Veni, vidi, vici: Jerry Sloan

11/09/2017
Jerry Sloan Utah Jazz NBA Mike Powell/Getty Images

Czas poznać tego, który wywindował drużynę Utah Jazz do podwójnego wicemistrzostwa NBA. Mężczyznę starej daty, dla którego drogowskazem w życiu były własne zasady. Przed wami Juliusz Cezar Utah Jazz, Jerry Sloan.

Wspaniałe, błyszczące się meble z najwyższej jakości mahoniowego drewna roztaczają swój zapach już przy delikatnie otwartych drzwiach. Specyficzny aromat drewna, któremu akompaniuje skrzypiąca podłoga, która od wielu lat pokornie znosi swój los, od razu przynosi na myśl dystyngowane biuro jakiegoś nieziemsko bogatego człowieka. Kiedy zajrzymy do środka, w prawie mistycznym półcieniu wyłania się sylwetka rodem z Ojca Chrzestnego. Z nozdrzy jak rzeka wypływa dym z kubańskiego cygara, a dudniące o gruby dębowy blat palce wystukują nieznaną melodię. Znikome oświetlenie pokoju pozwala jedynie na dostrzeżenie konturów osoby siedzącej w fotelu. Pełen klasy, elegancki z wręcz emanującą, drażniącą pewnością siebie. Siwe, zaczesane na lewo włosy połyskują za każdym razem, gdy nieśmiały promyk światła wpada nieproszony do gabinetu. Rozmowa z tym człowiekiem musi być wydarzeniem okropnie stresującym, a jednak ciekawość sama popycha nas do środka.

Veni

Na świat mały Jerry przybył w 1942 roku, w małej wiosce Gobbler’s Knob, kilkadziesiąt kilometrów od miasteczka McLeansboro w stanie Illinois. Nigdy nie wiadomo jak potoczy się życie dopiero co narodzonego dziecka, ale pielęgniarka ze szpitala gdzie urodził się Sloan musi do dziś chwalić się koleżankom, że trzymała w rękach jednego z najlepszych trenerów w historii ligi. Jako dzieciak miał zdecydowanie trudniej niż większość rówieśników. W domu nigdy się nie przelewało, a rodzice musieli zapewnić przyszłość nie tylko Jerremu, ale też 9 jego rodzeństwa. Wychowanie takiej ilości dzieci w przyzwoitych warunkach było dla państwa Sloan nie lada wyzwaniem. Niestety, biednemu zawsze wiatr w oczy. Kiedy najmłodszy z potomstwa Jerry miał 4 lata zmarł jego ojciec. Wyobraźcie sobie, że wszystkie obowiązki w jednym momencie spoczęły na matce. Oczywiste było, że nie da sobie sama rady. W związku z tym mały Jerry dostał prawdziwą szkołę życia, która w dużym stopniu odebrała mu beztroskie dzieciństwo. Budził się o 4:30, żeby pomóc Matce na farmie. Wykonywał najróżniejsze czynności, o które akurat poprosiła mama. Po dwóch godzinach ciężkiej pracy i wysiłku fizycznego musiał przejść piechotą 3.5 kilometra do szkoły, żeby wyrobić się na poranny trening koszykówki.

Koszykówka. Właśnie w niej jak wielu młodych chłopców upatrywał swojej życiowej szansy. Był piekielnie dobry. Swój talent odkrył bardzo wcześnie i okazało się, że Gobbler’s Knob jest dla niego zdecydowanie za małe. Na horyzoncie od razu pojawiło się McLeansboro, gdzie bez mrugnięcia okiem przyjęto go do koszykarskiej drużyny w liceum. Jego licealne statystyki są praktycznie nie do odkopania, ale wiem jedno. Zaczynał jako zwykły członek drużyny, a ogólniaka skończył będąc powołanym do najlepszej drużyny stanu Illinois.

Nagle okazało się, że marzenie o lepszym życiu w świetle reflektorów jest całkowicie możliwe. Jerry dostał stypendium na Evansville. Spędził tam 3 sezony stając się gwiazdą. Wiecie, w USA uniwersytecka drużyna koszykarzy ma praktycznie status Bogów. Możemy tylko wyobrazić sobie jakim uwielbieniem cieszył się Sloan w czasach akademickich. Facet miał głowę na karku, talent w ciele i piłkę do koszykówki w sercu. Do czego go to zaprowadziło? Do draftu NBA.

Vidi

W 1965 z 4 numerem wybrali go Baltimore Bullets. Sen stawał się jawą, ale już rok później został wytransferowany do Bulls, gdzie zadomowił się na dobre. Prowincjonalne McLeansboro, zamieszkiwane przez zaledwie 3000 mieszkańców zamienił na ogromną aglomerację, na Chicago. Zatęchłą salę, przeciekający dach, pola, lasy czy pozaciekane ściany w szatni na eleganckie, pełne rozmachu i przede wszystkim czyste ośrodki treningowe. Bilet do lepszego życia został wydany. Teraz trzeba było go tylko skasować.

To, że pierwszym zespołem w jakim grał byli Bullets nie zmieniło odbioru jego postaci. Został zapamiętany jako rodowity Byk, a jego znakiem rozpoznawczym była przede wszystkim nieustępliwa obrona. Był jak głodny Bulterrier spuszczony ze smyczy prowadząc Chicago już w pierwszym swoim sezonie do playoffs. Gra przeciwko niemu była koszmarem, którego nie mógł wyzbyć się prawie żaden z graczy drużyny przeciwnej. Jak grać z facetem, którego życiowym celem na 48 minut staje się powstrzymanie Cię od zdobywania jakichkolwiek punktów. Kariera w Chicago zaowocowała jednym mistrzostwem dywizji, jedynym jakie zdobył klub z Wietrznego Miasta aż do przyjścia Michaela Jordana. Zbyt duże zaangażowanie i wręcz „przesadna” obrona wyczerpywały niestety organizm Sloane’a. Kilka kontuzji kolan praktycznie pozbawiły go jego podstawowych atutów, jakimi była ogromna ruchliwość i zasięg w obronie. Grał profesjonalnie w basket przez zaledwie 10 lat, a i tak „4” z którą występował w Windy City została zastrzeżona jako pierwszy numer w historii Bulls.

Zresztą Jerry Sloan to nie tylko obrona. To dwukrotny All Star i człowiek, który karierę kończył ze średnimi na poziomie 14 punktów, 7.4 zbiórek i 2.5 asyst, ale ten koniec, miał stać się prawdziwym początkiem.

Ówczesny trener uczelni Evansville, kiedy odchodził zasugerował, że Jerry Sloan, który przed chwilą skończył karierę zawodniczą, mógłby przejąć drużynę koszykarzy. Tak też się stało, tyle że zaledwie po 5 dniach Jerry… zrezygnował. W tym samym sezonie wydarzyła się prawdziwa tragedia. Samolot z zawodnikami uczelni miał wylecieć do Tennessee na mecz z Blue Raiders. Jednak startując rozbił się na lotnisku. Samolot był przeładowany, a pilot stracił nad nim kontrolę. Zginęli wszyscy pasażerowie. W tym praktycznie cała drużyna koszykarska. Jedyny zawodnik, który nie leciał do Tennessee został kilka dni później zabity przez pijanego kierowcę na przejściu dla pieszych.

Dwa lata po tych tragicznych wydarzeniach, Sloan został zatrudniony przez Bulls jako skaut. Po zaledwie jednym sezonie awansowano go do roli asystenta trenera, po czym w błyskawicznym tempie zajął posadę głównego szkoleniowca. Obiecujący start? Nic z tych rzeczy. Bilans 94-121 nie był dla właścicieli Chicago Bulls zadowalający, a po rozczarowującym początku swojego 3 sezonu został bez żadnych skrupułów zwolniony. Dzięki Bogu, bo ten ruch Chicago pozwolił rozwinąć Jerremu skrzydła, o których istnieniu nikt nie miał pojęcia.

Vici

Pomocną dłoń do wyrzuconego z Chicago Sloane’a wciągnięto w Utah. Ponownie został skautem, a 3 lata później asystentem trenera. Kiedy Frank Layden został wybrany na prezydenta klubu, zespół zdecydował się powierzyć rolę dyrygenta Jazzmanów właśnie byłej gwieździe Evansville. Utah Jazz zrobili złoty interes. Zatrudnili u siebie wirtuoza trenerskiego fachu, człowieka, który miał im zbudować imperium. Przez 17 sezonów, rok rocznie każdej wiosny drużyna Sloane’a kwalifikowała się do playoffs, bez wyjątku. Przez zespół przetoczyli się tacy zawodnicy jak Jeff Hornacek, Antoine Carr, Tom Chambers, Mark Eaton, Jeff Malone, ale co najważniejsze: Karl Malone i John Stockton. Dyrygując całą orkiestrą, równomiernie rozkładając obowiązki pomiędzy skrzypków, wiolonczelistów czy saksofonistów poprowadził Jazz do 6 mistrzostw dywizji i 10 sezonów z przynajmniej 50 wygranymi. Jednak prawdziwą wisienką na torcie były finały NBA w 1997 i 1998 roku. Gdyby nie Michael Jordan, czyli człowiek legenda, który dziś nie tyle jest ikoną koszykówki co całą koszykówką skończył karierę 2 lata wcześniej to w gablocie Utah Jazz w tym momencie stały by przynajmniej 2 trofea mistrzów NBA. Czy porażka w dwóch finałach z rzędu w jakiś sposób nadszarpnęła pozycję Sloane’a w klubie? W żaden sposób. Był to człowiek, który wyciągnął drużynę z Salt Lake City z wielkiego bagna, a opinia publiczna była dla niego prawdziwą opoką. Gwiazdy odchodziły, a na ich miejsce Jerry wychowywał zupełnie nowe. Tak właśnie miało być po przejściu na emeryturę Stocktona i Malone’a. Zespół złożony z Carlosa Boozera, Andreia Kirilenko, Mehmeta Okura i nowej supergwiazdy w postaci Derona Williamsa miał nawiązać do sukcesów poprzednich ekip.

Tylko, że nic takiego się nie stało. Drużyna wciąż znajdowała miejsce w playoffs nawiązując heroiczną walkę, ale nie mogła się przebić dalej niż do finałów konferencji. Jednak pomimo braku sukcesów, Sloan wciąż był trenerem Utah. Kredyt zaufania jakim go obdarzono był naprawdę potężny i wcale nie zamierzał zmaleć. Jednak właśnie wtedy do akcji wkroczyło ego Derona Williamsa. Jerry miał rozpocząć 24 sezon jako trener Utah Jazz, składając podpis pod przedłużeniem swojego kontraktu rok wcześniej. Jednak w lutym 2011 roku Sloan wraz z asystentem Philem Johnsonem zrezygnowali z posad w trybie natychmiastowym. To był prawdziwy szok, ogromna niespodzianka. Jerry w wywiadach mówił, że zabrakło mu już energii żeby trenować, jednak niecałe kilka tygodni wcześniej podpisał przedłużenie swojego kontraktu. Oczywiście wszystkie doniesienia, jakoby miał zrezygnować przez graczy, a w szczególności Derona Williamsa spotykały się z zaprzeczeniem. Tylko, że to właśnie po incydencie z aroganckim rozgrywającym zdecydował się odejść. Williams, kolokwializując „totalnie olał” trenera i wywołał zupełnie inną zagrywkę niż ta, którą ustalił Sloan podczas przerwy w grze. Czy to przelało czarę goryczy?

Dochodząc do końca tego akapitu, można popaść w zadumę. Jakie to zwycięstwo, skoro nie wygrał żadnego tytułu NBA? Dla mnie, ogromne. Jerry Sloan, to facet, który stał się dla Utah legendą. Był kimś ważniejszym niż Sir Alex Ferguson w Manchesterze United. Przez 23 sezony prowadził Jazz do największych sukcesów w historii organizacji. Czy 17 sezonów z rzędu w playoffs nie robi wrażenia? Czy dwa finały i łącznie 1223 zwycięstwa nie zasługują na uznanie? Moim zdaniem Jerry Sloan, to człowiek, który może tak jak Juliusz Cezar po zwycięstwie nad Pontyjską armią powiedzieć bez wstydu: Veni, Vidi, Vici.

 

Kopiuj link do schowka