Bartosz Diduszko: Krok zerowy pasją i pracą. Piszą do mnie trenerzy z dużych klubów

Bartosz Diduszko: Krok zerowy pasją i pracą. Piszą do mnie trenerzy z dużych klubów

Bartosz Diduszko: Krok zerowy pasją i pracą. Piszą do mnie trenerzy z dużych klubów
Bartosz Diduszko / foto: Andrzej Romański / PLK

– Dla mnie – jako trenera – nie ma nic lepszego, gdy zobaczę, że zawodnik wykona jakiś manewr na meczu po wspólnych treningach przez kilka tygodni. Wiadomości od niektórych ludzi były dla mnie zaskakujące. To mi pokazuje, że idę w dobrym kierunku i robię dobrą pracę. Pozytywny feedback jest paliwem i potwierdzeniem tego, że mój obecny odbiór koszykówki jest właściwy – mówi Bartosz Diduszko, skill development coach i asystent w Arriva LOTTO Twardych Piernikach Toruń.

Karol Wasiek: Czym jest “zero step Academy”?

Bartosz Diduszko, skill development coach i asystent w Arriva LOTTO Twardych Piernikach Toruń: To moja akademia, którą sam wymyśliłem i założyłem. W ramach tej akademii odbywają się treningi indywidualne z naciskiem na kilka elementów koszykarskiego rzemiosła. Główny nacisk jest położony na decyzyjność i wykorzystanie gry na kontakcie. Do tego oczywiście wykorzystanie możliwości związanym z krokiem zerowym. To daje ogromny wachlarz zagrań w ofensywie. Uważam, że przez wielu zawodników nadal nie jest on do końca zrozumiany i przez to niewykorzystywany.

Czy Bartosz Diduszko będzie kiedyś głównym trenerem zespołu z Torunia?
31 użytkowników już oddało swój głos Ankieta
  • Tak
  • Nie
  • Tak
    20 głosów
  • Nie
    11 głosów
Wczytywanie…

Skąd ta myśl, by zająć się właśnie krokiem zerowym?

Trzeba cofnąć się o dwa sezony. Wtedy coś zaczęło mi w głowie świtać, że jest taki manewr w koszykówce, którym można byłoby się dogłębnie zająć. To zagranie co jakiś czas pojawiało się w meczach, a sędziowie puszczali to jako legalną akcję.

Zacząłem to pokazywać chłopakom na boisku w trakcie treningów. Mogę teraz zdradzić, że wszyscy pukali w głowę, mówiąc, że to nie jest koszykówka. “Didi, co ty pokazujesz? To są kroki” – mówili.

Sam zacząłem się z tym coraz lepiej czuć. Poświęciłem naprawdę bardzo dużo czasu, by to lepiej zrozumieć. Myślę, że zajęło mi to z dwa lata.

Jak uczyłeś się tego zagrania, którego de facto sam przez wiele lat nie wykorzystywałeś na boisku?

To prawda, dlatego musiałem zrozumieć timing, by skorzystać z sytuacji, gdy piłka jest możliwa do chwytu, wydłużając ten pierwszy krok. Trudno to wytłumaczyć w teorii w trakcie wywiadu. Dużo łatwiej i prościej wygląda to w praktyce na boisku. Choć zdaję sobie sprawę, że samo zagranie nie jest łatwe, ale zawodnicy mają świadomość tego, że daje ogromne możliwości i przewagi.

Niektóre manewry wygląda dziwne, ale wszystko jest w ramach przepisów gry w koszykówkę. Jestem w stałym kontakcie z sędziami, których pytam o możliwość przeprowadzenia danego zagrania na boisku. Wysyłam im konkretne klipy wideo z pytaniami, czy to są legalne akcje. Jeśli nie, to później dokładnie to omawiamy.

Jaki jest tego odbiór w środowisku?

Pytasz o krok zerowy czy o akademię?

To i to

Odbiór jest bardzo pozytywny. Wiadomo, że są osoby, które to podważają, mówiąc, że to nie jest koszykówka. Byłem tego świadomy, gdy zaczynałem się w to bawić. Podoba mi się, że robię coś innego i podążam swoją drogą. To normalne, że jak jest coś innego, czego ludzie nie rozumieją, to na początku jest faza buntu. Z biegiem czasu zmienia się podejście i nastawienie. Już niedługo te zagrania będą na poziomie dziennym w każdym spotkaniu i na każdym treningu.

Mogę zdradzić, że moja skrzynka na Instagramie jest zalewana różnymi wiadomościami na temat kroku zerowego. Są prośby o analizy konkretnych zagrań.

Doszły do mnie takie słuchy, że piszą do ciebie bezpośrednio trenerzy z bardzo wysokiego poziomu. Czy masz się czym pochwalić?

Wiesz, że ja jestem skromny i nie lubię o tym mówić, ale tak, to prawda. Napisało do mnie kilku trenerów z bardzo dobrych klubów, w tym jeden z młodzieżowego klubu euroligowego. Wymieniliśmy się opiniami.

Kilka osób z NBA zaobserwowało moje konto. To byli i obecni zawodnicy NBA, a także trenerka pracująca w WNBA.

Nie ukrywam, że wiadomości od niektórych ludzi były dla mnie zaskakujące. Nie spodziewałem się, że w ten sposób do mnie napiszą. To mi pokazuje, że idę w dobrym kierunku i robię dobrą pracę. Pozytywny feedback jest paliwem i potwierdzeniem tego, że mój obecny odbiór koszykówki jest właściwy, ale dwoma nogami nadal jestem na ziemi. “Never too high, never too low”.

Niektórzy w środowisku mówią, że nie da się robić treningu i jednocześnie go kręcić. Jak się do tego odniesiesz?

Zacznę od tego, że na początku było mi to trudno ogarnąć, bo ja nigdy nie żyłem w social-mediach. Nie pokazywałem swojego życia, ale świat idzie do przodu. Trzeba się rozwijać także pod tym kątem.

Chciałem podzielić się z ludźmi moją nową pasją i zajawką. Konto założyłem w marcu poprzedniego roku, a do października wrzuciłem zaledwie 3-4 filmy. Miałem 35 obserwujących. Później nastąpił prawdziwy wystrzał. Jeden film wykręcił ponad 300 tysięcy wyświetleń. Aż z wrażenia złapałem się za głowę (śmiech).

Teraz obserwuje mnie około 3 tysięcy użytkowników. To dla mnie nowość, ale wiem, że nie mogę stać w miejscu. Muszę się rozwijać i iść do przodu.

Teraz przechodząc do pytania: kręcenie i trenowanie jednocześnie jest trudne. Nie będę tego ukrywał. Jednak chciałbym dodać, że jest wiele treningów, na których nic nie kręcimy, a po prostu pracujemy. Nawet nie mam przy sobie telefonu.

Najważniejsze jest to, by z zawodnikami zbudować progresję całego treningu. Przejść od tych najłatwiejszych do tych najtrudniejszych elementów. Na samym końcu jest trochę czasu, by zrobić kilka nagrań.

Zwłaszcza że zawodnicy lubią to, kiedy się ich nagrywa i wrzuca później do social-mediów. Bo to pokazuje, że są pracowici i poprawiają swoje mankamenty.

Skąd czerpałeś wzorce na jednostkę treningową?

Jest wiele źródeł. Oglądam kliniki trenerskie, do tego doświadczenie jako zawodnik, mam też swoją wizję na bazie wyobraźni.

Byłem graczem i wiem, jak trenowałem i czego mi brakowało. Mam w głowie plan, jak to powinno wyglądać. To moja wersja i droga koszykówki. Na razie odbiór jest bardzo pozytywny.

Ja też sam zawodnikom zadaję mnóstwo pytań: “co było dobre?”, “co byś zmienił w treningu?”, “czego ci brakowało?” W ten sposób budujemy relacje, a także strukturę treningu. W trakcie rozmowy szukamy wspólnie “treningu idealnego”.

Główną postacią “zero step Academy” w obecnym sezonie był Miha Lapornik, który był poza składem toruńskiego zespołu. Ze Słoweńcem dużo wspólnie pracowaliście, można chyba powiedzieć, że złapaliśmy nić porozumienia.

Tak, to prawda. Zacznę od tego, że Miha to naprawdę super człowiek i zawodnik. Wysokiej klasy profesjonalista. Nawet jak miał gorsze momenty w drużynie, był poza składem, to nigdy nie narzekał, przychodził, trenował na 100%. Życzyłbym każdemu takiego zawodnika jak Miha. On był zawsze dostępny, chciał trenować i poprawiać swoje umiejętności. Praca z nim to sama przyjemność. Stałem pod koszem i mogłem tylko piłkę z siatki wyjmować.

Mogę zdradzić, że w trakcie jednej z gier Miha wykręcił wynik na poziomie Stepha Curry’ego. Na pewno gracz NBA by się tego nie powstydził.

Na czym ta gra polega?

Jest pięć pozycji do rzutu za 3 pkt. Kluczowe są cztery trafienia z rzędu. Jeśli gracz trafi cztery rzuty z rzędu, to kontynuuje rzucanie z danej pozycji. Jeśli po tych czterech trafieniach jest pomyłka to gracz przechodzi na kolejną stację. Miha miał wynik 111 z 5 pozycji. To jest ponad 20 celnych rzutów za 3 z danej pozycji. Niektórzy gracze z naszego zespołu – tak dla porównania – mieli wyniki o połowę gorsze. Niektórzy trenerzy nie wierzą, jak im opowiadam o tym rezultacie Mihy.

Widzisz siebie w roli skill development coach czy może kusi opcja zostania głównym trenerem?

Na pewno jest to bardzo kuszące. Na ten moment trudno mi jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Chcę rozwijać się wieloaspektowo – zarówno w kierunku pierwszego trenera, jak i w kierunku skill development coach. Trzeba dodać, że świadomość zawodników jest dużo większa niż kiedyś. Chcą pracować w trakcie wakacji. To bardzo budujące.

Dla mnie – jako trenera – nie ma nic lepszego, gdy zobaczę, że zawodnik wykona jakiś manewr na meczu po wspólnych treningach przez kilka tygodni. Ten transfer z treningu do spotkania jest kluczowy, ale też bardzo trudny, bo zawodnik w sytuacjach emocjonalnych i stresowych wraca do swoich nawyków. A je się bardzo trudno zmienia. Trzeba to robić stopniowo. Nie zmienimy gracza nagle o 180 stopni.

Sporą przemianę przeszedł Paweł Sowiński, który wykonał tytaniczną pracę. Mieliśmy sporo treningów i widziałem u niego duży progres z każdą kolejną minutą na parkiecie. Niestety nabawił się poważnej kontuzji. Życzymy mu zdrowia.