Recap: Harden pozamiatał

10/11/2016
James Harden

Na papierze NBA przygotowała nam kilka szlagierów, na które kibice czekali niczym na ciepłe pączki w „Starej pączkarni”, gdzie ustawiają się kilkumetrowe kolejki. Które z tych spotkań nie zawiodło naszych oczekiwań, a przy jakich musieliśmy się obejść jedynie smakiem? Zapraszam na czwartkową relację z aż 11 meczów NBA.

Brooklyn Nets(3-5)- New York Knicks (3-4)- 96:110

Pierwsze derby Nowego Jorku w obecnym sezonie padły łupem Knicks. Nets nie zaznali jeszcze zwycięstwa na obcym parkiecie (0-3), a w starciu z podopiecznymi Jeffa Hornaceka rozpoczęli serię pięciu  meczów wyjazdowych.

Goście rozegrali świetne pierwszą połowę, w której trafiali aż 55% rzutów z gry. Dobra egzekucja była możliwa za sprawą świetnie dysponowanego tego dnia Justina Hamiltona. Rezerwowy Nets rzucił z ławki rekordowe 21 punktów, w tym był 5/7 zza łuku. Brooklyn trzecią odsłonę rozpoczynali z 9 punktowym prowadzeniem, lecz właśnie wtedy Carmelo Anthony pokazał , dlaczego warto w drużynie posiadać gwiazdy. Melo zdobył 12 punktów z rzędu dla Knicks utrzymując ich w grze, a w dłuższej perspektywie wysuwając na minimalne prowadzenie. W ostatniej odsłonie przez większość czasu na parkiecie oglądaliśmy eksperymentalną piątkę po stronie gospodarzy, w tym pierwszoroczniaków Mindaugasa Kuzminskasa oraz Willy’ego Hernangomeza, a także trzecią więżę Kristapsa Porzingisa.  Sasha Vujacic wspierał ich w roli starego wyjadacza, a za rozgrywanie odpowiedzialny był Brandon Jennings. Właśnie w tym zestawieniu Knicks potrafili obrócić losy spotkania ze stanu -9 do +9, a w połowie q4 zaczęli się bawić z przeciwnikiem:

Jennings był tak świetny w dystrybucji piłek (11 asyst), że pozwolił na dłuższy odpoczynek Derrickowi Rose’owi. Wspomniany wcześniej przeze mnie Hernangomez odpłacił się trenerowi za zaufanie i w ciągu zaledwie 15 minut uzbierał 14 oczek oraz 6 zbiórek. Knicks poczuli krew i napędzani przez publiczność zgromadzoną w Madison Square Garden upokorzyli Nets, którzy w drugiej połowie trafili zaledwie 27,5% rzutów z gry.

Boston Celtics (3-4)- Washington Wizards(2-5)- 93-118

Celtics nie dojechali na pierwszą kwartę starcia z Washington Wizards. W pierwszych 12 minutach gry trafili tylko 4 z 22 oddanych rzutów, w tym byli 0-8 zza łuku. Zdobyli zaledwie 8 punktów, co jest ich drugim najgorszym wynikiem punktowym w pierwszej kwarcie od 1974 roku, kiedy uzbierali tylko 7 oczek w spotkaniu przeciwko Milwaukee Bucks.

I w sumie to byłoby na tyle. Wizards wykorzystali bezlitośnie impotencję strzelecką przeciwnika wypracowując sobie w q1 bezpieczną 26 punktową przewagę (najwyższa przewaga punktowa w pierwszej kwarcie w bieżących rozgrywkach). Bostonowi nie pomógł nawet fakt wyrzucenia z boiska Johna Walla za niesportowy faul na przeciwniku (piąte w jego sportowej karierze). Warto dodać, że po stronie gospodarzy najlepszy pod względem zdobytych punktów rozegrał Otto Porter Jr. autor 34 oczek oraz 14 zbiórek i 3 bloków.

Utah Jazz(5-4)- Charlotte Hornets(6-1)-98:104

Szerszenie od początku rozgrywek mogą polegać na silnej ławce rezerwowych, która wypunktowała swoich odpowiedników po drugiej stronie parkietu 41-20 i wydatnie pomogła odnieść Hornets 6 wygraną w sezonie. Rezerwowi Charlotte nawet bez kontuzjowanego Roya Hibberta i Jeremy’ego Lamba zdobywają średnio po 39 punktów w każdym spotkaniu.  Marco Belinelli oraz Frank Kaminsky zdobyli po 13 punktów, a 11 oczek dołożył Spencer Hawes.

Po stronie Jazz nie zawiedli gracze pierwszej piątki, w której przewodził Gordon Hayward z 29 punktami i 7 zbiórkami. Roodney Hood dołożył 20 oczek, a Derrick Favors zanotował double-double (16 punktów i 10 zbiórek).

Minnesota Timberwolves(2-5)-Orlando Magic(3-5)- 123-107

Magic pozwolili na zbyt dużo gościom w ofensywie, zwłaszcza w pierwszych 24 minutach gry. Podopieczni Thoma Thibodeau trafili w całym spotkaniu 51.7% rzutów z gry, w tym byli 13-23 zza łuku. Zach Lavine, Andrew Wiggins oraz Karl-Anthony Towns uzbierali łącznie 86 z 123 oczek zdobytych przez swoją drużynę. Wilki pokazały ogromny potencjał drzemiący w młodych energicznych zawodnikach, który jednak nie został jeszcze całkowicie uwolniony. Niemniej na pojedyncze spotkania wystarcza, a warto dodać, że była to pierwsza wygrana w delegacji. Timberwolves uniknęli 4 porażki z rzędu, gdzie w trzech ostatnich przegrywali różnicą łącznie tylko 15 punktów.

Frank Vogel wciąż jest na etapie poszukiwania tożsamości Magic, którzy tego dnia nie byli w stanie sprostać przeciwnikowi, zwłaszcza w pierwszej kwarcie przegranej 17-39. Trener Orlando był tak wściekły na grę swoich podstawowych zawodników, że już po 4 minutach dokonał aż trzech korekt w składzie. Nie pomogło, a gospodarze zanotowali drugą porażkę z rzędu w bieżącym sezonie oraz pierwszą od ośmiu spotkań z Timberwolves na własnym parkiecie.

Philadelphia 76ers(0-7)-Indiana Pacers(4-4)-115:122

Bez Joela Embiida Philadelphia 76ers uległa dopiero po dogrywce Indiana Pacers. 76ers drugi mecz z rzędu pokazali się z bardo dobrej strony ponosząc minimalną przegraną. Marne to jednak pocieszenie skoro w obecnych rozgrywkach mają już bilans 0-7.

Podobnie jak w starciu z Cavs, a teraz z Pacers, młodym zawodnikom z Philadelphii brakuje prawdziwej gwiazdy, by zamknęła wynik spotkania. Gospodarze w szeregach natomiast mają Paula George’a, który udowodnił dlaczego zasługuje na miano All-Stara. Za jego sprawą Pacers na 3 sekundy przed zakończeniem regulaminowego czasu gry doprowadzili do dogrywki, a w niej nie zadrżała mu ponowne ręka. Po jego „trójce” wyprowadził swoją ekipę na 1 punktowe prowadzenie, a później po wsadzie, Indiana mogła być już pewna wygranej. Tak załatwiają sprawę liderzy.

Philadelphii pozostaje życzyć jedynie, by na kolejne zwycięstwo musiała czekać tylko do następnego spotkania. Zasługują na to.

Chicago Bulls(4-4)-Atlanta Hawks(6-2)- 107:115

Jimmy Butler zdobył 39 punktów, które na nic się zdały przy zespołowej grze Atlanta Hawks. Obie drużyny zanotowały po 24 asysty, lecz wśród zawodników Jastrzębi aż 8 zanotowało 10 lub więcej oczek. To już trzecia z rzędu wygrana Hawks, a w pokonanym polu zostawili Rockets, Cavs i teraz Bulls.

Butler po meczu przyznał, że zabrakło jego drużynie więcej udanych zagrań w obronie. Po drugiej stronie parkietu obroną dyrygował Thao Sefolosha, który z ławki ma uprzykrzać życie największym gwiazdom drużyny przeciwnej. Od początku sezonu Szwajcar wywiązuje się z tej roli znakomicie.

Byki przegrały 4 z ostatnich 5 spotkań. W następnym meczu zmierzą się z Miami Heat. Będzie to pierwsza wizyta Dwyane Wade  po zmianie barw klubowych. W zespole z Florydy Wade spędził 13 sezonów, w trakcie których zdobył trzy tytuły mistrzowskie.

  • relacje przygotowne przez znanego i lubianego w redakcji Piotra Zarychtę

 

Oklahoma City Thunder (6-2) – Toronto Raptors (5-2) 102:112

Thunder przystępowali do tego meczu w roli faworyta, bo nie dość, że grali u siebie, to jeszcze mieli najlepszy bilans w NBA razem z Cleveland Cavaliers. I tak też zaczęli to spotkanie od prowadzenia 12:0. Potem jednak było coraz gorzej. Russell Westbrook grał na siłę i niech nie zwiodą was statystyki 36 punktów, 7 zbiórek i 7 asyst. Wygląda imponująco, ale jak dodamy do tego 9/26 z gry i 8 strat, to mamy obraz tego jak bardzo Russell sam chciał wygrać ten mecz.

Większym problemem była jednak defensywa i próba zatrzymania DeMara DeRozana. Lider strzelców całej ligi tym razem rzucił 37 punktów, trafiając 13 z 22 rzutów z gry. Raptors po pierwszej kwarcie regularnie najpierw odrabiali straty, a potem budowali przewagę. W ostatnią część wchodzili z 13 punktami do przodu i nie pozwolili rywalom zbliżyć się na bliżej niż 4 punkty. Zawsze jednak znajdowali odpowiedź.

Ta wygrana jest dla nich tym cenniejsza, że wciąż grają osłabieni. Kolejny mecz zagrali bez Jonasa Valanciunasa, a odpoczywał także Terrence Ross. To ich czwarta wygrana w pięciu ostatnich meczach.

Phoenix Suns (3-6) – Detroit Pistons (4-4) 107:100

Eric Bledsoe rzucił 14 ze swoich 21 punktów w czwartej kwarcie, co pozwoliło Suns wygrać to trudne dla nich spotkanie. Trudne, bo grali znów Tysona Chandlera (śmierć matki), a także dlatego, że mieli bardzo mało czasu na regenerację, bo o 3 rano wylądowali w Phoenix po meczu wtorkowym przeciwko Blazers.

Suns zagrali bardzo zespołowo. Alex Len zanotował 16 punktów i 14 zbiórek, 19 (najwięcej w sezonie) dołożył Jared Dudley, 18 T.J. Warren, a 14 Brandon Knight.

Oczywiście było im o wiele łatwiej, bo Pistons nie potrafią póki co grać na wyjazdach. U siebie są niepokonani, ale za to na wyjeździe przegrali wszystkie 4 spotkania. Jedynym, którego można mocno pochwalić po tym meczu jest Kentavious Caldwell-Pope, który zagrał najlepiej w sezonie, rzucając 27 punktów. Jednak to on spudłował kluczowy rzut, który mógł Pistons dać remis na półtorej minuty przed końcem meczu.

San Antonio Spurs (5-3) – Houston Rockets (5-3) 99:101

Oglądanie Spurs w tym sezonie to istny roller coaster. Na dzień dobry rozjechali jak chcieli Golden State Warriors, potem zanotowali jeszcze dwa pewne zwycięstwa, a teraz nagle przestali grać. W całym poprzednim sezonie przegrali u siebie 1 spotkanie. Porażka z Rockets była już trzecią na własnym parkiecie w obecnych rozgrywkach. Nie pomógł nawet powrót do gry Danny’ego Greena.

Znów poza grą był praktycznie Pau Gasol. W drugiej kwarcie Gregg Popovich posadził go na dobre, żeby grać niższym ustawieniem i to pomogło. Bez Hiszpana Spurs grali o wiele lepiej. Mogli nawet doprowadzić do dogrywki, ale najpierw Kawhi Leonard, a w dobitce LaMarcus Aldridge spudłowali rzuty na remis.

A Rockets zagrali to co zwykle. James Harden zanotował kolejne triple-double. Tym razem pierwszy raz w historii Rockets przy TD miał 15 asyst. Dostał solidne wsparcie od Ryana Anderson (20 pkt, 4 trójki, 8 zbiórek), Erica Gordona (15 pkt) i Clinta Capeli, który potrzebował tylko 18 minut gry, żeby zdobyć 12 punktów.

LA Clippers (7-1) – Portland Trail Blazers (5-4) 111:80

Ale się Clippers przejechali po Blazers. 31 punktów to mały wymiar kary, zmniejszony przez rezerwowych w czwartej kwarcie. Po trzech było 93:50 i zanosiło się na największa klęskę w historii klubu. Blake Griffin znów był nie do zatrzymania. W 26 minut skompletował 22 punkty, 13 zbiórek i 5 asyst. Swoje dołożył jak zwykle Chris Paul i DeAndre Jordan.

Damian Lillard, który do tego meczu ani razu nie zszedł poniżej 20 punktów w sezonie, trafił 1 z 10 rzutów z gry i skończył spotkanie z 8 punktami i najgorszym w drużynie -32.

Golden State Warriors (6-2) – Dallas Mavericks (2-6) 116:95

17 celnych trójek, 58% celnych rzutów z gry, 33 asysty w treningowym spotkaniu Warriors. Treningowym, bo Mavericks do listy nieobecnych, odpoczywających dorzucili Andrew Boguta, J.J. Bareę i Wesa Matthewsa. Zabrakło też oczywiście Dirka Nowitzkiego i Derona Williamsa. Harrison Barnes dostał ciepłe przywitanie i rzucił 25 punktów.

Kopiuj link do schowka