Jak czarne i białe

13/07/2016
Bryant

Kobe Bryant przygotowywał nas w spektakularnym stylu. Zrobił to korzystając z wszelkich dobrodziejstw ligi. Nie miał zamiaru chować się w szatni zaraz po meczu, uśmiechał się szeroko chłonąc atmosferę pożegnania. Tim Duncan był ostatnią osobą w rotacji San Antonio Spurs, która chciałaby ściągnąć na siebie uwagę otoczenia, odbierając tym samym miejsce drużynie. Aż do drugiej rundy play-offów Spurs byli poważnym zagrożeniem dla mistrzów zachodu – Golden State Warriors. Poza tym w kontrakcie Timmyego nadal było przeszło 6 milionów dolarów za sezon 2015/2016. Trzymał wszystkich w niepewności.

Obaj zakończyli swoje kariery w dokładnie taki sposób, w jaki je prowadzili. Tim miał Gregga Popovicha, który samotnie wyszedł do dziennikarzy czekających w ośrodku treningowym Spurs. Kobe miał kamery i producentów, którzy z ostatniego sezonu w jego karierze mają stworzyć sztukę, jedno z dzieł nowego życia Bryanta. Mówimy o dwóch różnych podejściach do swojej kariery oraz o wyborach jakich dokonywali. Dlatego przedstawianie końca Duncana posługującym się hoolywodzkim tłem końca Bryanta jest nieprecyzyjne. Zamiast porównywać i mieć z tego satysfakcję, konieczne jest odseparowanie tych graczy, potraktowanie ich jak dwie nic nie łączące historie.

Ciekawe jest jednak kwestia wzorów Kobego Bryanta i Tima Duncana. W przypadku tego drugiego mówimy o nienagannej pracy, przenoszeniu teorii do praktyki i doskonaleniu wszystkich fundamentów, na jakie trenerzy zwracali mu uwagę. Kobe z kolei pracował niekonwencjonalnie, bo choć był gotów do poświęceń, skupiał się na warsztacie, którego odbiciem był człowiek z koszykarskiego Olimpu. Posiadał predyspozycję oraz determinację, by naśladować Michaela Jordana, dlatego do tak kluczowych fundamentals dodał solidny zastrzyk imitacji.

Dla młodzieży styl Bryanta był bardziej pociągający, choć nie gwarantował wartości stylu Duncana – lepiej skrojonego pod klasyczne podejście do rozwijania swojej gry. Mówimy, że Steph Curry niszczy młode pokolenia przez swoją koszykarską asburdalność, ale Bryant również mógł mieć bardzo niezdrowy wpływ na wielu graczy. Do tej pory widzę ludzi z koszluką nr 8. Ludzi proszących o piłkę tyłem do kosza, oddających rzuty do Boga po odchyleniu, z jednej nogi, przez ręce wyższych obrońców. Nie chcę generalizować, ale na stu dzieciaków, którym KB pomógł rozwinąć grę, przypada stu, którym mógł zaszkodzić.

Być jak Duncan to coś rzadkiego. Spytajcie kolegów, czy kiedykolwiek myśleli o tym, by grać w koszykówkę jak Tim Duncan. Prostota w podejściu do nauki gry zawodnika Spurs była rozbrajająco szczera. Wszystko robił z niespotykaną dbałością o szczegóły, niczego nie pozostawiał przypadkowi. Bynajmniej nie twierdzę, iż brakowało mu fantazji. Po prostu był pragmatykiem wybierającym najodpowiedniejsze rozwiązanie, minimalizując przy tym ryzyko i szansę niepowodzenia. Dostarczał zwycięstwa, gdy Kobe dostarczał show.

Chcę powiedzieć, że podążanie śladami zawodnika Spurs w koszykarskim wychowaniu gwarantowało bezpieczeństwo. Przede wszystkim w kontekście mentalnego przygotowania, mianowicie skupienia swojej uwagi na szczegółach przy pracy nad podstawami. Timmy pokazywał, jak masz trenować, by dać sobie szansę na grę w profesjonalną koszykówkę. Jego podejście było de facto bardziej europejskie niż amerykańskie, podobnie zresztą jest w przypadku Gregga Popovicha. Między innym z tego powodu ta dwójka tak dobrze się ze sobą dogadywała.

Ostatecznie Tim Duncan i Kobe Bryant kończą swoje kariery z 10 mistrzostwami, co oznacza, że ich drużyny wygrywały w co drugim sezonie. Jesteśmy świadkami zamknięcia drzwi dla pewnego pokolenia. Przez szparę będą przeciskać się jeszcze Dirk Nowitzki, Kevin Garnett, Vince Carter czy Paul Pierce.

Kopiuj link do schowka