Stephen Curry rzuca i ma się dobrze – jego koledzy również

09/08/2017
Stephen Curry fot. Getty Images

Po anomalii jaką był sezon 15/16, w którym Stephen Curry jednogłośnie wygrał nagrodę MVP, minione rozgrywki Zabójcy o Twarzy Dziecka pozostały nieco w cieniu wielkich występów innych zawodników. Błąd.

Wprawdzie Curry nie był równie oszałamiający jak rok temu, tak wciąż miał ogromny wpływ na swoją drużynę. A główną zasługą niezmiennie okazał się rzut z dystansu.

Choć Steph skończył sezon z najgorszym dla siebie od 2014 roku true shooting % — 62,4%, to i tak jak na standardy ligi jest to poziom niemal elitarny. Największa różnica polega na tym, że Splasz Brat w rozgrywkach 15/16 zanotował skuteczność połączoną z wykorzystaniem na parkiecie (usage % — posiadania, które zakończą się rzutem, asystą, bądź stratą) jakiej wcześniej nie miał nikt. Po prostu nie zdarzyło się, by ktoś robił tak wiele, pozostając przy tym tak efektywnym, przez co kolejne rozgrywki w jego wykonaniu mogły nieco spowszechnieć (jak widać mistrzem Excela nie jestem):

Przede wszystkim dwukrotny MVP posiadł niespotykaną na taką skalę umiejętność: samą swoją obecnością na parkiecie korzystnie wpływa na kolegów z drużyny. Wystarczy, że jest i stoi, biega, cokolwiek. To sprawia, że jest wyjątkowy. Nie da się tego bezpośrednio dostrzec w statystykach asyst, lecz dzięki uwadze przeciwnika, którą skupia na sobie bardzo wysoko, otwiera miejsce dla kolegów z zespołu w innych miejscach parkietu, a to napędza ofensywę i sprawia, że Warriors są tym kim są.

– Wszystko co robimy bazuje na Stephie — stwierdził po wygranych finałach Steve Kerr. — Nasz system w ofensywie jest dosłownie oparty na chaosie, który ten tworzy w szykach obronnych rywala. Nigdy nie widziałem zawodnika, który dzięki swojej umiejętności rzutu z 9 metrów [30 feet] wywoływał takie spustoszenie wśród kolejnych defensyw przeciwnika i stosowanych przez nich schematów — dodał trener Golden State Warriors, któremu trudno nie przyznać racji.

W poprzednich finałach głównym zawodnikiem, którego Cleveland Cavaliers chcieli wyłączyć był właśnie Curry, co prowadziło do smutno-strasznych sytuacji z perspektywy ligi, gdy obrona decydowała się pozostawić wolnego np. Kevina Duranta, byle tylko nie dopuścić do rzutu za 3 Stepha:

Kyrie Irving i Richard Jefferson doskoczyli do Curry’ego niemal przy logo na środku parkietu. Zawodnik wychodzący tak daleko do pomocy ma bardzo nikłe szanse, by po wyjściu z pułapki przez kozłującego, zapobiec akcji 4v3 na korzyść drużyny atakującej. Dystans okazuje się za duży, a tak utalentowana ofensywa jaką są Warriors zwyczajnie to wykorzystuje. Obrona bardzo wcześnie nakierowuje się w stronę Stepha, co prowadzi do odpuszczenia poszczególnych zawodników i tworzy wolną przestrzeń dla innych.

Kluczowa jest umiejętność niemal natychmiastowego wykreowania sobie pozycji i złożenia się do rzutu po dryblingu. Curry w sezonie 15/16 wprowadził ten element na niespotykany dotąd poziom, gdy trafił 218 pull-up 3 na 42,8% skuteczności. Nie chodzi tylko o samą liczbę, lecz przede wszystkim o efektywność: w minionych rozgrywkach średnia za 3 wynosiła 35,8% — Steph trafił o 7 punktów % lepiej po dryblingu niż przeciętny zawodnik z dystansu. Nikt w historii nie potrafił w takim stopniu wygenerować i przetworzyć rzutu za 3 po koźle jak dwukrotny MVP.

Niemniej w tym sezonie pod tym względem tak dobrze już nie było — wprawdzie Curry na koźle wciąż rzucał trójki lepiej niż wynosiła średnia dla zwykłego rzutu za 3, to trafiał już bardziej przyziemne 36,6%. Dał się również wyprzedzić pod względem trafionych pull-up 3 Jamesowi Hardenowi (odkąd od sezonu 2013/14 jest liczona ta statystyka, Curry po raz pierwszy nie był jej liderem), któremu udało się zdobyć ich 184 (33,3%). Poniżej na prowizorycznym wykresie widać liczbę i skuteczność rzutów za 3 po koźle dla sześciu graczy, którzy w kampanii 16/17 trafili takich rzutów najwięcej (ostatnie trzy sezony — kolejność według strzałek, u Damiana Lillarda nakładają się 2 sezony na siebie):

Warto zauważyć, że choć Steph trafił o 67 pull-up 3 mniej niż sezon wcześniej, to i tak zdobył ich o 2 więcej niż w rozgrywkach, w których pierwszy raz wygrał nagrodę MVP. Różnicą okazał się spadek w efektywności — nie było to już nieosiągalne 42%, a wspomniane 36,6%.

Ciekawym jest, że w sezonach 13/14–15/16 maksymalnie trzech zawodników przekroczyło barierę 100 trafionych pull-up 3, natomiast w zakończonych rozgrywkach takich koszykarzy było już 7. Może nie tyle Curry wyznaczył w tym aspekcie trend dla innych graczy, a po prostu tacy zawodnicy niosą ze sobą niezwykle cenną umiejętność zdobywania punktów często z niczego.

– Specjalnie dla Michaela Jordana zostały stworzone Jordan Rules, ale nawet wtedy rywale nie stosowali tak drastycznych schematów w obronie jak na Stephie — wspomniał Kerr. Nie będę wchodził na temat samej opinii trenera GSW, ale skupię się na tym skąd może to jeszcze wynikać. Wydaje mi się, że absolutną podstawą jest uniknięcie sytuacji, w których Curry przechodzi w transition i bum-bum oddaje rzut, gdy akcja na dobre się nie zaczęła, a już się skończyła.

Dlatego od początku tak wysoko trzeba go kryć — niektóre drużyny stosowały presję już na połowie Warriors — i próbować wyłączać możliwość rzutu Curry’ego we wczesnym transition (nie żeby to wiele zmieniało, ale można). Ten pozostaje niezmiennie zabójczy w sytuacjach, gdy na zegarze pozostało jeszcze ponad 15 sekund do jej końca.

Można dostrzec, że w poprzednim sezonie im dłużej trwała akcja, tym większa pojawiała się szansa, że Curry nie trafi za 3. W zasadzie wyjątkiem pod tym względem był sezon 14/15, w którym Splasz Brat trafiał ponad 50% rzutów za 3 między 7, a 0 sekundą akcji. Tyle tylko, że jest to schemat nieco bez wyjścia — agresywne dojście do Curry’ego otwiera miejsce dla innych zawodników bliżej kosza, a z drugiej strony ryzykujesz wolny rzut Stepha. Nie warto, bo z pozycji open lub wide-open dwukrotny MVP trafiał w najgorszym przypadku 43,4% za 3 w ostatnich 4 latach.

Na powyższym wykresie widać, że Curry największy spadek zanotował, gdy był kryty blisko i wtedy trafiał tylko 29,6% za 3, gdy w najlepszym okresie pod tym względem (sezon 14/15) aż 43,7%. Wciąż potrafił wykreować sobie rzut po koźle, ale z obrońcą na plecach nie był już tak efektywny jak to miewał w zwyczaju. Niewielu jest jednak defensorów, którzy mogliby spróbować samodzielnie przykryć Stepha (swoją drogą Lakers podpisali jednego) i do pewnego stopnia go spowolnić (nie zatrzymać), tak by obrona spróbowała nie wysyłać pomocy.

Mimo pewnego regresu strzeleckiego (np. najgorsze w karierze… 41% za 3) Curry wciąż ma nieoceniony wpływ na zespół i choć można się spierać, to wydaje się, że to Curry jest najbardziej wartościowym zawodnikiem swojej drużyny. Liczby on/off są nieco zdradliwe — np. ze względu na poszczególne line-upy i z kim więcej gra dany gałgan — lecz właśnie na nieobecności Stepha GSW traciło najbardziej. Z Currym na parkiecie NetRating (różnica między punktami zdobywanymi, a traconymi na 100 posiadań) Warriors wynosił +17,2 — bez tylko +1, co byłoby odpowiednikiem 10. zespołu w NBA. Dla porównania bez któregoś z trójki Draymond Green/Klay Thompson/Durant Warriors mieliby 3. NetRating w NBA.

Wpływ Curry’ego na innych graczy dał się zauważyć także w postaci ich skuteczności z gry (FG%) — w zasadzie tylko David West rzucał gorzej ze Stephem na parkiecie niż bez niego, a skuteczność najważniejszych graczy rosła nawet o kilka punktów %.

Bez dwukrotnego MVP na pewno spadała większa odpowiedzialność za wykreowanie sobie rzutu, lecz mimo wszystko — przestrzeń, którą Curry otwiera zagrożeniem jakie niesie jego trójka ma wymierny wpływ na efektywność kolegów z drużyny i fakt, że bez niego trafiają bezsprzecznie gorzej. Za Benjaminem Morrisem z „Five Thirty Eight”:

Koledzy z drużyny Curry’ego rzucali o 7,3 punktu % gorzej bez niego na parkiecie, a jego przeciętny kolega z drużyny trafiał gorzej o 8,3 punktu %. Z kandydatów do MVP, LeBron miał drugi najwyższy wpływ na skuteczność partnerów z zespołu (gorzej o 3,9 punktu %), dalej był Russell Westbrook (2,5 p%). Gdy przychodzi do uruchamiania ofensywy drużyny, Curry nie ma sobie równych.

Nie ma w tym wielkiej filozofii: Steph zwyczajnie sprawia, że jego koledzy z drużyny są znacznie lepsi z nim niż bez niego. W pewnym momencie sezonu można było zapomnieć — ja także — jak wybitnym zawodnikiem jest Curry. Przede wszystkim zmianie uległy liczby, lecz jego wartość dla zespołu niezmiennie pozostała ogromna.

***

Tekst ukazał się pierwotnie na blogu autora, Blog Don’t Lie

Kopiuj link do schowka