźć trenera, który miał tylko udane sezony i nie był zwolniony.

Ja w ostatnich dziesięciu sezonach z trzema różnymi zespołami zagrałem w finałach. Cztery razy przegrywałem walkę w półfinale, trzy razy w ćwierćfinale play-off i dwa razy byłem zwalniany. Biorąc pod uwagę budżety, tylko sezon 2022/23 był poniżej oczekiwań, pomimo walki w półfinale play-off. Myślę, że to całkiem niezłe osiągnięcia, ale i tak nie uważam się za osobę, która mogłaby oceniać innych trenerów, bo nie znam realiów w jakich oni pracują. A co dopiero ludzie, którzy nigdy w tym zawodzie na takim poziomie nie pracowali.  

Należy też pamiętać, że praca trenera jest też zależna od innych czynników: szczęście, kontuzje, charaktery graczy. Jaki mam np. wpływ na to czy zawodnik przed najważniejszym meczem nie stwierdzi, że dzisiaj jest czas, aby ruszyć w miasto? A znam takie przypadki. Wiadomo, że takie wyjście raczej w przygotowaniu do meczu nie pomoże. 

W Polsce linia od zera do bohatera jest bardzo cienka. Przyjęło się mówić, że trener jest tak dobry jak ostatni mecz. I można grać świetny sezon, ale jedno-dwa spotkania uciekną, człowiek czegoś nie przypilnuje i wypada się z gry o medale czy play-off przy bardzo wyrównanej stawce. Do tego też dochodzą kontuzje, co warto podkreślić.

Ten nasz skład na ten sezon miał też wyglądać inaczej, ale najpierw urazu doznał Chris Clarke, a później Trey Tennyson, gracz, który regularnie trafiał z 40-procentową skutecznością. To miał być w założeniu nasz najlepszy strzelec. On na pewno wziąłby na siebie odpowiedzialność za zdobywanie punktów i kreowanie gry. Taki zastępca Tevina Browna.

Jak pan się odniesie do tego, że “nie wierzy w Polaków” i najchętniej grałby tylko obcokrajowcami? Nawet jeden z koszykarzy panu to publicznie zarzucił.

Jest to bzdura. Ja zawsze kieruję się dobrem zespołu i budżetem. A nawet można powiedzieć, że jestem „stały w uczuciach” jeśli chodzi o polskich zawodników. W PGE Start Lublin zostali wszyscy z ostatniego sezonu. W środku okresu przygotowawczego kontrakt postanowił rozwiązać Jakub Karolak, ale to nie ja z niego zrezygnowałem.

W Legii byli to Wyka, Kulka czy Kamiński. A w Radomiu Witka, Sokołowski czy Szymkiewicz. Oczywiście to nie jest tak, że zawsze ze wszystkimi było mi „po drodze”, ale wydaję mi się, że jest mało trenerów w Polsce, którzy dali tyle szans Polakom. 

Co się zaś tyczy graniem obcokrajowcami, to uważam, że o tym kto jest na boisku powinny decydować umiejętności nie narodowość. Jestem świadomy, że w OBL trudno odnieść sukces bez klasowych Polaków, ale trzeba też pamiętać, że wiele klubów nie stać na usługi takich graczy i że nie ma ich za dużo, więc każdy klub radzi sobie jak może. 

Jaki był prezes Arkadiusz Pelczar po kolejnych porażkach? Wspierał? Czy wręcz odwrotnie: trudne rozmowy, ultimatum?

Miałem pełne poparcie ze strony prezesa, który wspierał mnie i drużynę w trudnych momentach. Mówił o zmianach i ewentualnych korektach w zespole. Nie było żadnego ultimatum z jego strony. Zawsze rozmawialiśmy, co trzeba zrobić, żeby grać lepiej.

Jak pan ocenia Tokoto i Frankampa?

Tokoto przyjechał przygotowany, z kolei Frankamp miał dłuższą przerwę i to widać w jego grze. Czas będzie pracował na jego korzyść. Obaj są bardzo pozytywni i otwarci. To jest właśnie ta różnica między tymi co są, a tymi co byli. Chcą rozmawiać i budować dobrą atmosferę.