Przewodnik po NBA 17/18: Konferencja Zachodnia, część II

07/10/2017
Russell Westbrook Nikola Jokic Oklahoma City Thunder Denver Nuggets Mark D. Smith-USA TODAY Sports

Pozostał ostatni etap przewodnika po NBA — kto na zachodzie myślę, że awansuje do play-offów.

Poniżej jeszcze przypomnienie poprzednich części, gdyby ktoś przeoczył:

Konferencja Zachodnia, część I

Konferencja Wschodnia, część I + część II

8. Memphis Grizzlies

W zeszłym sezonie, trochę życzeniowo, typowałem Grizzlies poza play-offami i chciałem pokusić się o podobną predykcję na nadchodzące rozgrywki, ale postanowiłem wyciągnąć popularne wnioski. Wprawdzie sufit tej mocno niedocenianej drużyny jest dosyć ograniczony, to podłoga — przy zdrowiu Marca Gasola i Mike’a Conleya — mieści się umiarkowanie wysoko, jest zwyczajnie pewna i mam wrażenie, że Niedźwiadki zawsze „znajdują drogę”. Brzmi to jak tania klisza, ale gdy młode zespoły często nie są w stanie regularnie wygrywać, bo nie mają doświadczenia, to Grizzlies są definicją drużyny, która dużą część zwycięstw zawdzięcza ograniu i temu, że wielokrotnie była w stykowych sytuacjach i te nie robią już na nich większego wrażenia. Po prostu nieraz wychodzili naprzeciw niskim oczekiwaniom i po części dlatego czuję się nieco mniej niepewnie z Memphis w najlepszej ósemce, aniżeli poza nią — wyszedłem też z założenia, że Miśki zasługują na pewien kredyt zaufania w stosunku do tego jak stabilny i równy poziom prezentują od 2011 roku. Kiedyś musi nastąpić regres, ale w gruncie rzeczy to wciąż utalentowana, przynajmniej u szczytu, drużyna.

W wieku 32 lat Marc Gasol zaliczył swój najlepszy sezon w karierze. Hiszpan dostał zielone światło na rzuty z dystansu, których oddał aż 268, po tym jak przez 8 lat w NBA oddał tylko 66 trójek. Wyższe ustawienie otworzyło przestrzeń do kosza ścinającym — gdyby w Chandlerze Parsonsie pozostało zdrowia więcej niż na 34 mecze w sezonie, to mógłby na tym skorzystać — i sprawiło, że Doktor skończył z rekordowym dla siebie wskaźnikiem asyst — miał udział przy niemal co czwartym kończącym podaniu, będąc na parkiecie — przy tym notując % najmniej strat w karierze, czyniąc to na najwyższym usage %. Po tylu latach grind&grind nieco dziwnie mogły wyglądać ustawienia 5–0 Memphis, ale na przesunięciu Gasola bliżej linii za 3 skorzystała również sama drużyna — Grizzlies w sezonie 16/17 trafiali o 3,3 trójki więcej niż w rozgrywkach wcześniej i dostosowali się przynajmniej do średniej w NBA, kończąc na 15. miejscu w celnych rzutach za 3.

Pod okiem Davida Fizdale’a zobaczyliśmy też najlepszą wersję Mike’a Conleya, który w końcu — mając ku temu predyspozycje — zaczął częściej rzucać. W zeszłym sezonie oddawał 6,1 trójki na mecz, gdy przez 9 wcześniejszych lat w NBA nie przekroczył bariery 4. Większa agresywność na piłce i w kreacji rzutu przełożyła się na średnią 20,5 punktu i nie widzę przeszkód, by dwójka liderów Grizzlies przynajmniej utrzymała poziom z poprzednich rozgrywek. Ich dobra gra powinna sprawić, że Memphis nie spadnie poniżej określonego progu.

Tylko nie widzę jak w tym kształcie ta drużyna mogłaby się jeszcze wyraźnie rozwinąć — nie na dwa lub trzy dodatkowe zwycięstwa, a przykładowo awans do 2. rundy. Załóżmy hipotetycznie, że Parsons wraca do formy, Tyreke Evans sprawdza się w roli rezerwowego ball-handlera, a Ben McLemore łapie pewność siebie, to czy wtedy ta ekipa jest lepsza od kogoś z trójki Rockets/ Spurs/ Thunder? Za dużo „ale” nie wróży niczego dobrego. A należy mieć z tyłu głowy, że Gasol dla hiszpańskich mediów minionego lata napomknął, że jeżeli Grizzlies nie będą rosnąć, to będzie musiał rozważyć swoją przyszłość w Memphis. Wprawdzie Conley i Doktor jak mało kto potrafią sprawić, by grupka wypierdków stawała się wokół nich wyraźnie lepsza, to z podejrzaną rotacją w zasadzie od 4. najlepszego zawodnika drużyny — niemal przy każdym z nich pojawia się pewnego rodzaju bagaż — trudno o przeskoczenie pewnego, znanego już sobie, pułapu.

7. LA Clippers

Charles Bukowski pisał, że dobroć można niekiedy znaleźć w środku piekła, tak więc nie widzę przeszkód, by wykrzesać odrobinę sympatii w stronę Clippers, którzy zaliczyli całkiem udany off-season, mimo utraty swojego najlepszego zawodnika. Albo inaczej: Jerry’emu Westowi udało się wyciągnąć zaskakująco dużo z wydawałoby się przegranej sprawy. Pozyskany za Chrisa Paula pakiet graczy, wraz z nowymi twarzami zakontraktowanymi latem, pozwolił stworzyć całkiem solidny — oparty już całkowicie na talencie Blake’a Griffina — zespół, który z pewnością włączy się do walki o play-offy. Wprawdzie potencjał nowo zbudowanej drużyny jest znacznie niższy niż tej, która przez sześć kolejnych sezonów miała w składzie CP3, to w pewnym sensie powiew świeżości, wyparcie nieodłącznego poczucia bezradności, mogą wyjść obu stronom na dobre. Bo Clippers nawet, gdy wygrywali, to można było odnieść wrażenie, że przegrywali — te negatywne emocje niespełnionych oczekiwań przy ekipie z LA wracały jakby ze zdwojoną siłą, tak jakby porażka uderzała mocniej. Teraz? Oczekiwania nie są specjalnie wygórowane, dzięki czemu można liczyć, że wróci przyjemność z oglądania poczynań mniej utytułowanego klubu z Los Angeles. Są ku temu powody.

Przede wszystkim Griffin będzie miał okazję, by sprawdzić się w pierwszoplanowej roli, już jako główny dystrybutor piłki. Jest to najbardziej fun-to-watch wersja 28-letniego skrzydłowego, który w poprzednich rozgrywkach spędził na parkiecie bez Paula ledwie 574 minuty i miał w tym czasie udział przy aż 29% wszystkich asyst. Tutaj leży największy potencjał Blake’a, by ten stał się lepszym graczem i otoczenie nieźle spełnia ku temu potrzeby.

DeAndre Jordan zapewnia koneksję w pick and rollu i jako ścinający do obręczy zdobywał najlepsze w NBA 1,52 punktu na posiadanie. Możemy spodziewać się wielu takich dwójkowych akcji między wysokimi Clippers i choć ta skuteczność u Jordana bez Paula powinna nieco spaść, to wciąż będzie zapewniał wertykalny spacing na poziomie czołówki ligi. Dodatkowo, Patrick Beverley to idealnie skonstruowany koszykarz z pozycji nr 1 dla zawodnika z innej pozycji, który w dużej części odpowiada za rozegranie drużyny. Przekonał się o tym James Harden i przekona się o tym Griffin — zwyczajnie Bev nie potrzebuje specjalnie piłki w rękach, by być efektywnym. Były — niestety — PG Rockets wraz z Austinem Riversem będzie mógł dzielić obowiązek drugiego kozłującego, a z ławki (?) w rolę pierwszego wskoczą Milos Teodosić i Lou Williams, których profile wydają się jak pieśń lodu i ognia. Podania i gorącego kartofelka. Wydaje mi się, że Doc Rivers powinien szukać rozdzielenia minut Blake’a i Teodosicia, podobnie jak Serba i Williamsa — tak by na parkiecie przez cały mecz był przynajmniej jeden kreator . Dodatkowo, Danilo Gallinari i Sam Dekker otwierają szersze pole na niskie granie, dlatego też chciałoby się rzecz nareszcie — zobaczymy więcej Griffina na centrze.

Rivers dysponuje w miarę głębokim składem, na każdej pozycji pojawił się w miarę wartościowy zmiennik i trochę szkoda, że nastąpiło to już po odejściu Paula. W LA pojawia się ledwo dostrzegalne światełko na finały konferencji, ale jest, świeci. Siła tego światełka zależy w dużej mierze od tego jak dobry będzie Blake Griffin — czy ten będzie w stanie wrócić na poziom top-15 zawodnika w NBA i przypomnieć czasy, w których górował nad innymi swoimi warunkami fizycznymi — oraz od mniejszych, ale równie ważnych rzeczy jak aklimatyzacja w USA Milosa, zdrowia najważniejszych graczy lub kreatywności Doca. Na Clippers trochę się nie stawia, ale spodziewam się, że w trakcie sezonu nieraz zaskoczą — widzę ten potencjał na niechcianą (?) drużynę znikąd.

6. Minnesota Timberwolves

Minionym latem wiele wydarzyło się w Minneapolis: przyjście Jimmy’ego Butlera, podpisanie Jeffa Teague’a, Taja Gibsona i Jamala Crawforda, wymiana Zacha LaVine’a i Ricky’ego Rubio, występ Karla Townsa w teledysku u Katy Perry… niemal wszystko zdaje się zmierzać w dobrym kierunku i chyba w końcu możemy powiedzieć, że Wolves po czternastu latach znajdą się w play-offach. Musi być dziwnie kibicom ekipy z północy USA przystępować do sezonu, w którym awans do najlepszej ósemki to minimum, a nie sfera marzeń. Niemniej i tak pojawia się kilka niewiadomych, od których rozwiązania zależy, czy już nie takim Szczeniaczkom uda się włączyć do walki o miejsce w przedziale 5–6. na tak wyrównanym zachodzie.

Butler, Towns, Wiggins i Teague to zawodnicy, którzy potrzebują piłki w rękach, by być efektywnym — cała czwórka miała powyżej 150 izolacji w poprzednim sezonie — i któryś z nich będzie musiał ograniczyć swoją rolę w ataku. Podział ról wydaje się jasny, tylko kwestia, czy uda się go pogodzić. Nie mam wątpliwości, że Towns sprawdzi się jako pierwsza opcja, a Butler będzie świetnym uzupełnieniem jako 1b rozwiązanie, natomiast nie jestem pewien jak Wiggins i Teague poradzą sobie w roli o szczebelek jeden lub dwa niżej niż dotychczas. Czy uda się wypracować odpowiedni ruch piłki między zawodnikami, czy ci w ogóle będą chętni, by się nią dzielić (pamiętajmy, że Wiggins i Butler lubią wstrzymywać akcje, poczuć piłkę w rękach)? Czy w tej drużynie znajdzie się w ogóle wystarczająca liczba strzelców za 3 (niebezpieczeństwo podwojeń i braku możliwości karcenia rywala za pułapki) i czy Tom Thibodeau zdecyduje się na grę parami, które będą w stanie rozciągnąć grę dla ścinających?

Pytanie też, czy przy tak dominującej w posiadaniach trójce należało rezygnować z rozgrywającego, który czerpał przyjemność z dostarczania piłki innym. Czy dodanie kolejnego kozłującego, który jest znaczącą obniżką w obronie i nie zapewnia wyróżniającego się spacingu (35,7% za 3), to na pewno dobry ruch Wolves? Teague stanowi większe zagrożenie przy wykreowaniu rzutu lub dostaniu się do kosza, lecz niekoniecznie akurat tych elementów w Minneapolis brakowało. Defensywa się pogorszyła, spacing nadal jest kłopotem — dwa kluczowe czynniki decydujące o powodzeniu/ suficie Wilczków — i być może, gdyby Thibodeau nie spieszył się tak z podpisaniem byłego gracza Hawks i Pacers, to miałby szansę skończyć z lepiej pasującym — i po prostu lepszym niemal we wszystkim, ale bardziej podatnym na kontuzje — George’em Hillem. A może właśnie korzystniejszym wyborem byłoby pozostawienie Rubio?

Mimo wszystko w Minnesocie zwyczajnie zebrano za dużo talentu, by podstawowego celu nie udało się zrealizować. Butler i Towns są za dobrzy, by razem nie zagrać w play-offach, a szczególnie ten drugi — po sezonie na 25 punktów, 12 zbiórek i 54% z gry — może być jeszcze lepszy, szczególnie w obronie. Podłoga Wolves znajduje się — jak nigdy — zaskakująco wysoko, choć gdyby coś miało pójść nie tak, to winy należałoby szukać po stronie Thibodeau, który skomponował drużynę trochę za bardzo w starym stylu — bez shootingu i umiejętności kreacji pozycji innym graczom, a w dalszej perspektywie ich wykorzystywania.

5. Denver Nuggets

Jak dobry jest Nikola Jokić? Serbski odpowiednik Kubusia Puchatka drugi sezon z rzędu był absolutnym fenomenem we wszelkich zaawansowanych statystykach. W poprzednich rozgrywkach zajął miejsce w top 10 w Box Plus/Minus (5.) i Value Over Replacement (9.), miał 8. PER w NBA oraz uplasował się na 19. pozycji pod względem Win Shares. Jokić skończył również z najlepszym % wskaźnikiem asyst wśród centrów — innymi słowy miał największy udział w asystach, gdy przebywał na parkiecie — stosunkowo rzadko przy tym tracąc piłkę: na jedną stratę przypadało 2,05 asysty (5. na swojej pozycji). Jednak przede wszystkim Nuggets ze swoim liderem na parkiecie mieli absolutnie najlepszą ofensywę w lidze i zdobywali 119,1 punktu na 100 posiadań. Ten wskaźnik szedł jeszcze bardziej w górę, gdy Jokić dzielił minuty z Garym Harrisem — prawdopodobnie więcej niż tylko skrzydłowym od trójki (42%) i obrony zadaniowcem — gdy w 1181 minut Denver notowało 121,6 punktu na 100 posiadań.

Niemniej kłopotem pozostawała obrona, która z Jokiciem na parkiecie znajdowała się na przeciwnym biegunie wobec ataku i wydaje się, że w trakcie off-season Nuggets udało się znaleźć idealne uzupełnienie dla Serba — Paula Millsapa. Wprawdzie 32-letni zawodnik powoli zaczyna znajdować się po złej stronie koszykarskiego zegara, to wciąż pozostaje klasą samą w sobie jeżeli chodzi o know-how, doświadczenie, ustawienie, małe rzeczy i będzie ogromną nadwyżką nad kimkolwiek kogo Mike Malone mógł na pozycji silnego skrzydłowego wystawić. W zasadzie Millsap jest najlepszym dostępnym defensorem w Denver. Ta trójka wspomnianych graczy powinna złożyć się na stworzenie play-offowego zespołu — równie świetnego w ataku i nieco lepszego w defensywie niż w poprzednim sezonie, lepszego także o kolejny rok młodych liderów.

Pewną wątpliwością są jednak dwie pozostałe pozycje w pierwszej piątce i w zasadzie od ich obsady będzie zależał sufit Nuggets. Można spodziewać się, że Jokić będzie centralnym punktem ofensywy i głównym dystrybutorem piłki, stąd pojawia się pytanie na kogo postawi Malone jako nominalnego point-guarda. Wybór sprowadza się do Jameera Nelsona, o którym mimo wszystko trudno powiedzieć „hej! dobrze, że jesteś naszym starterem”; głównie zawodzącego, liczącego na jeszcze jedną szansę Manny’ego Mudiaya i Jamala Murraya — niekoniecznie rozgrywającego z definicji, lecz obiecującego strzelca, grożącego rzutem za 3 po koźle i chyba najlepiej pasującego pod Jokicia.

Kłopot, choć wynikający z niewielkiego wyboru, pojawia się również na pozycji niskiego skrzydłowego. Ten w zasadzie jest jeden i to też tak w mniejszości, bo Wilson Chandler lepiej wygląda jako niska czwórka. Po odejściu Danilo Gallinariego pojawiła się luka i trochę trzeba będzie pokombinować jak ją wypełnić przez 48 minut. Inne opcje niż Mr. Chandler to Juancho Hernangomez, który spędził 26,8% minut w zeszłym sezonie właśnie jako niski skrzydłowy — Hiszpan trafiał dobre 40,7% za 3 przy 1,8 próby na mecz, dał się też poznać jako niezły obrońca, o czym przekonał się choćby Kevin Durant — lub zawodnicy z pozycji niżej Will Barton, Gary Harris, może Malik Beasley, tylko i tak żaden z tej trójki, ze względu na warunki fizyczne, nie jest długoterminowym rozwiązaniem.

Trochę zaskakujące, że Nuggets w drafcie nie zdecydowali się na jakiegoś niskiego skrzydłowego i na najważniejszego pozycji w NBA, z której można koniec końców przechodzić góra-dół, mają jednego człowieka. Do wyboru byli np. Justin Jackson, OG Anunoby czy Semi Ojeleje, ewentualnie Denver mogło postawić na najlepszego dostępnego zawodnika i wziąć z 13. pickiem Donovana Mitchella, który z czasem mógłby okazać się nawet odpowiedzią na jedynce. A tak Nuggets zeszli w dół, dodali dwóch kolejnych silnych skrzydłowych i mają z tuzin wysokich, gdy na trójce jest optymistycznie licząc półtora człowieka. Mało. Tylko wciąż: w stanie Kolorado jest ogromny talent, który ma wrócić szybszy, silniejszy i bardziej zwinny. Będzie więc dobrze, choć zawsze mogło być jeszcze lepiej.

4. San Antonio Spurs

„W życiu pewne są tylko śmierć, podatki i Spurs” mówił jeszcze w XVIII wieku amerykański uczony Benjamin Franklin. Bo mimo niezbyt imponującego, wręcz słabego, na tle innych zespołów, lata w San Antonio, wszystko wskazuje — zwycięska kultura, system Gregga Popovicha i główny kandydat do nagrody MVP, Kawhi Leonard — że lokalna drużyna 19. raz z rzędu przekroczy barierę 50 zwycięstw. Jednak skład, którym dysponuje Popovich może zapowiadać pewne, większe niż zwykle, zagrożenia– szczególnie z perspektywy najważniejszych starć od kwietnia, gdy Spurs przyjdzie mierzyć się z zespołami bardziej atletycznymi i z pozoru bardziej utalentowanymi od siebie.

Martwić może kilka kwestii: zdrowie Tony’ego Parkera i Rudy’ego Gaya, a także to jak nowy skrzydłowy — lubiący zatrzymywać ruch piłki — sprawdzi się w bardziej płynnym systemie, w którym „obcy” często mają kłopot z zaaklimatyzowaniem się; wąska rotacja, przepłacenie Pau Gasol kosztem (?) odejścia Jonathona Simmonsa i Dewayne’a Dedmona, niewielkie oczekiwania wobec zawodzącego LaMarcusa Aldridge’a — brak wymiany z jego udziałem po pick z pierwszej rundy draftu — i niewielkie atletyczne perspektywy.

Jednak w gruncie rzeczy ta drużyna niewiele różni się od tej z poprzedniego sezonu — prócz tego, że w zasadzie jest rok starsza, co w tym przypadku może kosztować te kilka zwycięstw — a przecież zeszłoroczni Spurs zakończyli sezon jako najlepsza defensywa, mimo obecności w pierwszej piątce Parkera, Aldridge’a i Pau Gasola. W najważniejszych meczach taki duet wysokich może być unplayable, ale na sezon regularny powinno wystarczyć. Dlatego też dobra forma Gaya i spełnienie jakichkolwiek oczekiwań wobec Kyle’a Andersona może wnieść Spurs poziom wyżej, dzięki niskim ustawieniom, których szukał w play-offach Popovich i te działały. Wprawdzie szerokość składu może nieco niepokoić, to da się znaleźć w San Antonio odpowiednią mieszankę shootingu i defensywy konieczną do small-ballowej gry. Pytanie tylko, czy tradycyjny i czasem nawet uparty Pop będzie szukał takich ustawień wcześniej — w grudniu, styczniu, lutym — by zawodnicy spróbowali się szybciej wzajemnie dotrzeć i niejednokrotnie w ten sposób zaskoczyć rywali.

Bo należy także wspomnieć, że Spurs — szczególnie z Leonardem — mogliby grać nieco szybciej niż 26. tempo w NBA i 25. zespół pod względem posiadań w kontrach, a small-ball pozwoliłby nieco bardziej zdynamizować grę i otworzyć nowe rozwiązania, które w koszykówce 3–2 — i przy takich wysokich — nie są do końca możliwe. Warto również zaznaczyć, że ta dosyć konserwatywna ofensywa Spurs — 7. w zeszłym sezonie, mimo 25. miejsca w oddanych trójkach i 3. pozycji pod względem rzutów z mid-range — wraz z rozwojem dopiero 26-letniego Leonarda może być jeszcze lepsza: np. jeżeli ten po tym jak dodał niesamowitą kontrolę na koźle doszusuje do średniej 5 asyst na mecz.

Niemniej, Spurs indywidualnie — pozycja po pozycji — wydają się najsłabszym zespołem z pierwszej czwórki zachodu. Nie jest to dla Popovicha wielka nowość, który potrafił sprawić, że zespół sprawował się lepiej jako całość, a pojedyncze elementy przewyższały oczekiwania wobec siebie, dzięki czemu 2+2 niekoniecznie równało się 4. Teraz powinno być podobnie, tylko pytanie na ile przewaga kultury, stabilności, standardów, znanego stylu gry może zredukować różnice w talencie od 2. najważniejszego zawodnika w dół.

3. Oklahoma City Thunder

Paul George nigdy nie grał w jednej drużynie klubowej z tak utalentowanym zawodnikiem jak Russell Westbrook i na papierze wygląda na to, że w końcu znalazł się w idealnej dla siebie roli — opcji 1B w ataku, którą będzie na przemian współdzielił z Carmelo Anthonym. Nie wydaje się jednak, aby podobnie o sobie myślał PG i dla powodzenia sezonu Thunder trójka liderów będzie musiała znaleźć między sobą nić porozumienia, przede wszystkim co do rzutów oddawanych w crunch-time. Nie powinno odbywać się to na zasadzie „raz ty, raz ja” jak długimi fragmentami miało to miejsce z udziałem Duranta i przymykania oka na niezadowolenie raz jednego, raz drugiego.

Również należy wspomnieć, że gra z Westbrookiem może — podkreślam może — być do pewnego stopnia frustrująca, bo choć z jednej strony ten potrafi z łatwością odnajdywać partnerów, to często są to pojedyncze podania w jednej akcji po długim przetrzymywaniu piłki w rękach. Nie jest to zarzut, a bardziej stwierdzenie — Thunder nie byli i raczej nie będą zespołem dzielącym się piłką: odkąd jest mierzona liczba podań w meczu (13/14) zawsze byli w low-5, ostatnie dwa sezony kończąc na ostatniej pozycji. I ponownie: chodzi mi tylko o to, że w pewnym momencie możesz zacząć myśleć — jako zawodnik z wysokim mniemaniem o sobie — że mógłbyś tę piłkę częściej mieć w rękach. Dlatego rolą Billy’ego Donovana będzie znalezienia sposobu, by najważniejsi zawodnicy odpowiednio często otrzymywali piłkę w ataku, czuli się zaangażowani po tej stronie parkietu i wzajemnie sobie pomagali. Doświadczenia z Durantem sugerują, że mogą pojawić się zgrzyty. Należy liczyć, że big-three — dla wspólnego dobra — pogodzi się z nieco mniejszą rolą — zmniejszeniem czasu z piłką w rękach — dzięki czemu być może obawy są przesadzone, a ego trójki graczy — z naciskiem na PG — nie będzie przeszkodą, by wycisnąć z nadchodzących rozgrywek możliwie jak najwięcej.

Samowi Prestiemu — bez oddawania kluczowych assetów — udało się załatać wady zespołu, poprawić elementy — atletyzm, szybkość, obronę — w których OKC było już co najmniej dobre i zbudować utalentowaną, nieźle uzupełniającą się pierwszą piątkę. Pojawia się szereg nowych możliwości spacingowych — Melo będzie mógł zaczynać na pozycji niskiej-4 i szczególnie obiecująco zapowiadają się dwójkowe akcje pick-and-pop z Westbrookiem, czy trójkowe pick-your-poison zagrywki ze Stevenem Adamsem. Donovan może też niekiedy wykorzystywać Anthony’ego jako rolującego do kosza lub kreującego grę dla innych, podobnie jak George’a i nie będą powtarzać się sytuacje, w których musiał decydować się na ustawienia 2–3. W końcu w drużynie są tak potrzebni strzelcy, co znacznie ułatwi Westbrookowi dostawanie się do obręczy.

Istotne jest także, że główni gracze zadaniowi — Adams, Roberson — powinni dobrze wkomponować się pod trójkę liderów. Dodatkowo obecność Patricka Pattersona bardzo pomoże, bo z jednej strony może otworzyć nieznany wcześniej shooting z pozycji centra, a także w razie potrzeby przesunąć Anthony’ego na miejsce niskiego skrzydłowego.

W Oklahomie mogą realnie myśleć o finałach konferencji i 2. miejscu na zachodzie i jeżeli uda się pogodzić ze sobą tak dominujących zawodników, a także wydarzy się kilka pomniejszych rzeczy jak poprawa w obronie Westbrooka — luźna myśl: czy gdyby Russ zagrał w game-6 z GSW w defensywie na poziomie, który umożliwia mu to jego atletyzm, gdyby trzymał się schematów, to czy przypadkiem Durant nie zdecydowałby się na pozostanie w Oklahomie? — umiejętne dysponowanie rotacjami przez Donovana, czy wprowadzenie większego ruchu zawodników bez piłki — ostatnie miejsce w akcjach off-screen — to Thunder — z dwoma elitarnymi skrzydłowymi w obronie — będą największym zagrożeniem dla Warriors na zachodzie. Giddy-up.

2. Houston Rockets

Nie powiem — jestem trochę niespokojny o połączenie Chrisa Paula z Jamesem Hardenem. Z jednej strony zawsze wychodziłem z założenia, że talent jest w stanie pokonać większość wewnętrznych przeciwności, ale mam skryte wątpliwości co powodzenia tandemu tak bardzo potrzebującego piłki w rękach, przecież po sezonie, w którym oddanie Hardenowi roli głównego rozgrywającego niemal doprowadziło do jego pierwszej statuetki MVP. I czy ponowne przesunięcie 28-letniego Brodacza pozycję wyżej to najlepsze rozwiązanie dla wydobycia pełni możliwości samego zawodnika, jak i zespołu. Nie jest to może idealny scenariusz, ale szalenie cennym czynnikiem będzie możliwość gry dwoma top-10 zawodnikami przez pełne 48 minut i w końcu obok Hardena pojawi się człowiek, który będzie w stanie nieco odciążyć go z obowiązków rzutowych, jak i kreacji.

Obecność Paula to coś nowego w Houston — jak podał John Schumann z NBA.com CP3 na przestrzeni trzech ostatnich sezonów był 2. najlepszym strzelcem w mid-range i aż niemal 41% oddanych przez Paula rzutów pochodziło właśnie w półdystansu, martwej strefy Rockets, którzy ostatnich pięć rozgrywek skończyli jako ostatni pod względem rzutów właśnie z tego rejonu. Pojawia się obawa jak jedno z drugim się połączy — czy Mike D’Antoni będzie szukał rzutów dla Paula w innych miejscach parkietu, czy może rozgrywający nieco bardziej w późnym wieku dostosuje swoją grę do stylu drużyny. To jest też o tyle ciekawa kwestia, że jeżeli Paul trafiał 48,5% rzutów z półdystansu, to jest na granicy „korzystnego rzutu” w założeniu, że 50% za 2 to rzut efektywny analitycznie. Pytanie także jak Paul odnajdzie się w znacznie szybszym systemie niż grał w LA (3. tempo Rockets, 17. Clippers) i nie jest to wprawdzie ofensywa 7-seconds-or-less, to D’Antoni nie ma nic przeciwko rzutom po jednym wyprowadzającym podaniu, jeżeli pozycja jest ku temu dogodna. Ale posiadanie dwóch tak znakomitych kreatorów otworzy nowe możliwości drużynie i może wprowadzić ją na wyższy poziom, nawet jeżeli jeden z tej dwójki w niektórych akcjach będzie musiał się zadowolić rolą w catch&shoot.

Warto też wspomnieć, że przy takim spacingu wydaje się, że Paul nie grał i przede wszystkim Ryan Anderson, dzięki rozciągnięciu gry na 10. metr niespotykanie otwiera przestrzeń do kosza kozłującym. Dodatkowo Clint Capela — ze swoją obroną i umiejętnością kończenia lobów — jest idealnym partnerem w pick-and-rollach dla dwójki rozgrywających, dzięki czemu — o ile zaliczy progres kondycyjny — powinien w roku kontraktowym zanotować swój najlepszy sezon w karierze. Istotne także, że przy off-seasonowych wzmocnieniach Rockets dysponują ustawieniami, które mogą zapewnić wystarczający shooting i przy tym być plusowe w obronie — D’Antoni może korzystać z line-upów, w którym będzie 4 dobrych do bardzo dobrych defensorów i Harden. Rockets mają szansę iść na wymianę ciosów w bezpośrednich pojedynkach z Warriors i choć powinni polec, to nie są aż tak bardzo bez szans, by zrobić serię nie tylko z nazwy.

1. Golden State Warriors

Lata świetlne przed resztą ligi — Warriors nie mają sobie równych jeżeli chodzi o sposób gry, płynność, wykorzystywanie spacingu, egzekucje poszczególnych zagrywek: wystarczy rzecz, że Golden State miało najwięcej posiadań po ścięciach — 1114, wicelider 846 — i liderowało w akcjach po zasłonach — 1182, 2. zespół 753. I przy takim talencie — poszerzonym przecież o Nicka Younga, Omri Casspiego czy Jordana Bella, którego czeka spora rola w garbage timie & G-League (minuty w rotacji byłyby fajną historią — może kończyć loby, jest atletyczny, wykazuje też dobre instynkty w obronie) — trudno, żeby w nadchodzących rozgrywkach było inaczej, bo choć poszczególne zespoły na zachodzie wzmocniły się o graczy formatu All-NBA, to wciąż przewaga w umiejętnościach znacznie stoi po stronie GSW.

Niemniej jak pisałem wcześniej — pojedyncze zespoły — Thunder, Rockets — mają zasoby, by w odpowiednich okolicznościach postawić się Warriors, podobnie jak Spurs, którzy przynajmniej do przyszłych play-offów mogą wierzyć, że 23-punktowe prowadzenie w pierwszym meczu finałów konferencji nie było przypadkowe. Dla spokoju umysłu postronnego widza, dobrze by było, gdyby któraś z tych drużyn przynajmniej doprowadziła do momentu, w którym Warriors nie będą czuć się komfortowo ze swoją grą– przykład serii z Grizzlies z 2015 roku — a Steve Kerr będzie musiał zareagować i przemyśleć pewne kwestie, wprowadzić nowe rozwiązania. Na więcej chyba nie mamy co liczyć, bo poprzednie play-offy — przez kontuzje Leonarda — nawet tego nam nie przyniosły.

Kopiuj link do schowka