Pozdro Retro: Ricky Davis – najgłupsze hity

14/05/2017
ricky

Ricky Davis był jak połączenie Michaela Beasleya i JaVale’a McGee – mnóstwo talentu, złe podejście, problemy z rzutową powściągliwością, ciągła fiksacja na punkcie widowiskowych akcji pod publiczkę i wieczne rozczarowania.

W latach 1998-2010 wyrobił sobie w NBA opinię samoluba, „popisywacza”, demoralizatora i zawodnika niezbyt inteligentnego. Nigdy nie zrobił nikomu krzywdy, nie miał problemów z prawem (przynajmniej nie oficjalnie) i koledzy twierdzili, że tak naprawdę jest w porządku, a jednak łatka przylgnęła.

Połączenie anegdotyczności Davisa z jego widowiskową grą nad obręczami sprawiło, że stał się ulubieńcem fanów gdziekolwiek grał. Oczywiście fani głównie z niego szydzili, ale dostawali też od niego wiele pamiętnych akcji, głównie efektownych wsadów, które były często jedynymi jasnymi punktami trudnych sezonów ich drużyn… Właśnie – zapomniałem bowiem wspomnieć, że drużyny Ricky’ego z reguły przegrywały dużo meczów (oczywiście były wyjątki).

Oto 6 najgłupszych rzeczy, jakie zrobił w swojej karierze Ricky Davis…

6. Wymyślanie hotelowych aliasów. Zawodowi sportowcy meldujący się w hotelach na meczach wyjazdowych mają w zwyczaju podpisywać się fałszywymi nazwiskami aby natarczywi fani lub dziennikarze nie mogli dowiedzieć się gdzie nocują. To dla wielu z nich okazja aby wykazać się kreatywnością – taki Shaq na przykład zameldował się kiedyś jako „Vladamire Mandingo” a Bimbo Coles podpisywał się „Donald Duck”. O hotelowych aliasach koszykarzy pisał wiele lat temu Cleveland Plain-Dealer, przy okazji wyliczając przykładowe. Wszystkie miały to do siebie, że będąc mniej lub bardziej poważne, nie pozwalały domyślić się kto za nimi stoi. Poza aliasem Ricky’ego Davisa, który w hotelowych rejestrach zwykł figurować jako „Dicky Ravis”.

5. Nadużywanie alkoholu. Na obronę swojego bardzo imprezowego trybu życia, Ricky ma dwa argumenty. Po pierwsze: nigdy nie został złapany przez policję na jeździe po pijaku, co może oznaczać, że miał szczęście, albo, że faktycznie nie siadał za kółkiem po libacji co robiłoby z niego przyzwoitego człowieka. Po drugie: Ricky twierdzi, że imprezował pomiędzy meczami, bo tak wyglądała rzeczywistość w NBA lat 90. a to weterani tego okresu wzięli go pod swoje skrzydła na początku kariery. W świetnym artykule, który jakiś czas temu pojawił się na serwisie Grantland Ricky wyjaśniał:

Mogłem ostro zabalować dzień przed meczem a potem rzucić 40 punktów. Wiecie dlaczego? Bo gdy przyszedłem do ligi, Anthony Mason, Derrick Coleman czy Eddie Jones mówili debiutantom: ‚Zanieś torby, weź prezerwatywy i lepiej choć z nami na imprezę’. Tak to wyglądało gdy przyszedłem do ligi. […] Takie zachowanie we mnie zaszczepiono. Anthony Mason przychodzi do stolika z 50 kieliszkami tequili na sam początek. Potem przynoszono butelki. A ja mam 18 lat.

Ci, którzy z nim pili potwierdzają słowa Davisa. Bill Simmons rozpowszechnił kiedyś anegdotę o tym jak Ricky przed meczem w Memphis poszedł imprezować z członkami sztabu trenerskiego Grizzlies – podobno wypił 19 piw, próbował podpalić pomnik Elvisa a następnego dnia miał prawie triple-double. W skrócie: Ricky Davis nigdy nie wylewał za kołnierz i niezależnie od tego jak często rzucał na kacu 40 punktów, nikogo nie oszuka, że nie miałby lepszej kariery gdyby bardziej dbał o siebie.

4. Zdenerwowanie Michaela Jordana. Każdy gracz NBA jaki miał to szczęście/nieszczęście zagrać przeciwko Michaelowi Jordanowi wie, że nie należało go denerwować. Nie, żeby mu ustępować, ale odszczekiwanie się mu i słowne zaczepki nie były najlepszym pomysłem. Weterani nauczyli Ricky’ego Davisa pić tequilę, ale najwyraźniej zapomnieli wspomnieć o tym motywie z Jordanem. Może dlatego, że Ricky wchodząc do ligi w 1998 roku rozminął się z „Jego Powietrznością”. Kiedy Jordan wrócił do NBA jako gracz Washington Wizards, Ricky dostał wreszcie szansę zmierzenia się z legendą w sezonie 01/02. Jako gracz Cleveland Cavaliers rzucił przeciw stołecznej drużynie 18 punktów – tyle samo co Jordan ale potrzebował na to aż 10 rzutów mniej (skuteczność Davisa: 9-14, skuteczność Jordana: 9-24). Cavs wygrali wysoko, a Davis w końcówce meczu podbijał wynik widowiskowymi wsadami, co nie spodobało się Jordanowi, tak jak i pyskówki Davisa, który nie przepuścił okazji, żeby uskutecznić mały „trash talk” z największym koszykarzem wszech czasów. MJ wziął to jednak do siebie i gdy obydwie drużyny spotkały się ponownie, rzucił tylko przed meczem do Davisa – „twój tyłek jest mój” – a potem rzucił 40 punktów (o 2 więcej niż miał wówczas lat).

3. Próba wsadu między nogami w meczu. Muszę być fair wobec Ricky’ego i od razu powiedzieć, że raz mu się to udało i była to rzecz niesamowita i bez precedensu…

Niestety jednak Ricky nigdy nie wiedział kiedy przestać:

To widowiskowe pudło wielokrotnie było nazywane „Rickym Davisem w pigułce”. Bo tak właśnie jest.

2. LeBron role-player. Gdy LeBron James przychodził do ligi w 2003 roku, cały świat widział go jako Wybrańca, Zbawcę i Następnego Jordana… Cały? Nie, jeden jedyny Ricky Davis, wówczas najlepszy strzelec Cavs (i, o dziwo, najlepszy podający – tamci Cavs powinni trafić do Tanking Hall-of-Fame), miał o młodym LeBronie inną opinię:

Myślałem, że ściągnęli LeBrona Jamesa, żeby pomagał mi w zdobywaniu punktów.

Do Davisa fakt, że LeBron był z miejsca liderem Cavs tak bardzo nie docierał, że w jednym ze spotkań naskoczył na Jamesa za to, że wszedł pod kosz zamiast podać mu piłkę. Dlatego właśnie już 15 grudnia 2003 pakował walizki i przenosił się do Boston Celtics.

1. Rzut na własny kosz, żeby zaliczyć dodatkową zbiórkę i triple-double. Czyli akcja, która sprawiła, że Ricky Davis przeszedł do historii koszykówki. Przeżyjmy to jeszcze raz…

Nie dość, że okazał brak szacunku dla przeciwników, to jeszcze zaprezentował firmowy brak inteligencji (rzut na własny kosz nie jest uznawany za rzut więc zbiórki mu nie zaliczono). To co zrobił Davis było tak idiotyczne, że karą 35 tysięcy dolarów ukarał go jego własny klub.

***

Pozdro Retro to pocztówka z dawnych lat NBA, a jednocześnie pozdrowienia wysyłane dla ich bohaterów – także tych mniej znanych. W tym weekendowym cyklu powrócą postaci i wydarzenia z przeszłości ligi (głównie lata 90, mój konik, ale nie tylko), można będzie więc powspominać, a czasem uzupełnić wiedzę (uwaga: często bezużyteczną). Zalecana wzmożona nostalgiczność.

Polub stronę autora na facebooku i śledź ją na twitterze oraz instagramie.

Kopiuj link do schowka