Juć otworzył mu drzwi do NBA. Teraz on pomaga Frasunkiewiczowi w Niemczech
Rafał Juć to ogromna wartość polskiej koszykówki. Nasze przypadkowe spotkanie sprawiło, że trafiłem do NBA. Później porzuciłem tam wygodne życie, bo chciałem mieć wpływ na budowanie zespołu. Moją rolą jest pomaganie trenerowi, by on zajął się tylko koszykówką. Oglądam około 90-100 meczów miesięcznie. ORLEN Basket Liga w tym sezonie – po zmianie przepisów – nabrała rozpędu – mówi Kevin Anstett, dyrektor sportowy w zespole Rostock Seawolves.
Karol Wasiek: W ostatnim czasie jednym z ciekawszych tematów w polskiej koszykówce jest posiadanie dyrektora sportowego w klubie. Jak w takim razie zaczęła się twoja przygoda z tym zawodem?
Kevin Anstett, dyrektor sportowy w zespole Rostock Seawolves: Do 20. roku życia grałem w koszykówkę. To nie był wysoki poziom. Grałem w drugiej lidze we Francji. Niestety pewnego dnia bardzo mocno uszkodziłem sobie kolano. Postanowiłem, że kończę z graniem i wracam do szkoły, ale z taką myślą, by być cały czas przy koszykówce.
Nie ukrywam, że scouting był czymś, co naprawdę bardzo lubiłem. Chodziłem do wielu hal w Paryżu, by obserwować młodych, utalentowanych graczy z bliska. I pamiętam, że pewnego dnia wtedy… poznałem Rafała Jucia.
-
Tak
-
Nie
-
Tak25 głosów
-
Nie39 głosów
Jak wyglądało wasze pierwsze spotkanie?
Rafał przyjechał do Francji na mecz. Był zdania, że francuska koszykówka naprawdę się rozwija. To było w momencie, gdy Frank Ntilikina został wybrany przez Knicks w drafcie NBA. Francuzów było z każdym rokiem coraz więcej w najlepszej lidze świata, dlatego kluby zaczęły się interesować tym rynkiem.
Rafał mnie wtedy mocno zaskoczył, bo rzucił coś w stylu: “hej, może chciałbyś pomóc Nuggets w kontekście informacji o francuskich zawodnikach. Nauczymy cię, jak pracuje skaut w NBA”. Moja odpowiedź była błyskawiczna: “jasne, zróbmy to”.
Dzięki Rafałowi dostałem się do NBA. Bardzo mi pomógł i jestem mu za to bardzo wdzięczny. Myślę, że nasza współpraca trwała przez sześć miesięcy. W tamtym czasie Nuggets mieli naprawdę mały front-office.
Mamy do dzisiaj świetny kontakt. To miły i kulturalny facet, który stara się za wszelką cenę pomóc polskiej koszykówce. W zeszłym roku zorganizował świetną konferencję podczas Pucharu Polski. Mam nadzieję, że nadal będzie mógł mieć pozytywny wpływ na polską koszykówkę. Doceniajcie go!
Jak wyglądała twoja przygoda w NBA?
Byłem w Phoenix przez dwa lata, a następnie w Philadelphi przez trzy. Ciekawostką jest fakt, że po moim pierwszym roku w Phoenix wszyscy zostali zwolnieni. Zostałem na kolejny sezon, ale to nie była dobra decyzja. Nie podobał mi się ten okres. Pomyślałem sobie, że czas zmienić miejsce. Sixers zrekrutowali mnie i zostałem z nimi na trzy lata i naprawdę miło wspominam ten okres.
Czym zajmowałeś się w NBA?
W Phoenix zajmowałem się skautingiem międzynarodowym. Początkowo była to Europa, ale później dochodziły kolejne kontynenty. W tamtym czasie Australia zaczęła się mocno rozwijać.
W Sixers wyglądało to inaczej. Miałem szczęście, bo trafiłem na Vince’a Rossmana, który teraz pracuje w OKC. To on pokazał mi nowe obszary, otworzył kontakty z wieloma ludźmi. Zajmowałem się skautingiem uniwersyteckim, oglądałem też mecze G-League. Nauczyłem się wtedy najwięcej, bo to była bardzo różnorodna koszykówka.
Nie ma co ukrywać, że najważniejsze dla drużyn NBA jest dostarczanie informacji poprzez ocenę poszczególnych zawodników.
Mogłem zostać w NBA na dłużej, ale pomyślałem sobie, że chciałbym zrobić coś więcej i mieć wpływ na większe procesy. Bycie dyrektorem sportowym naprawdę mnie ekscytowało, dlatego porzuciłem wygodne życie w NBA dla niewygodnego życia w klubie. Niczego nie żałuję.
Opuściłem Philadelphię w marcu, bo chciałem być przygotowany na kolejny sezon jako dyrektor sportowy.
Ciekawostką jest fakt, że po okresie spędzonym w Limoges mogłem wrócić do NBA. Rozmawiałem z klubami, ale zależało mi na tym, by kontynuować swoją drogę w roli dyrektora sportowego.

Francuzi, także we front-office, są wartościowi dla NBA?
To dobre pytanie. W NBA zaczęli dostrzegać, że coraz więcej zawodników z Francji ma talent, by grać na tym poziomie. Liczba graczy z każdym rokiem rośnie. Jest wielka gwiazda w postaci Wemby’ego w Spurs. Uważam, że samo bycie Francuzem stanowi teraz wartość dla NBA. A ta wartość rośnie w momencie, gdy dobrze mówisz po angielsku. Jednak samo bycie w NBA nie jest dla mnie aż tak atrakcyjne.
Dlaczego w takim razie stanowisko dyrektora sportowego jest dla ciebie tak kuszące?
Czuję, że na tym stanowisku mogę wcielić swoje pomysły w życie. Każdy ma swoją filozofię, postrzega koszykówkę w określony sposób. Jedno to mówić, a drugie to spróbować, czy dana filozofia faktycznie działa.
Bo jako skaut możesz dać swoje rekomendacje, ale ostatecznie nie masz mocy decyzyjnej. Czułem, że tkwię w rutynie. Różni zawodnicy, ale zawsze ten sam model działania. Chciałem czegoś więcej. Zależało mi na tym, by być w kontakcie z drużyną, ze sztabem szkoleniowym każdego dnia. To najlepszy sposób na naukę.
Dlatego też siedzisz z drużyną na ławce rezerwowych podczas meczów?
Chcę czuć się częścią zespołu, ale moje bycie na ławce rezerwowych jest uzależnione od decyzji głównego trenera. Przemysław Frasunkiewicz nie miał z tym żadnego problemu. Czasami mamy nawet krótką rozmowę w trakcie spotkania. Siedzę w rogu, by widzieć boisko i całą drużynę. Jeśli coś się dzieje, to widzisz, jak reagują poszczególni gracze, jaki mają body-language.
Jaką radę dałbyś młodym ludziom, którzy chcieliby w przyszłości objąć stanowisko dyrektora sportowego w klubie?
To zabawne, bo miałem już taką sytuację z moim przyjacielem, któremu pomagałem na początku kariery skauta. A tego lata przeszedł na stanowisko dyrektora sportowego i pracuje w Manresie.
Zawsze mówię ludziom, że muszą wiedzieć, co chcą robić w życiu. Nie zagłębiam się jednak w szczegóły, bo nie jestem dobry w udzielaniu konkretnych rad. Uważam, że każdy z nas musi iść swoją drogą. Ta droga nie może narzucona przez kogoś innego. Chodzi o to, by wiedzieć, kim chce się być.
Ostatnio odezwał się do mnie nowy skaut z Sixers, który chciał porozmawiać o mojej drodze, o tym, jak tam sobie radziłem. Powiedziałem mu: „Hej, musisz znaleźć swoje ‘dlaczego’, a wtedy znajdziesz swoją drogę”.
Na które elementy zwracasz uwagę podczas szukania zawodników?
Osobowość jest najważniejsza. Mam na myśli charakter danego gracza. Z trenerem Frasunkiewiczem z Rostocku tworzymy w zespole dużą kulturę opartą na etyce pracy. Każdy pojawia się 45-60 minut przed treningiem i pracuje indywidualne. To nie jest narzucone. To jest dobrowolne. Etyka pracy jest dla nas bardzo ważna.
W składzie nie może być 10 złych albo 10 dobrych ludzi. To miks różnych osobowości. To ważny element konstruowania składu.
Przed tym sezonem – razem z trenerem – podjęliśmy decyzję, że chcemy być większych i bardziej wszechstronnych zawodników.
Czuliśmy, że czeka nas długi sezon, więc potrzebujemy zawodników, którzy potrafią grać na wielu pozycjach.
Jak wygląda współpraca z trenerem Przemysławem Frasunkiewiczem?
Nasza współpraca układała się bardzo dobrze, czego najlepszym dowodem jest fakt, że właśnie ogłosiliśmy podpisanie nowej umowy do 2028 roku. To najlepszy dowód na to, że chcemy wspólnie budować ten projekt.
Kiedy zaczynaliśmy razem pracować, nie znaliśmy się osobiście. Musiałem więc dowiedzieć się, jak lubi budować swój zespół i jak lubi trenować. To był pierwszy krok, który zajął trochę czasu. Teraz czuję, że się rozumiemy w 100 procentach.
Moim zadaniem jest ułatwić mu życie. Chcę, żeby mógł skupić się tylko na treningach i na meczach. Nie chcę, by tracił czas na użeranie się z agentami i rozmawianie na temat premii czy liczby biletów lotniczych. To strata czasu. Tym trener nie powinien się zajmować.
W jaki sposób razem budujecie zespół?
Początkowo konstruujemy skład na bazie utworzenia profili graczy na poszczególnych pozycjach. Na podstawie tego tworzę listę z nazwiskami zawodników, którzy do tego pasują. Liczba nazwisk jest uzależniona od sytuacji na rynku i naszego budżetu. Później trener Frasunkiewicz wraz z asystentami przeglądają tę listę, oglądają zawodników i wspólnie analizujemy sytuację. Jeśli dany gracz – po zebraniu wcześniej informacji na jego temat – nam się podoba, to wtedy przystępuję do negocjacji z jego agentem. Trener wchodzi do gry, kiedy ma porozmawiać z koszykarzem. Wtedy robimy taki wideo-call, w którym jestem ja, gracz i trener.
Trener przedstawia swoją filozofię koszykarską. Zazwyczaj zawodnicy mają pytania. Ja z kolei wyjaśniam, jak funkcjonuje klub na co dzień i jakie są nasze cele.
Muszę przyznać, że poprzednie lato – pod kątem budowy składu – przebiegło bardzo sprawnie. Mieliśmy kilku zawodników, którzy bardzo chcieli zostać. To duża zasługa trenera Frasunkiewicza. Mogę podać przykład D’Shawna Schwartza, który powiedział wprost: “jeśli ten trener zostanie, ja też zostanę. Jeśli go nie będzie, odejdę”.
Jak budujesz swoją listę z nazwiskami zawodników?
To praca, która cały czas trwa. Mam ogromną listę z nazwiskami około 1000 zawodników. To praca na żywym organizmie: jedne skreślam, inne dodaję. Wszystkie mają jedną wspólną cechę: mieszczą się w realiach naszego budżetu. Nie ma na tej liście nazwisk graczy, których nie będziemy w stanie pokryć finansowo – np. Mike James czy Andreas Obst.
W trakcie sezonu mam taką rutynę, że każdego poranka sprawdzam występy tych zawodników, analizuję, jak grali, rozmawiam też z ludźmi na temat poszczególnych koszykarzy. Wszystko po to, by być na bieżąco z wydarzeniami i nie przegapić żadnej okazji.
Ile meczów średnio oglądasz miesięcznie?
Staram się oglądać trzy mecze dziennie. Czyli około 90-100 w całym miesiącu. To dużo, ale chcę mieć szerszy obraz tego, co się dzieje. Oglądam mecze w Europie, ale też w G-League i w NCAA.
Jak wyglądała rekrutacja Łukasza Kolendy?
Wiedziałem, że trener Frasunkiewicz z powodzeniem współpracował z nim w reprezentacji do lat 20. Łukasz był jednym z lepszych punktujących w polskiej lidze, ale nie do końca wiedziałem, jak jego gra przełoży się na Bundesligę. Byłem zdania, że w Arce był fatalny w obronie i musi zmienić wiele nawyków, by podjąć rywalizację w lepszej lidze.
Trener doskonale znał Łukasza i nie chciał być stronniczy w jego sprawie, dlatego poprosił mnie o rozmowę z zawodnikiem. I ta rozmowa wszystko zmieniło.
Co to znaczy?
To była szczera rozmowa, w której powiedziałem, co myślę o jego grze i czego on – w mojej opinii – potrzebuje.
Łukasz dał się poznać jako człowiek, który chce nowych wyzwań i jest gotowy zrobić naprawdę wszystko, by zmienić środowisko na bardziej wymagające. Byłem zdania, że Łukasz będzie idealnie pasował do TJ Crocketta.
Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że to była świetna decyzja. Jestem bardzo zadowolony z jego postawy. Szybko dopasował się do warunków panujących w Bundeslidze. Jest podatny na coaching. Słucha trenera. Chce się rozwijać i ma świetną osobowość.
Przed nim duża kariera. On może grać w każdej lidze w Europie. Zrobił najważniejszy krok: wyjechał z kraju, a tym samym wyszedł ze strefy komfortu. To najtrudniejsza decyzja do podjęcia, a on się na nią zdecydował.
Jak postrzegasz ORLEN Basket Ligę?
Uważam, że ORLEN Basket Liga przeszła ogromną zmianę w ostatnich miesiącach. I to na duży plus. Wcześniej widziałem wiele drużyn PLK grających w tym samym stylu: wolno, z pełną egzekucją zagrywek na połowie rywala, fizycznie i mało atletycznie.
Teraz – po zmianie przepisów – dostrzegam dużą różnicę. To zmiana w dobrą stronę. Jeśli jesteś dobry, to grasz. Bez względu na narodowość. To pomogło drużynom. To też widać po wynikach w europejskich pucharach.
Widzę kilka drużyn, których styl bardzo mi się podoba. W tym gronie wymieniłbym: Dziki, Legię, Trefla, Anwil z nowym trenerem także próbuje grać dużo szybciej.
PLK uchodzi w Europie za ligę, w której można znaleźć wielu interesujących obcokrajowców, którzy stawiają swoje pierwsze kroki w Europie. Pamiętam, że kiedyś próbowałem podpisać kontrakt z Jamesem Palmerem.
Jestem zdania, że Polska ma sporo utalentowanych zawodników. Jednym z nich jest Jakub Szumert. Mogę zdradzić, że wiele drużyn uniwersyteckich do mnie dzwoni z pytaniami o tego gracza. To pokazuje, że uczelnie patrzą na cały świat, szukając koszykarzy o określonych profilach.
