Pierwsza Piątka: Gwiazdy ostatniego tygodnia

07/04/2017
uzoh

W „Pierwszej Piątce” co, a jakże, piątek, kompletuję koszykarskie pierwsze piątki według jednego, mniej lub bardziej losowego motywu przewodniego. Dziś na tapetę trafią gracze, którzy w ostatnich meczach sezonu regularnego NBA znikąd wyskakiwali z mega występami.

Do końca sezonu regularnego NBA już niecały tydzień, a więc jesteśmy w najbardziej zwariowanym okresie rozgrywek (no, może poza pierwszym tygodniem), w którym zdarzają się bardzo dziwne występy indywidualne. Ponieważ większość teamów albo odpoczywa przed playoffami, albo tankuje, szansę gry dostają postaci z drugiego, a czasem nawet trzeciego planu, co często kończy się konfundującymi linijkami statystycznymi. Na autorach takich właśnie występów skupimy się dzisiaj.

Sponsor serwisu

PG – Ben Uzoh. Moje pierwsze skojarzenie do hasła “dziwne wydarzenia w ostatnich meczach sezonu zasadniczego” to właśnie Ben Uzoh. Ten zupełnie nieznany grajek, który wystąpił w 60 meczach NBA rozłożonych na dwa sezony spędzone w Nets, Cavs i Raptors, podpisał w marcu 2012 roku 10-dniówkę z Toronto. Kanadyjska ekipa zawaliła polokautowe rozgrywki 11/12 i w ostatnim ich spotkaniu, Dwayne Casey miał większość rzeczy w dupie, dlatego zagrał praktycznie sześcioma zawodnikami (siódmy był Jamaal Magloire, który raptem spędził na parkiecie nieco ponad 5 minut, więc można go pominąć) – Uzohem, Alanem Andersonem, Edem Davisem, Jamesem Johnsonem, Garym Forbesem i Solomonem Alabi. Żeby było zabawniej, Raptors rozwalili w tym meczu 98:67 Nets, którzy mieli większość rzeczy w dupie jeszcze głębiej, a jednym z ojców tego zwycięstwa był właśnie Ben, autor 12 punktów, 12 asyst i 11 zbiórek i od tego momentu chyba najgorszy koszykarz, jakie kiedykolwiek zaliczył triple-double w meczu NBA.

Uzoh – pięć lat po powyższym meczu – ma 29 lat i gra w lidze belgijskiej.

SG – Ramon Sessions. Moje drugie skojarzenie do hasła “dziwne wydarzenia w ostatnich meczach sezonu zasadniczego” to z kolei Ramon Sessions. Jako debiutant w rozgrywkach 07/08, Sessions miał problemy z wywalczeniem sobie miejsca w NBA, ostatecznie rozgrywając 17 spotkań dla Milwaukee Bucks. Gdy jednak Kozły odpuściły już sobie na dobre wygrywaniem meczów (nie żeby wcześniej szło im to jakoś szałowo – tamten sezon zakończyli z wynikiem 26-56), Sessions zaczął się nawet pojawiać w pierwszej piątce, a w ostatnich trzech starciach sezonu miał średnie – uwaga – 19 PPG, 17 APG i 7 RPG. Wisienką na tym WTF’owym torcie było spotkanie numer 81, w którym Ramon ustanowił rekord asyst Bucks, rozdając ich 24 i dodając do tego 20 punktów i 8 zbiórek. To był jednak dzień, w którym obrona wzięła urlop na żądanie – Milwaukee rzucili wówczas 135 punktów, samemu tracąc… 151.

Dziś Sessions ma już pewną reputację w lidze jako solidny zmiennik, ale wtedy to był występ wzięty tak totalnie nie wiadomo skąd (żeby nie powiedzieć, że z miejsca, w którym Nets i Raptors mieli mecz z triple-double Uzoha), że w tym roku mógłby go chyba przebić tylko Stephen Zimmerman notujący nagle 20 punktów i 20 zbiórek dla Magic.

SF – Jordan McRae. Wcale nie trzeba sięgać 5 lub 10 lat wstecz, by znaleźć przykłady motywu przewodniego tej piątki. Jej skrzydłowego (choć ostrzegam, że to ustawienie small-ballowe) złowiłem oto w ostatnim meczu poprzedniego sezonu. Cavs tamtego wieczoru nie mieli na parkiecie nikogo z wielkiej trójki, znienawidzonej koszulki nie musiał też zakładać J.R. Smith, Matthew Dellavedova pobiegał przez raptem 6 minut, a Tristan Thompson zagrał 4 (słownie: cztery) sekundy (słownie: sekundy). To przepis na sukces dla trzecioplanowych MVP’s i tym razem skorzystał na tym McRae, który w 47 minut oddał 29 rzutów, trafił 14 z nich i ustanowił rekord kariery 36 punktami, do których dodał 7 zbiórek i 4 asysty. Tamtego dnia był jak LeBron i Kyrie w jednym…

PF – Devean George. Po prostu obejrzyjcie poniższe wideo o jednym z najbardziej zwariowanych spotkań w historii ligowych ostatków:

George’a wyróżniam, bo to od niego zaczęła się cała heca, to on grał w meczu NBA pomimo 6 przewinień na koncie i na dodatek ten dziwaczny mecz, był jednocześnie ostatnim meczem w jego karierze.

C – Acie Earl. Przez pierwsze 76 spotkań Toronto Raptors w ich inauguracyjnym sezonie 95/96, Acie Earl pojawił się w mniej niż połowie meczów i miał średnie 4.9 PPG i 2.2 RPG. Wtedy jednak przyszedł mecz numer 77, przeciwko Boston Celtics, czyli byłej drużynie, która nie ochroniła Earla w expansion drafcie. Ówczesny trener Toronto, Brendan Malone, już w poprzednim spotkaniu wystawił Acie’ego w pierwszej piątce i brnął dalej w ten absurd, którego poziom wzrósł, gdy Earl rzucił w Bostonie 40 punktów i zebrał 12 piłek. Earl z rozpędu pociągnął dobrą grę na kolejne trzy pojedynki i w tej czteromeczowej sekwencji w połowie kwietnia 1996 mógł się pochwalić średnimi 29.8 PPG oraz 9.8 RPG. W 4 meczach zdobył 1/8 wszystkich punktów w swojej karierze…

***

Autor prowadzi blogi Mercy Mercy Jerome Kersey oraz Czarne Kwiaty Białe Korzenie, które można lubić na facebooku (MMJK | CKBK) i śledzić na twitterze (MMJK | CKBK). Ma też adekwatny profil na instagramie.

Kopiuj link do schowka