Mocna końcówka Curry’ego [Wtorkowy Kajzerek w środę]

12/04/2017
Stephen Curry

Stephen Curry najpierw wyciągnął Golden State Warriors z problemów, a następnie złapał formę, która przypomniała całemu otoczeniu, że mamy do czynienia z 2-krotnym MVP ligi.

Znakomita druga połowa marca i pierwsze jedenaście dni kwietnia lidera Golden State Warriors są ostrzeżeniem dla każdego z rywali, jakim przyjdzie się z drużyną Stepha mierzyć. W pierwszej rundzie Curry’ego czeka jednak spore wyzwanie. Stanie naprzeciw gracza, który przez kilka ostatnich miesięcy z powodzeniem ciągnął całe Portland za kołnierz.

To będzie naprawdę interesujący pojedynek. Dwóch z czterech najbardziej ekscytujących rozgrywających zachodniej konferencji – niezwykle gorących w ostatnich tygodniach rywalizacji sezonu regularnego. Golden State Warriors powinni poradzić sobie w czterech, maksymalnie pięciu pojedynkach, ale bezpośrednie starcie Stephena i Dame’a stworzy osobną rywalizację, o której z pewnością będziemy mówić.

Dla Stepha końcówka sezonu jest powrotem do tego, co lider Warriors prezentował w swoich sezonach MVP.

Utrata Kevina Duranta była dla Golden State Warriors bardzo problematyczna i trudno było to Warriors ukryć. Mimo że to nowe okoliczności miały przynieść komplikacje, przyzwyczaili się do gry i wsparcia Kevina Duranta, więc gdy go zabrakło i poniekąd wrócili do sytuacji z poprzedniego sezonu – to Curry potrzebował trochę czasu, by odzyskać swój rytm, typowy dla siebie groove. Ostatnio wszystko co robi – przychodzi mu z dużą łatwością.

Jeśli oglądaliście kilka z ostatnich meczów Warriors, to na pewno dostrzegliście swobodę, z jaką Curry podejmował decyzje.

To kluczowa sprawa dla jego stylu gry.

Steph musi czuć się wolny od wszelkiej presji, nacisków otoczenia i głosów sugerujących, że jest sztucznym tworem – tylko strzelcem, który w gorszych momentach bardziej drużynie szkodzi niż pomaga. To rzecz jasna wielki bullshit, ale powinniśmy przywyknąć do czasów, w których unikatowych zawodników nie zawsze traktuje się z szacunkiem, na który na pewno sobie zasłużyli.

W zasadzie nie wiem z czego to wynika.

Wielokrotnie, gdy poruszałem temat Curry’ego i gdy pisałem, że jest znakomitym graczem – z góry zarzucano mi, że go faworyzuję.

Nic bardziej mylnego, ponieważ nie chodzi o faworyzowanie. Chodzi o zwrócenie uwagi na fenomenalną postać – wyjątkową na tle całej ligi, prawdopodobnie najlepszego strzelca w historii NBA. Najlepszego?! Jak to – bzdura, niedorzeczność, herezje! Prawdą jest, że nikt lepiej w historii gry w koszykówkę nie opanował one-motion shot niż Stephen.

W pięciu meczach kwietnia Curry notował na swoje konto średnio 32,8 punktu, 8 asyst, 3 zbiórki, blok i 1,8 przechwytu trafiając 56,8 FG% 61,9 3PT%, ale tylko 68,4 FT%. Slump z linii rzutów wolnych może wynikać z poziomu intensywności, jaki Curry sobie narzucił. To także ważne, gdy mówimy o wpływie Kevina Duranta na zespół z Oakland. Dzięki niemu, tacy gracze jak Klay, Steph czy Draymond Green mogą w ataku więcej odpoczywać.

Gdy KD wypadł z powodu kontuzji kolana, Curry w błyskawicznym tempie musiał wrócić do tego, co grał w poprzednim sezonie. Na jego nieszczęście – nastąpiło to w momencie, w którym miał strzelecki kryzys, dlatego ligowe środowisko uczepiło się jego szyi i ciągnęło w dół. Steph odpowiedział w koncertowym stylu. Mecz z 5 kwietnia przeciwko Phoenix Suns w bardzo przejrzysty sposób pokazuje to, w jaką bestię Curry zamienił się w trakcie tych ostatnich tygodni sezonu regularnego. 42 punkty, 8/12 za trzy i 11 asyst. Trzeba mimo wszystko wziąć poprawkę na poziom defensywy jednej z najmłodszych rotacji w historii NBA.

Zatem Steph wrócił do siebie w najlepszym dla jego drużyny czasie. Końcówkę sezonu regularnego Warriors poświęcili przede wszystkim na przywrócenie do składu Kevina Duranta. Były MVP rozegrał już dwa mecze, ale potrzebuje jeszcze trochę czasu, by całkowicie zrzucić rdzę i wrócić do tego, co prezentował wcześniej.

Steph nie powinien jednak traktować jego powrotu jako szansy na to, by spuścić nogę z gazu.

Warriors ostatecznie nie są w stanie zadbać o swój tegoroczny cel bez wychowanka Davidson w jego najlepszej odsłonie.

Kopiuj link do schowka