Piątkowy Zarychta

28/10/2016
Anthony Davis

Za nami trzy noce z NBA w sezonie 2016/17. Kilka ciekawostek już się wydarzyło, paru zawodników zaskoczyło pozytywnie, niektórzy negatywnie. Ale w dzisiejszym tekście nie będę podsumowywał tego, co zobaczyliśmy na parkietach. Dzisiaj skupię się na Anthonym Davisie i na tym czy jest materiałem na gracza, który pociągnie drużynę do finałów NBA, czy stanie się kimś w rodzaju Chrisa Bosha i Kevina Love’a?

Za wysokie progi na Davisa nogi?

Wielkie zamieszanie i popularność jakie towarzyszyły Anthony’emu Davisowi od dnia jego pojawienia się w NBA, a nawet jeszcze przed nim, spowodowały, że nasze oczekiwania względem niego są takie, że sam poprowadzi swój zespół do mistrzostwa NBA. Tymczasem dotychczasowe kilka sezonów, przez które mieliśmy go okazję oglądać nie sprawiają, że moja wiara w niego jest tak niezachwiana. Davis rozpoczyna właśnie piąty sezon w NBA, pierwszy na dorosłym kontrakcie i mimo, że rzucił 50 punktów w meczu otwarcia, to mógł go zacząć lepiej. Zabrakło zwycięstwa.

Sponsor serwisu

Ale czy jest tym Mesjaszem, którego się spodziewaliśmy? Do mojej głowy nie trafia. Nie jestem w stanie fascynować się jego grą, tak samo jak nie umiałem się nigdy fascynować grą Tima Duncana. Davis nie jest dla mnie zawodnikiem, który porywa tłumy. Nie umie grać na emocjach, nie umie wyzwolić we mnie, kibicu postronnym, tej wyjątkowej energii, tego zaangażowania, co potrafią robić inni gracze, często gorsi od Davisa. Mecz, w którym rzucił 60 punktów Detroit Pistons oglądałem na żywo. To chyba było najmniej imponujące 60 punktów jakie widziałem w życiu.

A już na pewno najmniej porywające. Wychowałem się na Michaelu Jordanie i w koszykówce uwielbiam to, że potrafi mnie porwać. Dlatego często kibicuję drużynom, które nie wygrają ostatniego meczu sezonu w czerwcu, a często odpadną już w kwietniu. Ale po drodze zaliczę z nimi kilka roller coasterów, kilka nocy, po których nie będzie mi się chciało spać jeszcze dobę później. Ale z Pelicans i Davisem tak nie jest.

Nie zrozumcie mnie źle. Znam dzisiejszą wartość Davisa, ale nie znam jego wartości przyszłej. I nie wiem czy będziemy mieli do czynienia z wielkim talentem, który indywidualnie będzie regularnie w czołówce NBA, ale zespołowo dojdzie do poziomu Tracy’ego McGrady’ego? Tego nie wiem i nie umiem przewidzieć. Jego potencjał wydaje się być ogromny, ale sukces w koszykówce nie zależy od jednostki. Trzeba mieć trochę szczęścia, zdrowia i odpowiednich ludzi wokół siebie. Davis potrafi realizować na razie tylko jeden punkt, grać najlepiej jak potrafi. Reszta na razie leży.

Być może za bardzo idę z tym tekstem w stronę gdybania, ale w sytuacji gdy mamy za sobą 3 dni sezonu, nie bardzo możemy wyciągać wniosków (których i tak chyba za dużo wyciągam w swoich tekstach), to jedyne co nam pozostaje to właśnie gdybanie. Ten mecz z Nuggets ewidentnie pokazał w jakim położeniu znajduje się Davis. Jest zawodnikiem wybitnie utalentowanym i potrafiącym niesamowicie dużo, ale jest uwięziony w moim zdaniem upośledzonym klubie. Klubie, który nie dokonuje dobrych wyborów. I przez to może nic nie osiągnąć.

Jego obecny kontrakt sprawia, że w Pelicans zostanie aż do 2021 roku. Wyobrażacie sobie, że miejsce w którym pracujecie niezależnie od tego czy się wam podoba czy nie, będzie miejsce pracy pdo 2021 roku? To 5 pełnych sezonów od teraz. Gdy ten kontrakt się skończy, Davis będzie miał 28 lat, może nie mieć już zdrowia, które i tak mu teraz mocno dokucza, i może być kojarzony jako ten, który nie potrafi nic osiągnąć. Taka łatka bardzo łatwo jest przyklejana. Miał ją swego czasu LeBron James, mieli ją choćby Tracy McGrady, Vince Carter, Grant Hill i inni bardzo utalentowani, którzy nie potrafili z zespołem dojść tam, gdzie wszyscy tego od nich oczekiwali.

Nie zazdroszczę Davisowi, bo pozycja którą ma w lidze w żaden sposób nie idzie w parze z drużyną, w której się znalazł. Mówimy przecież o klubie, który płaci horrendalne pieniądze Omerowi Asikowi, który utrzymuje w NBA Alexisa Ajincę, ale także który ma pecha do dobrych zawodników, łapiących w ich barwach kontuzje. Jrue Holiday jest tego najlepszym przykładem.

Gdy grał w Sixers, nigdy nie opuścił w sezonie więcej niż 9 meczów. W Pelicans w ostatnich rozgrywkach zagrał 65 spotkań i jest to zdecydowany wzrost po 34 i 40 z poprzednich lat. Ale już Tyreke Evans, Ryan Anderson i przede wszystkim Eric Gordon to zawodnicy, którzy mieli problemy zdrowotne w poprzednich klubach. Więc branie ich do drużyny, czy też przedłużanie kontraktu jak w przypadku Gordona, było obarczone większym ryzykiem, bo historia urazów była znana.

I to jest ten element szczęścia, który musi towarzyszyć zawodnikowi, żeby przejść o poziom wyżej, żeby być inaczej postrzeganym. Chciałbym, żebyśmy za kilka, kilkanaście lat mogli mówić o Davisie jako o zawodniku, który podążył śladami Tima Duncana i zdobył tytuł mistrza NBA. Obawiam się tylko, że będzie musiał najpierw podążyć drogą LeBrona Jamesa i Kevina Duranta, czyli na jakiś czas zostać człowiekiem znienawidzonym, który opuszcza swoje gniazdo i wyrusza w świat w poszukiwaniu Świętego Grala, czyli mistrzostwa NBA.

Jeśli tego nie zrobi, po karierze będziemy go pamiętali. Ale będzie dla nas kimś pokroju McGrady’ego, Cartera, Hilla, Francisa, może przy dobrych wiatrach Ewinga. Świetnym graczem, ale w słabych drużynach. A to na pewno nie jest spuścizna jaką chciałby po sobie zostawić.




Kopiuj link do schowka