Wtorkowy Kajzerek: Rzeczywistość według Krausego

07/02/2017
Krause

Jerry Krause był jednym z najlepszych generalnych menadżerów swoich czasów. Na to wskazywałyby sukcesu zespołu, którym przewodził. Jednak opinie na temat jego pracy bardzo często wskazują na to, że po prostu miał szczęście, bo trafił na erę Michaela Jordana. Relacje między tą dwójką to osobna historia podwójnego three-peat. Niektóre publikacje wskazują na to, że byli w stanie znaleźć między sobą nić porozumienia, inne z kolei opowiadają historie o tym, jak MJ pomijał Krausego, by o konkretne kadrowe ruchy prosić bezpośrednio właściciel Bulls – Jerry’ego Reinsdorfa.

Temat relacji obu panów powrócił przy okazji ostatniego podcastu Adriana Wojnarowskiego, którego gościem był właśnie Jerry Krause. Ten przed objęciem posady GM-a Chicago Bulls pracował dla Chicago White Sox i wykonał swoją pracę na tyle dobrze, że Reinsdorf (właściciel i Bulls i White Sox), przeniósł Jerry’ego do uporządkowania spraw w zespole koszykówki, zaraz po tym, gdy miliardera z Chicago przejął ekipę. W rotacji Bulls był wybrany w drafcie MJ i wkrótce zespół miał się przekonać, że wychowanek North Carolina jest żyłą złota. Można było odnieść wrażenie, że będzie także największym sojusznikiem Krausego.

Drużyna długo kręciła się wokół własnego ogona, nie będąc w stanie opakować zespołu wokół MJ’a talentem potrzebnym do walki o mistrzostwo. W końcu w pierwszej połowie lat 90-tych przyszedł sukces, za nim kolejny i następne. W jakim stopniu było to efekt działań Krausego? Generalny menadżer na pewno przyczynił się do ery Michaela Jordana i niepoprawne byłoby wykreślanie go z listy ojców tego sukcesu. W rozmowie z Wojnarowskim, Jerry nawiązał do ostatniego beefu pomiędzy LeBronem Jamesem i Charlesem Barkleyem. Ekspert TNT stwierdził, że lider Cavs stał się marudą. Zareagował w ten sposób na doniesienia o rzekomych naciskach Jamesa na zarząd Cavs w sprawie pozyskania nowych graczy.

– I chociaż często różniliśmy się w poglądach, powiem jedną rzecz o Michaelu Jordanie. Nigdy do mnie nie przyszedł, by prosić o ściągniecie któregoś z graczy – stwierdził Krause. – Nigdy nie przyszedł i nie wskazał, że w drafcie musimy wybrać tego zawodnika. Nigdy też nie prosił o konkretny transfer. Nigdy tak się nie stało. Po części wynikało to z tego, że był tak dobry, iż potrafił wygrywać bez tej pomocy. Rozumiał czym dysponujemy jako organizacja – dodał.

Krause zatem posłużył się klasycznym w ostatnich latach schematem zestawiania Jordana z Jamesem. Ta dyskusja ciągnie się w nieskończoność i zaczynamy zdawać sobie sprawę, że nijak nie da się rozstrzygnąć kto ma rację, a kto jej nie ma. Z tym że powyższe słowa byłego generalnego menadżera Chicago Bulls wcale nie muszą być prawdą. Liczne biografie życia jednego z najlepszych koszykarzy w historii gry przytaczają wiele historii o tym, jak MJ ignorował Krausego, który według niego nie potrafił niczego załatwić jak należy, i z wszelkimi prośbami zwracał się bezpośrednio do Reinsdorfa.

Sam Smith – obecnie beat-writer Chicago Bulls, niegdyś dziennikarz Washington Post, napisał w 1991 tekst na temat frustracji Jordana, gdy ten przed wyjazdowym meczem z New Jersey Nets dowiedział się, że Walter Davis – wychowanek Tar Heels, czyli uczelni MJ’a, zamiast do Chicago został wytransferowany do Portland. His Airness miał wówczas powiedzieć: – Zaraz jak wrócimy [do Chicago] zadzwonię do Reinsdorfa. Krause znowu namieszał, niczego nie może zrobić dobrze. Wspomniany Smith wątek relacji Jordana z Krasue bardzo obszernie rozwinął w swojej publikacji “The Jordan Rules”.

W dużej mierze jest ona pstryczkiem w nos MJ’a i swoim całościowym przekazem sugeruje, że Jordan chciał w Chicago ustalić własne reguły gry. Jednak nie tylko Smith pisał o tym, że 6-krotny mistrz często domagał się wybierania w drafcie wychowanków North Caroliny albo głośno i wyraźnie nawoływał do zmian w składzie, by zespół zaczął grać lepiej. Zatem Krause wypowiadając te słowa przytoczył własną wersję wydarzeń, niekoniecznie odpowiadającą rzeczywistości. Były GM Bulls mógł nie wiedzieć, co dzieje się za jego plecami.

Mimo wszystko Reinsdorf zawsze klepał Krausego po ramieniu, mówiąc m.in. o tym, że Jordan koniec końców jest tylko zawodnikiem i nie wie wszystkiego na temat pracy trenera czy generalnego menadżera. – Gdyby Michael wiedział, na jakie problemy natrafiliśmy próbując pozyskać Waltera Davisa, prawdopodobnie nie byłby aż tak sfrustrowany – mówił właściciel zespołu z Wietrznego Miasta. Gdy Byki zaczęły rywalizować o mistrzostwo w każdym kolejnym sezonie, atmosfera w drużynie zrobiła się napięta. Przyzwyczajeni do wygrywania Bulls potrzebowali, by wszystko działało jak w zegarku.

Krause znalazł się pod ogromną presją otoczenia. Przede wszystkim pod presją Michaela Jordana, którego chęć odnoszenia sukcesów była powodem zarówno wielkich, historycznych momentów, jak i epizodów takich jak ten z Walterem Davisem. Osobiście nie mam żadnego problemu z tym, że Jordan, James czy jakikolwiek inny wielki gracz, którego reputacji nie da się podważyć – prosi zespół o to, by zbudował wokół niego drużynę nie tylko kompletną, ale przede wszystkim gotową do walki o mistrzostwo NBA. Zarówno Jordan, jak i LBJ wiedzieli, czego potrzebują.

Cała ta dyskusja na temat Jamesa wywierającego nacisk na zarząd Cavs jest za bardzo rozdmuchana. LBJ przeżył już tyle wzlotów i upadków, że z całą pewnością wie, jak wygląda droga na szczyt. Zatem w sposób bardzo sugestywny stara się zmusić ekipę z Ohio do podjęcia odpowiednich kroków. Czy jest marudą? Może gdyby Charles trochę pomarudził, to doczekałby się swojego mistrzostwa. Pozycja LeBrona w Ohio na pewno jest mocniejsza niż pozycja Jordana w Chicago. Reinsdorf uwielbiał MJ’a, ale ufał Krausemu na tyle, że pozwalał mu działać bez jakichkolwiek nacisków ze strony jego najbliższego otoczenia.




Kopiuj link do schowka