Łoziński. Kawhi.

14/08/2019

Mało się o nim pisze, nawet teraz, gdy poprowadził Toronto do mistrzostwa, którego nikt przed sezonem nie przewidział i na które nikt nie stawiał. Nawet po tak fantastycznych playofach w jego wykonaniu. Jak by ta sprawa wyglądała, gdyby taki numer odwalił LeBron. Internet spłynął by potokiem pochwalnych tekstów, amerykańscy dziennikarze i komentatorzy do dziś nie wystawiliby głowy z jego tyłka,  a wazelina płynęłaby się z gniazdek USB. Oczywiście za ten stan rzeczy odpowiada, po części całkowita niemedialność KL, jego milczenie w mediach społecznościowych i brak zainteresowania splendorem. Mimo wszystko jest o nim zbyt cicho. Tak więc, ja sobie napisze taki tekścik, w którym chciałem poruszyć dwie sprawy odnośnie pana Leonarda.

 

 

Pierwsza rzecz to wypowiedź Kawhiego dla Yahoo Sports, w której mówił o swojej decyzji opuszczenia Toronto i podpisania z LAC. Mówił, o tym jak  wraz ze swoją ekipą rozpatrzył wszystkie zalety i wady każdej opcji, że jego wybór nie jest podyktowany tylko i wyłacznie wygraniem mistrzostwa. Chodzi o to co przyniesie przyszłość. Że musiał podjąć tą decyzje, jednak ona w żadnym stopniu nie dyskredytuje Toronto, że chciał po prostu grać w domu. Pragnła tego  już wcześniej, ale został wytransferowany do Raptors. Ok przyjął to z godnością, nie szukał okazji do ucieczki, nie wymuszał transferu, nie stroił fochów. Trafiła się okazja do zbudowania historii, która zakończyła się zdobyciem mistrzostwa. Mówił o uczuciu, i przkonaniu, że wykonał swoją pracę w Toronto całkiem nieźle. W jego opinii Toronto nie powinno mieć pretensji, że odchodzi, bo dał im to czego chcieli i potrzebowali. Znów powtórzył, że chciał grać w domu, tak po prostu. Że tak jak mówił PG ich rodziny będą mogły przychodzić na mecze. Że gra już w NBA osiem lat, szybko zleciało, a on przez 8-9 miesięcy w roku nie może nic zrobić ze swoją rodziną. Tylko latem ma trzy miesiące żeby zobaczyć całą rodzinę, do tego trenować oraz załatwiać wszystkie inne zawodowe obowiązki. Całkowity brak czasu żeby być z bliskimi. Że ponad wszystko kocha swoją familię, że gdy widział ich latem jak rozmawiają, śmieją się, bawią, grają w kosza to zawsze czuje w środku, jak strasznie za tym tęskni, tak zwyczajnie, na co dzień. O uczuciu, żalu z powodu tego, że wszystko go omija, ich pierwsze mecze, dorastanie, codzienne sprawy.  Że za każdym razem zadawał sobie pytanie gdzie ja wtedy byłem ?  Na koniec stwierdził, że to była bardziej rodzinna sytuacja, niż czysto zawodowa. Że koszykówka będzie jeszcze długo po nim, tak jak była przed nim, a jego życie jest tylko jedno i chce je dzielić z najbliższymi, których kocha i to był jeden z najważniejszych powodów dla których wybrał Clippers.

Szczerze powiedzał Kawhi, bez wątpienia. Koleś jest jedyny w sowim rodzaju, nie udziela się w mediach, jest szczery do bólu, nie gada za dużo, ma zabójczy śmiech, gra jak natchniony i potrafi sie otowrzyć gdy trzeba. Powiedzieć tak po prostu, z głębi serca, o co chodzi. To nie była gdaka w stylu gównomowy lub jak kto woli korpomowy, pełnej komunałów i nic nie znaczących tekstów. Ten wybór Kawhiego był świadomym wyborem rodziny nad całą resztę. Oczywiście ważne jest też to, że wylądował miękko na czterech łapach w LAC, którzy, nawet jeśli nie są faworytami do tytułu to nie będą też leszczami do lania, ale taki już jest przywilej nawiększych czortów w lidze. Zresztą żadna ekipa z Kawhim w składzie nie byłaby dostarczycielem łatwych wygranych.

 

 

 

Sprawa druga. Czy Kawhi jest teraz najlepszym koszykarzem na świecie ? Nie chodzi mi o nagrodę MVP za sezon regularny, którą mogą zdobyć kolesie w typie Russa, który nigdy niczego nie wygrał i nie wygra. Wielkość rodzi się w playoffs. Kryteria na najlepszego gracza na świecie są proste – musi on być zdolnym do punktowania wtedy, gdy jest to najbardziej konieczne. Musi być zdolnym do zatrzymania najlepszych graczy drużyny przeciwnej i musi, najważniejsze, wydobywać ze swojej drużyny to co najlepsze w najważniejszych momentach. Nie znikać wówczas gdy rozstrzygają się mecze i tytuły, nie pudłować, nie panikować i zawsze pamiętać że ….. to tylko sport.

Teraz w lidze przyjaciół,  super duetów, wielkich trójek czy Wojowników, Kawhi zatargał cale Toronto do finałów, a potem zdobył tytuł. To w znacznej mierze wciąż było to samo Toronto, które tak niemiłosiernie zniszczył i upokorzył LeBronek rok temu. Leonard po spokojnej rozgrzewce z Orlando,  zdemolował Phily w pierwszym meczu ładując im 45 pkt., potem legendarnym już rzutem odprawił ich z playoffs. Gdy przegrywali w finale konferencji 0-2 z Bucks, zaczął kryć Giannisa i temat awansu Koziołków do finału został skończony, bo Antek został spętany obroną Leonarda i przestał istnieć. Tym samym rozstrzygnął też dyskusję czy Giannis jest lepszy od niego. Nie, nie jest. Przykłady to mecze 3,4,5 i 6 tej serii. Mecz 3 – 12 punktów Greka i 31% z gry. Mecz 4 – 25 pkt., ładnie, ale tylko 9 w drugiej połowie ( z czego 2 pkt. to linia). Mecz nr 5 – 24 pkt. 50% z gry, znów 9 pkt. w drugiej połowie (2 z wolnych). Mecz 6, mecz o wszystko czyli czas kozaków. Giannis 21 pkt, 39% z gry, 2 pkt. w czwartej kwarcie na 5 rzutów. Temat skończony. Dużo pracy jeszcze przed greckim dominatorem.

W takim razie odpadł MVP sezonu zasadniczego. Kto nam zostaje do prowónania Harden. Maszyna ofensywna, niszczyciel rekordów i pogromca sezonu regularnego. Wszystko pięknie, ale Kawhi zaliczył w tych PO więcej ważnych i znaczących zagrań niż Broda przez całą swoją karierę. Czy James Harden jest lepszy niż KL ? To takie pytanie bez sensu. Retoryczne można powiedzieć. W San Antonio Kawhi nigdy nie mógł pokazać całego swojego ofensywnego talentu. Nie było to możliwe z powodu wrodzonej niechęci tej organizacji do indywidualności, które swą grą mogą zasłonić klub. W Toronto, Leonard mógł szaleć do woli, był wręcz do tego zachęcany. Efekt tego był taki, że w izolacjach był równie dobry jak Harden, dryblował i jechał z obrońcami równie okrutnie jak Broda, tuż przed tym gdy mijał obrońców, lub walił im w twarz trojkę po kroku wstecz. To co czyni go lepszym od Hardena to obrona i końcówki ważnych gier, no i to że jest mistrzem. A i jeszcze to, że z nim inni grają lepiej, z Hardenem lepiej gra głównie Harden.

Harden odpada, teraz Curry, dwukrotny MVP ligi i trzykrotny mistrz. Curry jest świetny, zmienił grę i nikt tego mu nie zabierze. Jednak niektórych rzeczy nie przeskoczy, z racji tego że jest słaby fizycznie w porównaniu do Leonarda. Curry czasami zapakuje, czasami walnie spawa lub nie trafi paczki. Kawhi bierze na plakaty najlepszych w lidze. Stefek nigdy, przenigdy nie kryje najlepszych zawodników drużyny przeciwnej. Taki myk to jak fantastyka naukowa. Dla Leonarda to chleb powszedni. Normalka. Curry spada.

Zostają nam jeszcze dwaj giganci kosza w osobach Kevina Duranta i LBJ’a. Pierwszy Kevin. Statystyki maja podobne (z racji tego, że ciągle słyszę, że za dużo daje liczb, a przecież nikogo to nie interesuje – jak chcecie wiedzieć dokładnie jakie to sobie sprawdźcie). Żartowałem, KD w zeszłym sezonie zaliczał 26 pkt., 6,4 zb., 5,9 ast., 0,7 prz., 1,1 bl., 2,9 str., 52% z gry, 35% za trzy i 88% z linii. Kawhi 26,6 pkt., 7,3 zb., 3,3 ast., 1,8 prz., 0,4 bl., 2 str., 50% z gry, 37% za trzy i 85% z linii. Ogólnie podobnie. Obaj sieją spustoszenie w ataku, w obronie również wymiatają. KD jest, bez dwóch zdań, lepszym punktującym, ma w sobie tę łatwość zdobywania punktów. Jest czystym brylantem ofensywy, po części wynika to z kosmicznych warunków fizycznych. Jednak KD niczego sam nie osiągnął. W OKC miał wspaniałą drużynę, jednak przegrali finały. Potem dali się złoić mimo prowadzenia 3:1 z GSW. KD wówczas nie skończył ich, nie dobił, nie zrobił tego. Nie wziął całej odpowiedzialności i nie zaniósł ich do finałów. A po sezonie wybrał bezpieczna grę w napakowanym talentem GSW, gdzie i o sukcesy łatwiej i presja zdecydowanie mniejsza. Nie oceniam, nie wnikam jednak to byli Wojownicy. Pewniacy do finałów nawet bez Duranta. Nieco odmienna sytuacja od tej w Toronto. KD odpada, zostaje LBJ.

LBJ. Król mediów społecznościowych, gość z dożywotnim kontraktem od Nike, chwalipięta, który sam siebie ocenia jako najlepszego gracza obecnie jak i wszechczasów, gość z własnym show w TV, własną firmą produkująca programy dla TV, twarz NBA. Wszystko jest wielkie u LeBronka. Z drugiej strony Leonard – cztery tweety w życiu, twierdzi tylko, że chce grać w najlepszej drużynie, twarz New Balance, wielkie ma ręce i to chyba wszystko, bo o jego życiu prywatnym nie wiemy nic.  Żadnych filmików na insta, żadnych taco wtorków i innych atrakcji. Cisa w eterze jak przed nalotem specnazu.

LeBorn i Kawhi dwa razy spotkali się w finałach. W 2013 górą był LBJ i jego Miami, po 7 grach i rzucie Allena. Rok później Spurs zdobyli tytuł kończąc erę Heat. Głównym obrońca na LBJ’a był Leonard, wówczas 22 letni, ograniczając go do 34% z gry i 20% rzutów kontestowanych. Bardzo mocno ograniczył Brona zarówno w wjazdach, próbach rzutowych jak rozegraniu. Spurs załatwili ich w 5 grach.

 

I teraz pytanie kogo bierzecie z nich dwóch, gdy zaczynacie budować drużynę. Królik jest wciąż świetny, bez dwóch zdań. Z pewnością podaje lepiej od KL, nie wiem czy Kawhi kiedykolwiek osiągnie ten poziom. Liczby za poprzedni sezon LBJ wykrecił takie – 27,6 pkt., 8,5 zb., 8,3 ast., 51% z gry, 34% za trzy, ale już od lat nie broni najlepszych z drużyny przeciwnej. Czy broni choćby średnio, no cóż, też już chyba nie. Czasami zaliczy jakąś spektakularną, defensywną akcję, i tyle. Najlepsze lata są za nim, to przykre, ale prawdziwe. Pana czasu nikt nie oszuka, na Leonarda też przyjdzie pora. Ale jeszcze nie teraz. Teraz jest lepszy. Tak po prostu. Teraz jest jego czas. Teaz jest najlepszy.

Nawet jeśli ktoś uważa inaczej i bardziej ceni KD, Hardena czy LBJ’a to w jednej kwestii nikt nie wygra z Kawhim:

 

źródło: YouTube/ The Sixth Man

 

 

Dzięki za przeczytanie i poświęcony czas.

Pozdro. Do następnego.

Kopiuj link do schowka