Vladimir Dragičević: Zielona Góra to mój drugi dom
Dla wielu kibiców Zastalu Zielona Góra Vladimir Dragičević to jeden z najlepszych i najbardziej lubianych zagranicznych zawodników w historii klubu. Czarnogórski podkoszowy spędził w Zielonej Górze trzy sezony, sięgając po mistrzostwo Polski, Puchar Polski oraz wicemistrzostwo kraju. Dzięki skutecznej grze pod koszem, waleczności i ogromnemu zaangażowaniu szybko zyskał sympatię zielonogórskich kibiców.
Choć od zakończenia jego zawodowej kariery minęło już kilka lat, wspomnienia związane z Zastalem wciąż są bardzo żywe. W rozmowie z nami Dragičević opowiada m.in. o kulisach swojego powrotu do Zielonej Góry, mistrzowskim sezonie 2016/17, występach w Eurolidze, zmianach we współczesnej koszykówce oraz o tym, jak wygląda jego życie po przejściu na sportową emeryturę.
-
Tak
-
Nie
-
Tak61 głosów
-
Nie11 głosów
Marcel Drozdowski (Z Krainy NBA): Na początku chciałbym zapytać o coś, co pewnie często wraca do ciebie we wspomnieniach. Patrząc z perspektywy czasu – jaką rolę odegrał Zastal Zielona Góra w twojej karierze i życiu?
Vladimir Dragičević (ex Zastal): W naszej rodzinie Zielona Góra to ulubione miasto ze względu na miłość kibiców i to, że jest to wspaniałe miejsce do życia. Mówiąc krótko – nazywamy je naszym drugim domem.
Po naprawdę dobrym sezonie 2013/14 w PLK zdecydowałeś się odejść do ligi tureckiej. Co wtedy przeważyło? Czy była to decyzja czysto sportowa, finansowa, czy po prostu czułeś, że nadszedł czas na kolejny krok?
– W Banvicie dostałem niesamowity kontrakt. Miałem tam zarabiać ponad trzykrotnie więcej niż w Polsce. Wszystko, co robimy, robimy dla rodziny i z myślą o życiu po koszykówce. Czułem, że jestem gotowy na większą scenę, a w tym momencie Stelmet miał też problemy z wypłatami.
Po dwóch latach wróciłeś jednak do Zielonej Góry, choć miałeś już wyrobioną markę w Europie. Dlaczego uznałeś, że to najlepszy moment na powrót?
– Moja pewność siebie po sezonie w Ankarze była bardzo niska. Wówczas czułem, że jedynym sposobem, by znów zabłysnąć, jest powrót do klubu, w którym czuję się jak w domu.
W sezonie mistrzowskim 2016/17 Zastal wyglądał jak prawdziwa drużyna – pełna charakteru i chemii. Co było największą siłą tamtego zespołu?
– Moim zdaniem największą siłą tej drużyny był… zdrowy Thomas Kelati. Świetny zawodnik i osobowość, którą wszyscy szanowaliśmy.
Myślisz, że ta drużyna mogła osiągnąć jeszcze więcej, gdyby została razem na dłużej?
– Uważam, że aby osiągać dobre wyniki, trzeba mieć zadowolonych zawodników, którzy lubią tam być. W tamtym momencie był to trudny finansowo okres dla klubu. Co więcej, w drugim sezonie najmłodszy trener, który zdobył mistrzostwo w polskiej lidze, zaczął uważać się za lepszego od wszystkich i myśleć, że ma umysł Phila Jacksona.
Co takiego dokładnie działo się wtedy z udziałem trenera? Było aż tak źle?
– Wszyscy wiedzą, kto był wówczas trenerem… Miał potencjał, by zostać dobrym szkoleniowcem, ale po zdobyciu pierwszego mistrzostwa zbytnio mu to uderzyło do głowy. Nie rozumiał, że powinien po prostu trenować nas (mnie, Kelatiego, Zamoja, Koszara), a nie udawać Phila Jacksona, bo nie był na to gotowy.
Masz może jakąś historię z tamtego okresu, która najbardziej zapadła ci w pamięć?
– Ogólnie myślę, że przyjaźń z „Koszarem” (Łukasz Koszarek), „Zamojem” (Przemysław Zamojski) i „Bestią” (Adam Hrycaniuk) to najlepsza historia, jaką mam. Poza tym jeszcze właściciel klubu, którego bardzo szanuję. Do dziś utrzymujemy kontakt.
Przejdźmy dalej. Przez całą karierę grałeś w wielu krajach i różnych kulturach koszykarskich. Gdzie panowała najlepsza atmosfera wokół koszykówki, a także gdzie kibice robili na tobie największe wrażenie?
– Zdecydowanie najlepszą atmosferę mają dwie drużyny – Aris Saloniki i Zastal. Ludzie rozpoznają cię na ulicy i bardzo szanują nas, zawodników. To fajne.
Masz duże doświadczenie z gry w europejskich pucharach, w tym chociażby w Eurolidze. Kiedy wychodziłeś na parkiet przeciwko takim klubom jak Barcelona, czułeś jeszcze ekscytację, czy po prostu traktowałeś to jak kolejny mecz?
– Pamiętam, że kiedy po raz pierwszy usłyszałem piosenkę „I feel devotion” podczas meczu z Bayernem. Prawie się rozpłakałem… Powiedziałem sobie: „W końcu udowodniłeś, że potrafisz grać w Eurolidze”. W tamtym sezonie miałem średnio 15 punktów i 7 zbiórek w rozgrywkach, zajmując drugie miejsce w klasyfikacji ogólnej pod względem efektywności.

Przez całą karierę grałeś przeciwko wielu znakomitym podkoszowym. Którego spośród twoich rywali zapamiętałeś najbardziej?
– Zdecydowanie najlepszym wysokim, z którym grałem, jest Nikola Peković. Jednym słowem: BESTIA!
W czym najbardziej imponował ci na boisku?
– Najsilniejszy facet, jakiego kiedykolwiek spotkałem. Facet z doskonałą prawą ręką. To wystarczająco jak na wysokiego gracza.
Sam również byłeś jednym z tych graczy, którzy w imponujący sposób potrafili zdobywać punkty, między innymi klasyczną grą tyłem do kosza. Obecna koszykówka wygląda jednak zupełnie inaczej. Czy uważasz, że zawodnik o twoim profilu miałby dziś równie dużą wartość?
– Kilka dni temu rozmawiałem z pewnym trenerem, który obecnie trenuje w Eurolidze. Powiedział mi, że gdybym był teraz w szczytowej formie, zaproponowaliby mi 1,5 mln euro rocznie. Dzisiaj bardzo trudno jest znaleźć wysokiego tak zorientowanego na atak.
Twoja skuteczność z gry, szczególnie podczas drugiego pobytu w Zastalu, była naprawdę świetna. Czy miałeś jakiś sekret, jeśli chodzi o przygotowanie do meczów lub pracę nad swoim repertuarem zagrań?
– Po prostu czułem się lepszy od wszystkich graczy. Nawet gdybyś porozmawiał z moimi byłymi kolegami z drużyny, powiedzieliby ci, że to nie był mój szczyt. Najlepiej zapytaj „Bestię” Hrycaniuka o nasze treningi 1 na 1 (śmiech).
Jest jakiś mecz w całej twojej karierze, który obejrzałbyś jeszcze raz od początku do końca i powiedział: „To był mój wieczór”?
– To tylko kilka takich meczów, w których zdobyłem ponad 30 punktów przeciwko silnym drużynom. W Polsce pamiętam na przykład mecz z Turowem, w którym trafiłem 15 z 15 rzutów z gry. Miałem wrażenie, że po prostu nie mogę spudłować i że nikt nie jest w stanie mnie zatrzymać.
Każda długa kariera ma także swoje trudniejsze momenty. Czy była decyzja albo sytuacja, którą dziś, z perspektywy czasu, podjąłbyś inaczej?
– Jedyna rzecz, którą teraz bym zmienił, to to, że po występach w Eurolidze ze Stelmetem, przyjąłbym ofertę za minimalną stawkę w Phoenix i tam spróbowałbym szczęścia, zamiast gonić za pieniędzmi w Banvicie.
Zakończyłeś swoją przygodę z koszykówką mając 35 lat. Czy była to decyzja, która dojrzewała przez dłuższy czas, czy po prostu pewnego dnia poczułeś, że to odpowiedni moment?
– Zmieniłem zdanie z powodu koronawirusa. Po prostu nie dałem rady ciągle zdawać tego testu – rano i wieczorem. Tak naprawdę wszyscy moi znajomi myślą, że mógłbym grać nawet do dziś.
Wielu sportowców mówi, że najtrudniejsze po zakończeniu kariery nie jest samo odstawienie koszykówki, ale utrata codziennego rytmu życia. Jak wyglądały twoje pierwsze miesiące na sportowej emeryturze?
– Czasami czułem, i nadal czuję, że brakuje mi żartów z kolegami z drużyny podczas meczów wyjazdowych. Dostałem kilka ofert pracy na stanowisku dyrektora sportowego w różnych zespołach, ale przede wszystkim chciałbym pełnić tę funkcję w drużynie, którą lubię i w której czuję się jak w domu. Obecnie jednak prowadzę firmę zatrudniającą 40 pracowników i utrzymuję się z działalności na rynku nieruchomości.
Wróćmy jeszcze na chwilę do polskiej ligi. Czy śledzisz Zastal i rozgrywki PLK?
– Jedyną drużyną, której kibicuję i którą obserwuję, jest Zastal. Jestem zachwycony tym, co obecnie robi trener Miłoszewski. Mam nadzieję, że w przyszłości, jeśli będzie taka opcja, ponownie wejdę we współpracę z Zieloną Górą i pomogę klubowi jak tylko mogę.
Co czujesz, kiedy kibice po tylu latach wciąż wspominają cię jako jednego z najbardziej lubianych zagranicznych zawodników w historii klubu?
– Ja, moja żona i dzieci kochamy Zieloną Górę jak drugi dom. Mam wspaniałe wspomnienia z Polski. Otrzymywałem wiele ofert powrotu do Polski, ale dla mnie jedynym wyborem był i jest Zastal.
A gdybyś tak miał dziś powiedzieć coś kibicom Zastalu, którzy po tylu latach nadal doskonale pamiętają „Drago” – co chciałbyś im przekazać?
– Czekam, aż klub do mnie zadzwoni – chciałbym być gościem na którymś z meczów domowych i ponownie pojawić się w Zielonej Górze. Życzę też klubowi, aby w przyszłym roku zdobył mistrzostwo dla Zastalu. Chodźcie na mecze i kibicujcie Zastalowi!