Co się dzieje z Lauri Markkanenem?

30/11/2019
fot. Instagram/laurimarkkanen

Lauri Markkanen, nadzieja Bulls na lepszą przyszłość, jak do tej pory mocno zawodzi w tym sezonie. Co jest przyczyną takiego stanu rzeczy?

Bulls są w tym sezonie słabi – przegrali ostatnio zarówno z G-League’owym składem Warriors, jak i z okropnie niepoukładanymi Knicks. Z bilansem 6-14 okupują obecnie 12. miejsce konferencji wschodniej, do pierwszej ósemki tracąc zaledwie dwa mecze. To nie oznacza jednak, że Bulls w obecnej formie walczyć mogą o Playoffy – ta bliskość pierwszej ósemki wynika raczej ze słabości reszty stawki, niż z jakości Byków. Tej jakości bowiem bardzo, bardzo brakuje. Oprócz zdobywającego hurtem punkty Zacha LaVine’a, trudno znaleźć w ekipie z Chicago jakieś pozytywy. A przecież przed sezonem zakładaliśmy, że trochę może ich być.

Jednym z nich miał być Lauri Markkanen. To właśnie 22-letni Fin traktowany był jako potencjalny lider tego zespołu i fundament pod przyszłe sukcesy. Jak do tej pory jednak jest w tym sezonie absolutnie niewidoczny. Z poziomu 18,7 punktu i 9 zbiórek w poprzednim sezonie, spadł do 13,3 punktu i 7 zbiórek. Lauri trafia zaledwie 35% rzutów z gry i 28% rzutów z dystansu. Gdyby nie pierwszy mecz sezonu na 35 punktów i 17 zbiórek przeciwko Hornets, te liczby mogłyby wyglądać jeszcze gorzej. Od tamtego czasu tylko raz przekroczył granicę 20 punktów w meczu. Co się dzieje?

Sam zainteresowany mówi o niemocy strzeleckiej. Po jednym z ostatnich meczów powiedział wprost, że to jest strzelecka niemoc, którą musi po prostu przełamać:

“Tak to jest ze strzelcami – wszyscy gracze przechodzą czasem przez dołki strzeleckie. Każdy zawodnik też jest w stanie się w pewnym momencie przełamać. Jeśli pozostanę pewny siebie, będę wierzył, że każdy kolejny rzut może wpaść do kosza, to wiem, że sytuacja się w końcu odmieni.”

Taka prosta odpowiedź może być najbardziej sensowna – Lauri Markkanen rzeczywiście nie trafia rzutów z czystych pozycji. Czyste pozycje jednak ma, a więc można założyć, że wystarczy zacząć trafiać rzuty. Cóż, w teorii rozwiąże to problem. Wydaje się jednak, że kłopot leży jeszcze trochę głębiej – trener Jim Boylen wydaje się nie do końca wykorzystywać potencjał, jaki drzemie w fińskim podkoszowym.

Spójrzmy na highlighty z ostatniego meczu Bulls z Blazers. Markkanen zdobył w nim skromne 10 punktów i 1 zbiórkę:

źródło:YouTube/ Smart Highlights

Widzimy tutaj osiem posiadań Markkanena w ofensywie. Tylko w dwóch z tych sytuacji, Lauri nie dostaje podania na pozycję strzelecką – jedną z tych akcji jest rozpoczęty przez niego kontratak, a drugą zasłona z koszyczkiem którą stawia. W pozostałych sytuacjach czeka on za linią za trzy, gdzie dostaje piłkę i najczęściej po prostu oddaje rzut. Oczywiście, co do zasady to dobrze, jeśli jeden z podkoszowych rozciąga grę. Nie można jednak sprowadzać takiego zawodnika jak Lauri Markkanen do roli zadaniowca rzucającego z dystansu. On potrzebuje więcej gry, więcej rzutów dla siebie, akcji skonstruowanych pod niego. To nie jest Ryan Anderson – on miał być gwiazdą tego zespołu.

Tym czasem Jim Boylen korzysta z Lauri Markkanena tak, jak gdyby ten był rzucającym obrońcą i to nie żadnym czołowym, a jedynie zadaniowcem. To ogromne marnowanie potencjału, który Lauri ma dzięki swojemu połączeniu warunków fizycznych i technicznego obycia. Dla porównania zobaczmy jak Dallas wykorzystują w ataku swoją wersję Lauriego Markkanena, czyli Kristapsa Porzingisa – pierwowzór Fina. Kristaps to zawodnik jak na ten moment będący o poziom wyżej, ale chodzi tu głównie o podobne predyspozycje i podobne talenty obu panów, które wykorzystywane są zupełnie inaczej:

źródło:YouTube/FreeDawkins

Widzimy tutaj 10 posiadań ofensywnych Porzingisa. Na pierwszy rzut oka widać jednak, jak różne są to posiadania. Tylko dwa razy Łotysz dostaje piłkę na obwodzie w pozycji do rzutu. Pozostałe akcje to rolowanie pod obręcz, dobitki, gra bliżej kosza, oparta na atletycznym potencjale. Tego Lauri też ma sporo, ale zupełnie nie dostaje szansy na jego zaprezentowanie.

Kopiuj link do schowka