James Florence: Nie miałem nic do stracenia. Kilka tygodni później zostałem MVP finałów
Sześć sezonów w Polsce, dwa mistrzostwa kraju, dwa Puchary Polski, tytuły MVP finałów i sezonu zasadniczego oraz dziesiątki meczów, które na stałe zapisały się w historii PLK. James Florence był jednym z najbardziej efektownych i najskuteczniejszych rozgrywających, którzy występowali na polskich parkietach w ostatnich latach. W rozmowie z nami Amerykanin wspomina drogę od kryzysu w Zielonej Górze do zdobycia tytułu MVP finałów, mówi o budowaniu pewności siebie, a także opowiada o życiu po zakończeniu koszykarskiej kariery.
Marcel Drozdowski (Z Krainy NBA): Spędziłeś w Polsce sześć sezonów, reprezentując trzy różne kluby. Na początku swojej przygody, czyli w kampanii 2016/17, zdobyłeś ze Stelmetem mistrzostwo Polski, zostałeś MVP finałów i sięgnąłeś po Puchar Polski. Gdy dziś myślisz o swojej przygodzie z PLK, co jako pierwsze przychodzi ci do głowy? Czy to właśnie tamte rozgrywki?
James Florence: To był czas, który najbardziej zapadł mi w pamięć i miał niesamowite zakończenie, ale uważam, że to nie był najlepszy sezon w mojej karierze. Zacząłem go świetnie i pełen pewności siebie, ale po próbach wprowadzenia pewnych zmian, by lepiej dopasować się do drużyny i stać się lepszym „rozgrywającym”, straciłem siebie, swoją wewnętrzną pewność i zacząłem wątpić w każdą podejmowaną przeze mnie decyzję. W rezultacie przeżyłem prawdopodobnie najgorszy okres trzech lub czterech miesięcy w całej mojej karierze. Zarząd i kibice chcieli, żebym opuścił Zieloną Górę, a sądząc po mojej grze, mieli rację. Nie chodziło o talent ani nic takiego, ale zawodnik bez pewności siebie nigdy nie będzie grał tak, jak potrafi.
-
w Zastalu
-
w Stali
-
w Arce
-
w Zastalu7 głosów
-
w Stali10 głosów
-
w Arce10 głosów
Sytuacja osiągnęła punkt krytyczny i wróciłem do tego, co znam najlepiej – ciężkiej pracy. Przychodziłem na godzinę lub dwie przed treningiem, żeby potrenować sam. Zanim wszyscy się pojawiali, już wycierałem się ręcznikiem i miałem kilka minut odpoczynku przed główną sesją treningową z całym zespołem. W ciągu tych dwóch tygodni kierownictwo klubu i mój agent negocjowali warunki mojego zwolnienia. Zdałem sobie sprawę, że nie mam nic do stracenia, zacząłem odnajdywać się na treningach, miałem kilka niesamowitych sesji, a w końcu zaczęło to być widoczne w meczach, co zaowocowało tytułem MVP finałów. To moje największe osiągnięcie – pokonałem naprawdę trudny okres i stało się to wyłącznie dzięki ciężkiej pracy. Dlatego zawsze jest to pierwsza rzecz, która przychodzi mi do głowy.
Trzeba przyznać, że w Zielonej Górze grałeś w naprawdę świetnie złożonej drużynie. Co dokładnie sprawiało, że tamten zespół był tak skuteczny?
– To właśnie doświadczenie wszystkich członków tej drużyny sprawiło, że była ona tak dobra – mieliśmy wówczas w składzie jednych z najlepszych polskich zawodników w lidze, to wszystko było tak proste! Każdy miał swoją rolę i wywiązywał się z niej znakomicie.
Kilka lat później zdobyłeś kolejne mistrzostwo – tym razem ze Stalą Ostrów Wielkopolski – oraz awansowałeś do finału FIBA Europe Cup. Czym różniły się te dwa mistrzowskie zespoły?
– Myślę, że w drużynie z Zielonej Góry chodziło przede wszystkim o talent – od pierwszego do ostatniego gracza – i wydaje mi się, że w większości meczów po prostu mieliśmy lepszych zawodników niż przeciwnicy. Większość chłopaków z drużyny miała rodziny, więc naturalnie po treningach czy meczach każdy szedł w swoją stronę.
Drużyna z Ostrowa również miała mnóstwo talentu, ale my byliśmy ze sobą blisko zarówno na boisku, jak i poza nim – spędzaliśmy razem cały czas. Na meczach nie było kibiców ani nic takiego, mieliśmy tylko siebie nawzajem i to naprawdę było widać. Nadal utrzymuję kontakt z większością chłopaków z tej drużyny. Tym właśnie różniły się mistrzowski Zastal i Stal. Nie zmienia to faktu, że obie drużyny były wyjątkowe na swój sposób.
W 2019 roku zostałeś wybrany MVP całego sezonu zasadniczego PLK. Czy indywidualne wyróżnienia mają dla ciebie równie duże znaczenie jak drużynowe sukcesy?
– Tak i nie. NIC nie daje takiej satysfakcji jak zdobycie mistrzostwa, ale muszę przyznać, że był to mój pierwszy sezon po występach w klubie z Zielonej Góry i chciałem udowodnić sobie, że stać mnie na więcej niż to, co pokazałem w Zastalu. Chciałem trafić gdzieś, gdzie mógłbym czuć się „swobodnie” i grać intuicyjnie, a „Franc” (Przemysław Frasunkiewicz) od samego początku dał mi do zrozumienia, że wierzy we mnie i w moje umiejętności. Dlatego ta nagroda miała dla mnie większe znaczenie ze względu na to, przez co przeszedłem w poprzednich latach.
W Gdyni rozgrywałeś statystycznie swoje najlepsze sezony podczas pobytu w Polsce. Czy spośród trzech drużyn w PLK, to właśnie w tamtym miejscu miałeś największą wolność w grze?
– Tak, dokładnie, trener dał mi zielone światło, żebym mógł pokazać, na co mnie stać, ale co ważniejsze, stworzył mi ku temu odpowiednie warunki – mieliśmy mnóstwo strzelców na wszystkich pozycjach, a w drużynie był jeszcze jeden kandydat do tytułu MVP. Josh Bostic z łatwością mógł zostać MVP tamtego sezonu. Powiedziałbym więc, że to raczej zasługa „Franca” i jego umiejętności budowania drużyny, która pozwala maksymalnie wykorzystać potencjał poszczególnych graczy, niż tego, że to ja byłem najlepszym graczem w tamtym roku.

Reprezentowałeś Zastal, Stal i Arkę. Każdy z tych klubów miał zupełnie inną historię i inne oczekiwania. Jesteś w stanie powiedzieć, w którym miejscu grało ci się najlepiej?
– Każde z tych miejsc miało swój urok, ale dla mnie zawsze ważniejsi byli ludzie wokół mnie, więc wszystkie trzy miejsca mi się podobały, bo zawsze miałem tam świetnych kolegów z drużyny i przyjaciół. Gdybym miał wybrać jedno, powiedziałbym, że jednak Gdynia, ale to trochę niesprawiedliwe, bo tuż obok są Sopot i Gdańsk, a do tego miasto leży nad wodą, co zawsze poprawia jakość życia.
Po raz pierwszy trafiłeś do Polski jako doświadczony zawodnik, a później wracałeś tu jeszcze wielokrotnie. Co sprawiało, że PLK stała się dla ciebie atrakcyjnym kierunkiem?
– Wcześniej nie wiedziałem zbyt wiele o PLK – grałem tylko w jednym turnieju przedsezonowym, kiedy jeszcze występowałem w drużynie w Niemczech, więc nie miałem o tej lidze zbyt dużego pojęcia. Ale kiedy latem zgłasza się do ciebie drużyna z czołówki ligi, to zawsze jest to interesujące!
Przez te lata polska ekstraklasa bardzo się zmieniła. Jak oceniasz rozwój PLK? Czy dzisiejsza liga jest silniejsza od tej, w której zdobywałeś pierwsze mistrzostwo?
– Trudno powiedzieć. Skłaniam się ku opinii, że dzisiejsza liga jest lepsza, po prostu dlatego, że koszykarze z upływem czasu stają się coraz lepsi. Zawodnicy mają teraz o wiele większe umiejętności w młodszym wieku niż kiedyś. To naturalna ewolucja. Dzisiejsi gracze są lepsi od wczorajszych. Jutrzejszy gracze będą lepsi od dzisiejszych. Choć bardzo chciałbym powiedzieć, że było lepiej, kiedy sam grałem, to wiem, że to po prostu tak nie działa.
A jak wygląda sytuacja z innymi ligami? Grałeś w końcu w wielu krajach – między innymi na Węgrzech, w Niemczech, Kazachstanie czy Turcji. Która z nich była dla ciebie najbardziej wymagająca?
– Liga turecka. Po odejściu z Chorwacji pojechałem tam, żeby dokończyć sezon i wydaje mi się, że mój pierwszy mecz rozegrałem przeciwko Fenerbahce. Tam nieustannie spotykałeś się z mnóstwem zawodników na najwyższym poziomie.
Przez całą karierę byłeś zawodnikiem, który lubił brać odpowiedzialność za najważniejsze akcje. Czy taka pewność siebie była czymś naturalnym, czy wypracowałeś ją z biegiem lat?
– Jeszcze zanim zostałem zawodowcem, ponosiłem mnóstwo porażek, nie trafiałem ważnych rzutów, popełniałem błędy. I tak, czasami nie możesz przez to spać, zaczynasz wątpić w siebie, w swoje umiejętności itp. Ale myślę, że w gruncie rzeczy potrafię się z tym pogodzić i nie boję się tego, co wiąże się z porażką. Wolę spróbować i ponieść porażkę, niż zrzucić tę odpowiedzialność na kogoś innego. Zawsze to też jednak zależy od przebiegu meczu – jeśli komuś innemu idzie dobrze, to zdecydowanie pozwalam mu decydować o losach spotkania. Jeśli jednak nie ma wyraźnej przewagi jednej strony lub nikt inny nie chce tego zrobić, to ja się tym zajmuję.
Miałeś okazję grać z wieloma świetnymi koszykarzami – między innymi takimi, którzy brali odpowiedzialność na swoje barki w kluczowych momentach. Który z twoich byłych kolegów z drużyny zrobił na tobie największe wrażenie?
– Zdecydowanie „Garbi” (Jakub Garbacz). Widziałem, jak siedział na końcu ławki rezerwowych, widziałem też, jak został MVP finałów i MVP Pucharu. Zawsze wkładał tyle samo wysiłku, niezależnie od tego, jak mu szło. To robi ogromne wrażenie. Trening siłowy, rzuty po treningu. Po prostu uwielbiałem patrzeć, jak pracuje i widzieć, jak ta ciężka praca się opłaca! To zdecydowanie mój ulubiony zawodnik, którego sukcesy oglądam z największą przyjemnością.
Wróćmy jednak do ciebie. Patrząc na całą karierę – czy jest jakiś mecz, który uważasz za swój najlepszy występ?
– Czwarty mecz finałów w Toruniu – biorąc pod uwagę wszystko, przez co przeszedłem w tamtym sezonie, a mimo to udało mi się wywrzeć tak ogromny wpływ na przebieg meczu i całej serii. To zabawne, bo w poprzednim meczu naciągnąłem ścięgno udowe, więc nie byłem w pełni sprawny i nie mogłem wykonać gwałtownego ruchu, by ominąć przeciwnika i przedrzeć się pod kosz. Na szczęście tego wieczoru trafiałem wiele rzutów. Wszyscy moi koledzy z drużyny cieszyli się razem ze mną – widzieli z bliska, z czym zmagałem się w tamtym sezonie i naprawdę czułem wtedy, że jestem doceniany. To znaczyło dla mnie więcej, niż ktokolwiek może sobie wyobrazić.
Dobrych kilka lat później rozmawiamy o tym, co niegdyś emocjonowało zarówno ciebie, jak i wielu kibiców. A jak wygląda sytuacja Jamesa Florence’a teraz? Czy planujesz jeszcze kontynuować zawodową karierę, czy bardziej myślisz już o kolejnym etapie życia?
– Mogę to powiedzieć – oficjalnie zakończyłem karierę! Nigdy nie ogłaszałem tego oficjalnie ani nic w tym stylu, ale wiedziałem, że sezon 24/25 w Turcji był moim ostatnim. Tak naprawdę już kilka lat wcześniej zdawałem sobie sprawę, że wkrótce zakończę zawodowe granie. Po prostu nie miałem ochoty robić z tego wielkiej sprawy, więc potraktujcie to jako moje ogłoszenie. Już w 2021 roku w Ostrowie zacząłem uczyć się programowania – podczas podróży autobusem i w każdej wolnej chwili. Kupiłem kilka książek i kursów i po prostu uczyłem się tego, kiedy było to możliwe. Teraz jestem inżynierem oprogramowania i mieszkam w Los Angeles. Tworzę aplikację o nazwie SoKal: kalendarz wydarzeń na iOS i Androida. Nie chcę, żeby to brzmiało jak reklama, ale tworzenie tej aplikacji sprawia mi ogromną frajdę.
Powiedz mi na koniec jeszcze jedną rzecz – gdybyś miał wybrać coś, z czego jesteś najbardziej dumny po sześciu sezonach spędzonych w Polsce, co by to było?
– Przyjaźnie i społeczność. Wielokrotnie powtarzałem, że Polska to mój drugi dom. Poza Stanami Zjednoczonymi mam tam najwięcej przyjaciół, spędziłem tam najwięcej czasu i na pewno wkrótce tam wrócę, żeby po prostu odwiedzić znajomych i, mam nadzieję, obejrzeć kilka spotkań. Polska była dla mnie czymś więcej niż tylko miejscem, w którym grałem. Dom to nie miejsce, to uczucie, które odczuwasz, gdy tam jesteś, więc na tym zakończę i powiem DZIĘKUJĘ wszystkim, którzy przez te lata okazywali mi miłość.