Z Krainy NBA – nowy rozdział

18/06/2017
zknba

Witamy na odświeżonej stronie Z Krainy NBA i zapraszamy do zapoznania się z krótką historią tego zrodzonego z miłości do gry projektu.

To był 4 lutego 2011 roku. Phoenix Suns grali mecz z Oklahoma City Thunder, ja byłem zachłyśnięty faktem, że wreszcie mój rodak – Marcin Gortat – odgrywa w NBA ważną rolę. Pracowałem wtedy w portalu Interia.pl w dziale sprzedaży reklamowej. Od zawsze jednak interesowałem się koszykówką i zawsze szukałem dla siebie miejsca związanego z nią. Wtedy spróbowałem swoich sił. Napisałem pierwszy tekst w życiu, była to relacja z meczu Suns – Thunder. Trafiła na stronę główną Interia.pl. Posmakowało dobrze.

Gdy okazało się po kilku godzinach, że do moich uwag bezpośrednio na twitterze odniósł się sam Marcin Gortat, złapałem bakcyla. Właśnie wtedy przesądził się mój los. Ograniczony możliwościami portalu, gdzie nie byłem członkiem redakcji sportowej, tylko kimś z boku dostarczającym teksty, stwierdziłem, że warto spróbować. Wtedy powstała pierwsza wersja ZkrainyNBA. Wersja stojąca na platformie blogowej Interii, która nie miała nic wspólnego z wyglądem koszykarskim, ale za to była pierwszym miejscem, o którym pomyślałem – tak to jest moje. Zajebiście.

Apetyt jednak rósł w miarę jedzenia. Nie wystarczało mi to, że mam swojego bloga. Chciałem czegoś więcej. Czegoś, co będzie wyglądało fajnie. Czegoś co zacznie się odróżniać od konkurencji. I tak narodził się pomysł kupienia własnej domeny, własnego serwera i postawienia tam serwisu. Tak narodziła się zkrainynba.pl. To tam złapałem zajawkę na całego. To tam oprócz mnie pojawili się pierwsi piszący. To tam poczułem, że mogę przenosić góry. Bo dla mnie zrobienie serwisu własnoręcznie, który w ciągu miesiąca odwiedzi tysiąc osób to było coś. I to się udało osiągnąć.

Problemem okazało się to, że należę do ludzi, którym zawsze jest mało. Nie chciałem na tym poprzestać. Kończyło się na tym, że w ciągu doby pracowałem pomiędzy 16, a 20 godzin. Dzień w dzień, tydzień w tydzień, miesiąc w miesiąc. Ale przecież to było oczywiste. W końcu koszykówka to była wtedy moja druga miłość, obok mojej żony. I w ten sposób doprowadziłem Z krainy NBA z pomocą wielu wspaniałych osób do poziomu, z którego byłem dumny. Mieliśmy świetny zespół, mieliśmy świetne treści i mieliśmy bardzo wiernych czytelników. Dzięki temu mogła powstać najbardziej kosztowna i najbardziej zajebista strona o koszykówce jaką znam w internecie. Powiecie, że jestem nieskromny, ale uwielbiałem wygląd starej ZkrainyNBA.com, zaprojektowanej przez mojego znajomego grafika, która moim zdaniem nie ma sobie równych pod względem estetycznym w polskim koszykarskim internecie.

W 2014 roku na świat przyszła moja córka. To ona zmieniła mój system wartości i przesunęła koszykówkę na dalszy plan. Gdy tylko udało mi się uporządkować na nowo życie, spróbowałem odnowić życie na stronie. Nie było jednak łatwo. Dawni redaktorzy dojrzeli, przeszli w nowe etapy swojego życia i nie mieli już czasu na pisanie razem ze mną. Ja sam nie miałem już do dyspozycji tak wiele czasu jak wcześniej. Przez to nie byłem w stanie prowadzić strony tak, jak chciałem.

Na szczęście jednak spotkałem na swojej drodze życiowej wiele wspaniałych osób. Osób, które w momencie gdy stwierdziłem – dojeżdżamy do końca sezonu i się zamykamy – nagle wyskoczyły z propozycją, że nie pozwolą umrzeć mojemu drugiemu dziecku. Antoni Malinowski, nowy właściciel Z krainy NBA to mój bardzo dobry znajomy, z którym poznałem się na długo przed rozpoczęciem pisania. Przez wiele lat wielokrotnie mnie męczył – zróbmy razem jakiś projekt związany z internetem. Nigdy nie dochodziło do realizacji – aż do teraz.

To on wyciągnął do mnie pomocną dłoń. A następnie zaufał w wyborze człowieka, który pociągnie stronę od warstwy redakcyjnej – niezawodny Tomek Kostrzewa. Człowiek, którego latami namawiałem, żeby dołączył do redakcji, ale nigdy nie udało się to na stałe.

Razem zapewniamy, że strona dalej będzie żyła i będzie lepsza niż kiedykolwiek. Ja nie odchodzę, co to, to nie. Jeszcze pomęczę was swoimi tekstami i swoją miłością do lat 90. Ale wreszcie nie jestem sam w codziennym, regularnym pisaniu. I z tego też powodu tak bardzo cieszę się, że mogę wam przedstawić nową odsłonę mojego dziecka i zaprosić was, żebyście usiedli głęboko w fotelu, otworzyli piwo, napili się kawy, herbaty, czy czegokolwiek innego i wspólnie z nami, zapaleńcami koszykówki ekscytowali się tym wspaniałym światem, który daje tak wiele radości.

Kopiuj link do schowka