Powrót do środka

09/04/2017
kathans

Młodzi i piekielnie utalentowani środkowi zapowiedzią nowej ery centrów w NBA?

Znajdujemy się obecnie w niezwykle ciekawym momencie w historii ligi.

Z jednej strony, najsilniejsze drużyny ostatnich lat w NBA i najwięksi faworyci do gry w tegorocznych Finałach, zmarginalizowały niemal całkowicie rolę centra, w najważniejszych momentach sezonu grając bez nominalnej piątki.

Z drugiej – na ligowym horyzoncie pojawiły się w tym czasie elektryzujące postacie, które niejako przeczą small-ballowym trendom. Młodzi środkowi, którzy liderują swoim drużynom i negują wszelkie teorie o wymarciu prawdziwych centrów.

Owszem, w ostatnich latach pod koszami nie działo się najlepiej. Dwight Howard, DeAndre Jordan, czy ostatnio Andre Drummond, to gracze dobrzy, mający za sobą bardzo dobre, czy wręcz świetne sezony (Howard). Jednakże, opierają się oni jedynie na swej sile i atletyzmie, przy oczywistych i nierzadko ogromnych brakach w wyszkoleniu technicznym, co jednak razi w oczy pamiętając o przeszłości ligi.

Nie ma co nawet wspominać o czasach, gdy Tyson Chandler, Al Horford, czy Chris Bosh byli poważnie brani pod uwagę w dyskusji dotyczącej najlepszego środkowego NBA. Brak prawdziwych dominujących centrów, jak i ewolucja samej dyscypliny doprowadziła do popularnego w ostatnim czasie grania coraz to mniejszymi, „oszukanymi” centrami. Dzięki temu w amerykańskiej koszykówce, postać środkowego, nie tylko nie była obowiązkowa w drodze po tytuł, ale czasem wręcz przeszkadzała w szybkim rozprowadzaniu piłek i odnoszeniu sukcesów.

Obecnie, wszystko znajduje się na dobrej drodze, aby odwrócić tą tendencję o 180 stopni.

Wszystko za sprawą młodych i piekielnie utalentowanych centrów, którzy przebojem zdobyli uznanie, grając bez strachu przeciw największym gwiazdom. Karl-Anthony Towns, Nikola Jokić, czy Joel Embiid (jeśli w ogóle gra), są młodzi, ich prime jest daleko przed nimi, a już wyrobili sobie pewną markę w lidze.

I choć każdy z nich gra inaczej, wszystkich łączy nie tylko niewątpliwy talent, ale przede wszystkim znakomite wyszkolenie, pozwalające stanowić zagrożenie niemal z każdego miejsca na boisku. Są bezsprzecznymi liderami swych zespołów, a przecież żaden z nich nie był na początku szykowany do tej roli. Embiid po swych kontuzjach był wielką niewiadomą, Jokić to 41 numer draftu, a KAT, owszem, był pierwszym numerem, lecz przychodził do „następnego Lebrona” i „Maple Jordana” Andrew Wigginsa, świeżo upieczonego ROTY.

Co najważniejsze jednak, ich sposób gry i wpływania na wydarzenia na boisku, pozwala wierzyć, że nadchodzi kolejna era wybitnych centrów, którzy odkurzą poniekąd tę pozycję i zminimalizują choć odrobinę small-ballowy grad trójek. A przecież wymienione trio nie jest jedyne na liście młodych i istotnych centrów w NBA. Myles Turner, Rudy Gobert czy nawet Steven Adams już teraz odgrywają często zasadnicze role w pojedynkach swych zespołów.

To skłania do refleksji, że pomimo obecnej sytuacji, w przeciągu kilku lat, a może nawet szybciej (jeśli eksperyment Pelikanów się powiedzie), dobry środkowy znów okaże się kluczowy dla przebiegu wydarzeń. Warto przy tym zaznaczyć, że będzie to musiał być zawodnik mobilny i uniwersalny, w szczególności w obronie, dzięki czemu wszelkiej maści Kendricki Perkinsy, będące dobrymi stoperami na drwali ostatnich lat pokroju Howarda, na całe szczęście nie będą mieli racji bytu. Zresztą sam Howard przecież nie wygląda już zbyt groźnie na tle nowego pokolenia, które jeśli przegrywa siłą to nadrabia czystym skillem.

Liga należeć będzie do środkowych i bez najmniejszych wątpliwości to ich starcia powinny niedługo decydować o układzie sił. I choć, inaczej niż w przeszłości, pojedynki te częściej objawiać się mogą na półdystansie niż w trumnie, to emocji zabraknąć nie powinno. Może dzięki temu znajdzie się w NBA miejsce dla drugiego Polaka?

Kopiuj link do schowka