Efekt Treya Burke’a

07/11/2016
Trey Burke

Washington Wizards zdołali wygrać tylko jedno z pierwszych pięciu spotkań sezonu 2016/17. Scott Brooks dokonał już pierwszych korekt w rotacji, ale trudno o optymizm w kolejnym tygodniu rozgrywek.

Po opisywanej już przeze mnie porażce w meczu otwarcia, Wizards ulegli Memphis Grizzlies. Tamto spotkanie rozpoczęli słabo, ale zdołali się odbudować w drugiej połowie i uzyskać, wydawałoby się, bezpieczną przewagę w ostatnich minutach. Błędy w obronie Waszyngtonu pozwoliły jednak zespołowi z Tennessee wrócić do gry i za sprawą trójki Marca Gasola wrócić do gry. Dogrywka praktycznie grana była już tylko na jeden kosz, ten którego bronić starał się zespół Marcina Gortata. W trzecim spotkaniu sezonu, Wizards mierzyli się z Raptors i kolejny raz zawiedli w końcówce, na którą zabrakło im sił. W piątek, zespół ze stolicy USA wreszcie odniósł zwycięstwo, rewanżując się na Atlancie Hawks. Choć Czarodzieje prowadzili całe spotkanie, niemalże znów zaprzepaścili je w końcówce. W sobotę powtórka z rozrywki: przewaga Waszyngtonu przez cały mecz, seria punktowa Orlando Magic w czwartej kwarcie, brak skuteczności w końcówce i czwarta porażka sezonu. Wszystkie te porażki mają jeden element wspólny: niemoc po wejściu rezerwowych na parkiet.

Nie ma co owijać w bawełnę: Trey Burke i Jason Smith są w tej chwili głównymi winowajcami słabego początku. Ten drugi przesiedział jedyny wygrany mecz na ławce, a w porażkach nie dostawał dużych minut, ale jego straty i faule wytrącały z równowagi nawet cierpliwych obserwatorów. Wydawało się wręcz, że każda jedna decyzja podejmowana na parkiecie przez byłego gracza Magic niosła za sobą fatalne konsekwencje. Nie można było w jego grze zauważyć choćby najmniejszego pozytywu. 16-milionowy kontrakt dla tego gracza już w momencie jego ogłoszenia budził spore kontrowersje i brak zrozumienia. Dopiero kontuzja Iana Mahinmiego, przez którą wypadnie z gry może nawet do końca listopada, sprawiła, że eksperci i fani zaczynali doszukiwać się przydatności Smitha. Ten jednak, zamiast potwierdzić, że może być wartościowym trzecim centrem zespołu, w momencie kiedy wszyscy liczą na jego produktywność z ławki, kompletnie zawodzi. Jego wskaźnik wydajności gracza (PER) jest na minusie(!!!) i wynosi -7,18. Scott Brooks ogranicza więc jego minuty, przez co dużo czasu na parkiecie spędza Markieff Morris, wcielając się od czasu do czasu w rolę środkowego. Sytuację pod koszem utrudnia fakt, że Andrew Nicholson, na którego w Waszyngtonie bardzo liczono po udanym Preseason, również nie jest w najlepszej formie. Stąd duże minuty Gortata i Morrisa właśnie.

Choć Smith jest obecnie na pewno najgorszym graczem Waszyngtonu, trudno obarczać całą winą gracza, który grywa średnio dziewięć minut i nawet nie w każdym meczu pojawia się na boisku. Dlatego kilka dni temu wymyśliłem termin: „Efekt Treya Burke’a”. Za każdym razem, gdy ten zawodnik pojawia się na parkiecie przy prowadzeniu Waszyngtonu, możemy być pewni, że przewaga zmieni się w stratę do rywala. Nawet nie chodzi o jakieś konkretne, namacalne błędy byłego rozgrywającego Jazz, tylko o jego destrukcyjny wpływ na ofensywę i defensywę zespołu. Z Burke’iem atak traci płynność, rozgrywane są długie akcje, które najczęściej nie prowadzą do żadnej otwartej pozycji. Jeden z czołowych waszyngtońskich blogerów stwierdził, że Trey Burke „wykozłowywuje powietrze z piłki” i trudno o trafniejsze określenie. PER Burke’a wynosi żenujące 0,26; NetRTG -35,3, a zespół traci ponad 31 punktów na 100 posiadań więcej, gdy 23 latek jest na parkiecie. Połączenie go w backcourcie z Marcusem Thorntonem ma opłakane skutki. Na rezerwowym rzucającym Wizards nie pozostawiłem suchej nitki po meczu otwarcia, ale od tamtej pory jego gra nie była aż tak zła. Można powiedzieć, że stała na akceptowalnym poziomie, bo choć nie trafiał zbyt często, przynajmniej miewał przebłyski w kreowaniu partnerów. Trey Burke zaś, nie miał jeszcze ani jednego takiego przebłysku w całym sezonie. W dodatku para Burke-Thornton jest jednym z najgorzej broniących duetów w lidze.

Scott Brooks na szczęście zauważył fatalną postawę swojego rezerwowego rozgrywającego i zaufał bardziej Tomasowi Satoransky’emu. Czech gra póki co bez fajerwerków, ale jest solidny. Dobrze broni i utrzymuje płynność ataku. Przeciwko Magic, gdy poza składem ze względu na odpoczynek był John Wall, to Saty wyszedł w pierwszej piątce. Tak, tej samej piątce, która utrzymywała Wizards cały czas na prowadzeniu. Problem w tym, że przez nieobecność Walla, Burke awansował z trzeciego rozgrywającego zespołu na drugiego i po raz pierwszy od trzech spotkań zanotował minuty w drugiej połowie. W 15 minut z Burke’iem, Wizards byli 15 punktów na minusie. Satoransky był +13 w tym samym meczu. Efekt już wspomniałem. Katastrofalna czwarta kwarta i strata, której starterzy już nie zdołali odrobić. Zdaje się, że Brooks znalazł rozwiązanie tego problemu i Burke nie będzie pojawiał się więcej na parkiecie, gdy w składzie będzie John Wall. Satoransky’emu wystarczyły trzy spotkania, by wygryźć byłą gwiazdę uniwersytetu Michigan z rotacji.

Do póki nie wróci Mahinmi, ławka Wizards będzie przegrywała mecze temu zespołowi, ale nawet powrót Francuza nie naprawi tego w całości. Obecność byłego gracza Pacers pozwoli ograniczyć minuty Gortata i Morrisa – to zdecydowany plus, bo choć ta dwójka zanotowała dobry start sezonu, nietrudno było zauważyć spadającą skuteczność tych graczy w końcówkach meczów. Przy mniejszym zmęczeniu, powinni być w stanie lepiej zamykać mecze.

Problemy pozostaną jednak na obwodzie. Kelly Oubre nie pokazał dotychczas spodziewanego po nim postępu (ani jakiegokolwiek postępu, szczerze mówiąc), a Sheldon McClellan, choć zdobył w krótkim czasie siedem punktów w swoim jedynym występie, raczej nie jest blisko wygryzienia ze składu Marcusa Thorntona. Dobrze sprawdza się Satoransky, którego Brooks próbuje na trzech pozycjach obwodowych, ale John Wall do odwołania będzie opuszczał spotkania back-2-back. Scott Brooks będzie więc wybierał między zajeżdżaniem starterów już w listopadzie, a graniem Suicide Line’upem z Treyem Burke’iem na czele.

Zawodnicy pierwszej piątki grają na niezłym poziomie, ale przy takich problemach z rezerwowymi, żeby Wizards wygrywali mecze, powinni wspiąć się na wyżyny swoich umiejętności. Brakuje rzutów trzypunktowych. Waszyngton Scotta Brooksa zdecydowanie preferuje wejścia pod kosz, zarówno z piłką jak i bez. Postęp Otto Portera aż razi w oczy (choć nie trafia na razie za trzy), Markieff Morris jest prawdopodobnie drugim najlepszym graczem zespołu na początku sezonu i wszystkim tym, czego oczekiwał Ernie Grunfeld sięgając po niego w lutym. John Wall jest w bardzo dobrej formie, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że kilka miesięcy temu przeszedł operację obu kolan. Marcin Gortat na tablicach wspiera swój zespół bardziej niż kiedykolwiek w karierze. Jest czwartym zbierającym ligi i jeszcze ani razu nie zszedł poniżej 10 zbiórek w meczu. Gorzej niestety radzi sobie w ataku. Miewa problemy z wykończeniem wokół obręczy i nie jest zbyt skuteczny w izolacjach, których zwłaszcza przeciwko Magic zagrał zaskakująco dużo. Bradley Beal szuka wciąż formy strzeleckiej i nie pokazuje postępów, na które tak bardzo w Waszyngtonie liczono. Znaczących pretensji do gry pierwszej piątki mieć jednak nie można.

W tym tygodniu Wizards zmierzą się z Rockets, Celtics, Cavaliers i Bulls. W obecnej sytuacji trudno liczyć na jakiekolwiek zwycięstwo, bo Czarodzieje nie będą faworytem przeciwko żadnej z tych drużyn. Czy to już pora myśleć o korektach w składzie? Chyba skłaniałbym się ku „tak”. Jeśli z pakietu Smith-Burke da się wyciągnąć obrońcę zdolnego radzić sobie w meczach na poziomie NBA, to właśnie takiej wymiany bym szukał. Jeśli nie, spróbowałbym zaufać debiutantom: Sheldonowi McClellanowi, Danielowi Ochefu i Danuelowi House’owi. Ten pierwszy wydaje się gotów by rywalizować o minuty z Marcusem Thorntonem. Trudno wyobrazić sobie, żeby Daniel Ochefu był gorszy od tego co prezentuje obecnie Jason Smith. To są dwie zmiany, których Scott Brooks powinien próbować już teraz, natychmiast. Sądząc po umiarkowanie szybkiej reakcji z włączeniem Satoransky’ego do rotacji oraz kombinacjach z różnymi ustawieniami mieszającymi starterów z rezerwowymi, wierzę, że Brooks nie przerwie poszukiwań działających rozwiązań, do póki ich nie znajdzie.




Kopiuj link do schowka