Pozdro Retro: Finały dalekich podróży

18/06/2016
finaly

Wynik 3-1 zanotowano w 33 finałach NBA, ale tylko 3 razy doszło w nich do meczu numer 7. Ten trzeci raz wypadł właśnie w potyczce Golden State Warriors i Cleveland Cavaliers. Dziś przypomnijmy pozostałe dwa przypadki.

Ten sezon zaczął się od bezprecedensowej przewagi Golden State Warriors, a może się skończyć ich bezprecedensową porażką. Nikt bowiem jeszcze nie przegrał tytułu prowadząc 3-1. Czy Cleveland Cavaliers wrócą w niedzielę z najdalszej w historii finałów NBA podróży? Ten tekst nie odpowie na to pytanie, upamiętni jednak dwie inne sytuacje, w której stojące na krawędzi porażki drużyny bohatersko doprowadzały do siódmego meczu.

Sponsor serwisu

1951

Royals vs Knicks

W 1951 roku, babcia LeBrona Jamesa miała 6 lat i była mniej więcej równolatką zawodowej ligi koszykówki, która 65 lat temu rozgrywała dopiero drugie finały pod szyldem NBA. Tamta mistrzowska potyczka miała się okazać wyjątkowa nie tylko ze względów sportowych. Jako, że po przeciwnych stronach parkietu stanęły dwie drużyny ze stanu Nowy Jork – Rochester Royals (dzisiejsi Sacramento Kings) i New York Knickerbockers, atmosfera derbowa podniosła natychmiastowo prestiż stawiającej pierwsze kroki ligi.

Royals byli w tym starciu murowanym faworytem, może nie takim jak Warriors w 2016, ale w półfinałach pokonali aktualnych mistrzów i najlepszy zespół sezonu regularnego, Minneapolis Lakers (choć George Mikan nie był sobą z powodu kontuzji), a awans Knicks był uznawany za wielką niespodziankę, bo w hierarchii ówczesnego Wschodu byli za Bostonem i Philadelphią.

Nowojorczycy awansowali do finału pokonując Syracuse Nationals, mimo iż na kilka minut przed końcem decydującego meczu przegrywali 10 punktami. Ta umiejętność comebacków miała im się niezwykle przydać w Finałach 1951, bo po pierwszych trzech meczach było 3-0 dla Rochester Royals, wśród których prym wiedli trzej przyszli Hall-of-Famerzy: Arnie Risen (najlepszy strzelec Royals i pewny MVP tamtych finałów, gdyby liga wręczała wówczas takie wyróżnienie), Bob Davies i Bobby Wanzer. Warto też dodać, że po 5 punktów w każdym finałowym meczu dawał ekipie z Rochester Red Holzman, który miał później poprowadził Knicks do ich jedynych tytułów mistrzowskich w historii jako szkoleniowiec.

W meczu numer 4 gwiazdy Royals nie potrafiły jednak dokończył dzieła, mimo odrobienia 17-punktowej straty i wyjścia na prowadzenie w ostatnich minutach. Po wyrównanej końcówce, w której brylował harujący pod koszami, ściągnięty przed sezonem z Harlem Globetrotters Nathaniel Sweetwater Clifton, Knicks tryumfowali przed własną publicznością 79:73.

Na kontaktowym zwycięstwie ekipa z Wielkiego Jabłka nie poprzestała. W kolejnym spotkaniu eksplodował najbardziej ofensywny z podkoszowców Knicks, Connie Hawkins (w tym gronie, oprócz Sweetwatera, był jeszcze Harry „Koń” Gallatin), który zdobył 26 punktów. Dwa punkty mniej dorzucił Max Zaslofsky, który cztery lata wcześniej, jako 21-latek, został wybrany do All-NBA Team i był najmłodszym jej członkiem aż do 2006 roku, gdy jego rekord pobił LeBron James. Każdy punkt był tego dnia na wagę złota, bo Knickerbockers wygrali ledwie 92:89.

Jednym z powodów odrodzenia Knicks była zmiana w pierwszej piątce, w której miejsce stracił ich najlepszy rozgrywający Dick McGuire. Jego minuty przeszły na konto Ernie’ego Vandeveghe (ojca Kikiego, który potem sam miał całkiem niezłą karierę, także w Knicks). 18 punktów Ernie’ego wraz z 23 autorstwa Zaslofsky’ego sprawiło, że Nowy Jork dokonał czegoś prawie niemożliwego – wykopał się nie tylko z dołka 1-3, ale 0-3 i stanął przed szansą sprawienia ogromnej niespodzianki.

Jak już wiecie, tej niespodzianki nie było, ale emocji nie zabrakło. Knicks w pierwszej połowie przegrywali 14 punktami, ale zmniejszyli stratę o ponad połowę przed przerwą, a na sześć minut przed końcem meczu doprowadzili do remisu, by chwil? później wyjść na prowadzenie. Niestety w międzyczasie za faule z boiska spadli Clifton i Simmons, przez co Royals mieli ogromną przewagę w środku boiska. Na półtorej minuty przed końcem, rzut wolny mającego polskie korzenie Vince’a Boryli (był najlepszym strzelcem Knicks w sezonie zasadniczym) doprowadził do remisu 75:75, ale to były ostatnie punkty dla Nowego Jorku w tamtym finale. Davies wjechał pod kosz i był faulowany przez McGuire’a choć podobno równie dobrze można było gwizdnąć przewinienie w ofensywie. Jako że reguły gry w kosza były 65 lat temu trochę inne, po osobistych następował rzut sędziowski. Royals go wygrali i grając z przewagą dwóch punktów utrzymali piłkę do końca, dorzucając jeszcze jednego kosza przed ostatnim gwizdkiem.

1966

Celtics vs Lakers

W 1966 roku Dell Curry był w wieku Riley Curry, gdy ta po raz pierwszy podbiła Internet. W Boston Celtics nie grał już Bob Cousy oraz Tom Heinsohn, ale to wciąż byli ci wielcy Celtowie – Bill Russel wciąż był najbardziej szanowanym koszykarzem świata, Red Auerbach najlepszym trenerem, a Celtics ośmiokrotnymi mistrzami ligi, w tym siedmiokrotnymi z rzędu. Ponieważ Auerbach ogłosił przed rozgrywkami, że to będzie jego ostatni sezon, często mówiono o „ostatnim tańcu” Bostonu. W tej sytuacji nie mogło być lepszego zakończenia niż kolejny pojedynek z Los Angeles Lakers.

Jerry West przejął wówczas stery Jeziorowców rzucając ponad 30 punktów w meczu, ale to niespodziewanie mocny sezon w wykonaniu 31-letniego Elgina Baylora, któremu wielu – w tym on sam – wróżyło zakończenie kariery już rok wcześniej, po kontuzji kolana w Finale Konferencji Zachodniej w 1965 roku. W Finałach 1966 Baylor rzucał po 25 punktów i zbierał ponad 16 piłek, grając prawie 43 minuty w każdym spotkaniu. W meczu numer 1 miał 36 punktów i razem z Westem (41 punktów) poprowadził Lakers do wyjazdowego zwycięstwa po dogrywce 133:129.

Odpowiedź Celtics była jednak nokautująca. Kolejne dwa mecze Russell i spółka wygrali przewagą 20 i 14 punktów, a po wyrównanym, ale także zakończonym zwycięstwem spotkaniu piątym, przewaga 3-1 sprawiała, że nikt już nie wierzył w odrodzenie się Lakers.

A jednak. Trener Lakers, Fred Schaus, postawił w kolejnym meczu na small ball. Granie trzema obrońcami – Westem, Baylorem i wschodzącą gwiazdą, Gailem Goodrichem wybiła z rytmu Celtów. Ten tercet rzucił 85 ze 123 punktów Lakers w meczu numer 6, którzy tym samym – po wcześniejszym zwycięstwie w spotkaniu numer 5 (41 punktów Baylora i 31 punktów Westa) – odrobili stratę 1-3 i wydłużyli maksymalnie serię finałową po raz drugi w historii i po raz ostatni na 50 najbliższych lat.

Mecz numer 7 zaczął się od mocnego uderzenia gospodarzy Boston Garden, głównie dlatego, że Baylor i West strasznie pudłowali. Zahartowani w odrabianiu strat Lakers doszli Celtów na sześć punktów, ale ich zryw był spóźniony, bo do końca spotkania zostało ledwie 20 sekund. Red Auerbach odpalił już cygaro, a kibice Celtics zaczęli wbiegać na boisko i w tym zamieszaniu Lakers niemal niezauważenie dorzucili jeszcze cztery punkty w 16 sekund i na cztery sekundy przed końcem wynik brzmiał 95:93 dla Celtów. Mimo chaosu gospodarzom udało się jednak wprowadzić piłkę do gry i przytrzymać ją do ostatniej sekundy. Ósmy kolejny tytuł Bostonu stał się faktem, ale nikt nie mógł odmówić serca drużynie z Miasta Aniołów.

Nikt też nie będzie mógł odmówić serca LeBronowi Jamesowi i jego kolegom niezależnie od wyniku meczu numer 7. Historia nie jest po stronie Cavs – wszak nikt jeszcze nie odrobił straty 1-3 w finale – ale czy przed tym sezonem uwierzylibyście, że jest możliwe przegrać mniej niż 10 meczów w sezonie regularnym?

***

Pozdro Retro to pocztówka z dawnych lat NBA, a jednocześnie pozdrowienia wysyłane dla ich bohaterów – także tych mniej znanych. W tym weekendowym cyklu powrócą postaci i wydarzenia z przeszłości ligi (głównie lata 90, mój konik, ale nie tylko), można będzie więc powspominać, a czasem uzupełnić wiedzę (uwaga: często bezużyteczną). Zalecana wzmożona nostalgiczność.

Polub stronę autora na facebooku i śledź ją na twitterze oraz instagramie .

Kopiuj link do schowka