Klucze i języczki Konferencji Wschodniej

17/10/2012

LeBron James /fot. Flickr

Kto zawiedzie, a kto wzbije się na wyżyny? Wyciągamy języczki u wagi i znajdujemy słowa klucze dla wszystkich drużyn NBA.

Przez kilka ostatnich sezonów czołówka konferencji wschodniej dorównała zachodniej i w zapomnienie odeszły czasy, kiedy mistrzostwo NBA przez
pięć lat z rzędu (1999-2003) zdobywały zespoły z zachodu. Także drużyny z klasy średniej wschodu wzmocniły się i walka o dobre miejsce na koniec sezonu znów przypominała wyścig chartów, a nie żółwi. Niestety, w sezonie 2012-13 należy się spodziewać regresu i powrotu mrocznych czasów, kiedy to w play-off na wschodzie zagra jedna, a może nawet dwie ekipy, które nie osiągną nawet dodatniego bilansu. Konferencja, w której grają aktualni mistrzowie ligi znów jest słaba jak komentarz “Wojtka” Michałowicza, tym łatwiej więc będzie czołowym jej ekipom zająć dobre miejsce w sezonie zasadniczym i bez większych kłopotów awansować do najmniej do drugiej rundy play-off. Jednak nawet w najsłabszych drużynach jest kilku zawodników, kórych grę ogląda się z przyjemnością, dlatego na słabszą z konferencji także arto zwrócić trochę uwagi. Jakich rozstrzygnięć można spodziewać się po ezonie regularnym?

Sponsor serwisu

Chris Bosh /fot. Flickr

1. Miami Heat

Obrońcy tytułu uzbroili się w nowe strzelby (Ray Allen i Rashar (no D) Lewis), co z jednej strony zapowiada pobicie kilku rekordów w rzutach za trzy, z drugiej jeszcze bardziej powinno ułatwić grę penetracyjną LeBronowi i Wadeowi. W dodatku ten pierwszy z liderów Heat straszy, że w tym roku jeszcze bardziej skoncentruje się na grze tyłem do kosza, co musi budzić strach u ich wszystkich przeciwników. W tak słabej konferencji, Miami nie powinno mieć problemu z zajęciem pierwszego miejsca w sezonie, a dla trenera Spoelstry może to być okazja do przetestowania nowych ustawień, które przyniosą efekt w play-off.

Słowo klucz: Wzrost

Heat zdobyli mistrzostwo, chociaż od połowy serii z Indianą grali bez prawdziwego centra i z Shanem Battierem jako silnym skrzydłowym. Przyniosło to co prawda dobre efekty, jednak taka taktyka w sezonie regularnym może być ryzykowna. Granie trzech meczów w tygodniu przeciwko wyższym i silniejszym rywalom, którzy w dodatku będą taktycznie przygotowani na wykorzystanie tej słabości Miami, może być mocno ryzykowane i skończyć się zmęczeniem materiału.

Języczek u wagi: Chris Bosh

Jako się rzekło, Heat nie mają centra i w tej roli występować ma ten właśnie bohater popularnej sagi.Mimo iż sam Bosh zapowiada, że nie boi się wyzwania i jako posiadacz włosów na klacie jest gotów stawić czoła największym siłaczom w lidze. Można mieć co do tego pewne wątpliwości. Jeśli jednak transformacja z finezyjnego skrzydłowego w podkoszowego troglodytę się powiedzie, Heat będą jeszcze groźniejsi niż przed rokiem.

Jeff Green /fot. Flickr

2. Boston Celtics

Trudno w tym momencie ocenić, czy Celtics mają szansę na walkę z Heat. Z pewnością jednak są mocniejsi niż w ostatnim sezonie, kiedy i tak doszli przecież do 7. meczu w finale konferencji. Trener Rivers ma do dyspozycji więcej porządnych zawodników i nie będzie już zmuszony do promowania Grega Stiemsmy, czy Ryana Hollinsa. Jeśli sezon zasadniczy ich za bardzo nie zmęczy, Bostończycy będą groźni w każdym meczu i każdej serii play-off.

Słowo klucz: Starość.

Choć najważniejszym zawodnikiem Celtics już od kilku sezonów jest Rajon Rondo, bez wsparcia Kevina Garnetta, Paula Pierce’a i Jasona Terry’ego niewiele będzie w stanie zdziałać. Weterani przetrwali poprzedni sezon w miarę zdrowi, a nawet gdy dopadły ich kontuzje, nie miały większego wpływu na ich grę (vide Pierce katujący 76ers na jednej nodze). Jednak zegara nie da się cofnąć, w tym roku wszyscy liderzy Bostonu będą o kolejny rok bliżsi końca kariery i można obawiać się zarówno o ich zdrowie, jak i formę.

Języczek u wagi: Jeff Green

Oszukany silny skrzydłowy, który przez cały poprzedni sezon leczył chore serce, może być brakującym elementem, którego Celtowie potrzebowali, by poważnie liczyć się w walce o tytuł. Jeśli będzie wchodził z ławki, powinien być jednym z faworytów do nagrody dla najlepszego rezerwowego ligi i wraz z Terrym zapewnić Bostonowi “efekt Jamesa Hardena”, czyli nakręcać tempo i zapewniać mnóstwo punktów grając przeciwko rezerwowym przeciwnika.

Brook Lopez /fot. Flickr

3. Brooklyn Nets

Nets w półtora roku dokonali tego, co ich nowym sąsiadom, Knicks, nie udało się przez lat piętnaście – zbudowali drużynę, która nie tylko na papierze, ale przede wszystkim na boisku powinna walczyć o czołowe miejsca w swojej konferencji zarówno w sezonie regularnym, jak i w play-off. Nie jest to jeszcze materiał na mistrzostwo, jednak zarówno mocna pierwsza piątka, jak i doskonale zbilansowana ławka rezerwowych, każą widzieć w Nets nową siłę konferencji wschodniej.

Kluczowe słowo: Zgranie

Koszykówka to nie piłka nożna i nawet wielkie zmiany w składzie nie oznaczają potrzeby poświecenia całego sezonu na zgranie. Jednak Deron Williams nigdy nie grał z tak dobrym rzucającym, jak Joe Johnson i dopasowanie się obwodowych graczy Brooklynu może chwilę zająć. Z kolei Brook Lopez stracił niemal cały ostatni sezon przez kontuzję, a Gerald Wallace po przyjściu z Portland zdążył w nowych barwach zagrać raptem 16 meczów. Dlatego dla Avery Johnsona najważniejsze będzie nauczenie sowich graczy współpracy i znalezienie systemu, w którym każdy z nich będzie mógł dać drużynie to, co ma najlepszego.

Języczek u wagi: Brook Lopez

W świecie ślepców jednooki jest królem, a w świecie, w którym Roy Hibbert gra w meczu gwiazd, nawet Brook Lopez może być uważany za wybitnego zawodnika. Center Nets wciąż nie umie, albo nie chce zbierać, jednak jego wzrost, siła i umiejętność gry tyłem do kosza powodują, że ze ścisłej czołówki wschodu to zespół z Brooklynu jest najmocniejszy na tej pozycji. A jeśli Lopez zacznie walczyć o zbiórki chociaż w połowie tak skutecznie jak Kevin Love, Nets mogą być potęgą.

Paul George /fot. Flickr

4. Indiana Pacers

Ekipa z najbardziej zakochanego w koszykówce stanu jest najlepszym dowodem na śmierć konferencji wschodniej. Drużyna bez prawdziwej gwiazdy (bo trudno za taką uznać centra ze średnimi 12/9, albo skrzydłowego rzucającego ze skutecznością 41 proc.), grająca niezłą obronę i przyzwoity atak, w oczach wielu obserwatorów wyrosła nawet na drugą siłę na wschodzie. Jednak tak szybko jak Pacers uwierzyli, że można nawet walczyć z Heat, tak szybko przekonają się, że z takim składem i takimi liderami można co najwyżej walczyć o rozstawienie w pierwszej rundzie play-off.

Słowo klucz: Lider

Wspomniany wcześniej Roy Hibbert wciąż jest młodym zawodnikiem, dlatego można oczekiwać, że posilony nowym, niemal tak absurdalnym jak ten Joe Johnsona kontraktem, pokaże, że jest w stanie udźwignąć rolę lidera niezłej drużyny. Jeśli nie on, to może Danny Granger powróci do roli, którą odgrywał kiedyś z lepszym niż w ubiegłym sezonie skutkiem. Pacers potrzebują kogoś, na kogo będą mogli liczyć w trudnych momentach, a jeśli chcą walczyć o duże cele, ten ktoś powinien grać na miarę regularnych występów w meczu gwiazd.

[reklama]

Języczek u wagi: Paul George

Jeśli ten dynamiczny rzucający obrońca zrobi taki postęp jak w poprzednim roku, Pacers mogą być dużo lepsi niż się to teraz zapowiada. George jest efektowny i całkiem efektywny (prawie 40 proc. w rzutach za trzy w ubiegłym roku), a do tego można przewidywać, że najlepsze dopiero przed nim. Kluczowa wydaje się w jego przypadku psychika, bo w ubiegłorocznych play-off, kiedy ciśnienie wzrosło, wydawał się być momentami zagubiony na boisku, a jego statystyki dość drastycznie się pogorszyły.

Raymond Felton /fot. Flickr

5. New York Knicks

Knicks marzą o mistrzostwie, tymczasem nie są już nawet najlepszą drużyną we własnym mieście. Odejście Jeremy’ego Lina będzie raczej ciosem dla ich kieszeni (nie zarobią na koszulkach, a chińska społeczność w Stanach przerzuci się na Rockets), niż sportowej formy. Postawienie w jego miejsce na dwóch starców (Jason Kidd i Pablo Prigioni) i jednego grubasa (Raymond Felton) może ich kosztować dużo w obydwu tych kategoriach. Biorąc przykład z Tysona Chandlera i pod wodzą Mikea Woodsona, Knicks zaczęli pod koniec ubiegłego sezonu grać całkiem przyzwoicie w obronie, jednak już w play-off zostali rozjechani łatwo przez Heat, a LeBron James robił z nimi co tylko sobie zamarzył. W tym roku można oczekiwać dalszej poprawy defensywy, jednak na wielkie cele, jakie przed drużyną stawiają kibice to wciąż za mało.

Słowo klucz: Egocentryzm

Carmelo Anthony sprawia wrażenie, jakby nie zdawał sobie sprawy, jak jego gra jeden na pięciu wpływa nie tylko na morale, ale przede wszystkim na postawę pozostałych zawodników Knicks. Najważniejszym zadaniem dla trenera Woodsona powinno być takie ustawienie gry nowojorczyków, by i wilk był syty (tzn. Carmelo mógł sobie porzucać) i owca cała (tzn. by koledzy Anthonyego brali udział w akcjach ofensywnych drużyny nie tylko biernie ale i czynnie).

Języczek u wagi: Raymond Felton

Rozgrywający Knicks niby trochę schudł po poprzednim sezonie, ale wciąż bliżej mu do Borisa Diaw niż do Russella Westbrooka. Wszyscy, którzy pamiętają jak dobrze szczupły wówczas Felton współpracowałz Amare Stoudamirem przy okazji swojego pierwszego pobytu w Nowym Jorku, liczą zapewne, że jego powrót sprawi, iż Knicks znów będą grać w ataku ładnie dla oka a zarazem skutecznie. Dlatego jego dobra forma zarówno fizyczna, jak i koszykarska, może być równie ważna dla przyszłości Knicks, co postawa Carmelo Anthony’ego.

Evan Turner /fot. Flickr

6. Philadelphia 76ers

Sixers za sprawą transferu Andrew Bynuma stali się drużyną-zagadką. Bardzo trudno przewidzieć jak wciąż młody center wkomponuje się w równie młodą ekipę z miasta braterskiej miłości i jaki będzie miał wpływ na jej wyniki. Trener Doug Collins nieźle radził sobie z prowadzeniem drużyny przypominającej Denver Nuggets, czyli grającej szybko i z mnóstwem zawodników, którzy mogą pełnić rożne role w zespole. Pytanie jak ustawi zespół, który bardziej przypomina Orlando Magic z lat 2005-2011, czyli taki, w którym wszystko kręci się wokół dominującego centra. Od tego czy mu się to uda, zależy czy Sixers będą walczyć o finał konferencji czy sam udział w play-off.

Słowo-klucz: Kolano

W euforii, jaka zapanowała w Philadelphii po przybyciu tam Andrew Bynuma, wszyscy związani z tym klubem zachowują się, jakby zapomnieli o poważnych kłopotach zdrowotnych, z jakimi center zmaga się od wielu lat. Kolejnepojawiające się informacje o zabiegach, jakim poddawane jest jego kolano, muszą wywoływać poważne obawy o stan tego stawu, a co za tym idzie, przyszłość całego klubu.

Języczek u wagi: Evan Turner

Drugi numer draftu 2010 wciąż nie rozwinął do końca skrzydeł, jednak poprawa w jego grze, którą można było zaobserwować w ostatnim sezonie, pozwala mieć nadzieję, że Sixers będą mieli przynajmniej szansę na zbilansowanie gry pod koszem z grą obwodową. Tak naprawdę jednak każdy, nawet najlepiej grający zawodnik będzie miał podobny wpływ na grę Sixers, jak wiceprezydent USA na politykę tego kraju, czyli mocno ograniczony.

Carlos Boozer /fot. Flickr

7. Chicago Bulls

Tak jak przyjście Andrew Bynuma może (choć raczej jeszcze nie w tym sezonie) wywindować Sixers na szczyty konferencji wschodniej, tak kontuzja Derricka Rose’a przekreśla szansę Chicago na cokolwiek więcej poza awansem do play-off i to z marnego miejsca. Kibice Bulls powinni ten sezon potraktować jako przejściowy i liczyć na to, że Rose poczeka z powrotem do momentu, w którym będzie całkiem zdrowy.

Słowo-klucz: Cierpliwość

Jeszcze w kwietniu Bulls wydawali się jednym z głównych faworytów do mistrzostwa i zarówno władze klubu, jak i jego kibice nie powinni o tym zapominać. Sprzedaż Luola Denga, bądź Joakima Noah (a takie plany się pojawiały) nie przyniosłaby raczej niczego dobrego. Poza Boozerem wszyscy kluczowi zawodnicy Chicago są relatywnie młodzi, dlatego, jeśli Rose wróci w pełni zdrowy, drużyna będzie miała jeszcze czas, by znów włączyć się do walki o najwyższe cele. Miarą siły sześciokrotnych mistrzów NBA jest to, że nawet bez swojego lidera powinni wejść do play-off i być tam groźni nawet dla najlepszych.

[reklama]

Języczek u wagi: Carlos Boozer

Od momentu, w którym były zawodnik Jazz podpisał kontrakt z Bulls, kibice i dziennikarze związani z tą drużyną wylewają na jego głowę wiadra pomyj niewiele mniejsze niż te, którymi raczono LeBrona Jamesa po jego odejściu z Cleveland. Co prawda ten Boozer nie gra w Chicago na miarę zawyżonych świetnymi sezonami w Utah oczekiwań, trudno jednak nie zauważyć, że jest wciąż bardzo dobrym, choć już nie tak skutecznym zawodnikiem. Teraz, gdy to na nim i na Dengu spoczywać będzie obowiązek zdobywania punktów, Boozer ma szansę przypomnieć wszystkim, że nadal należy do czołówki ligi na swojej pozycji.

Larry Drew /fot. Flickr

8. Atlanta Hawks

Władze Hawks dokonały niemożliwego – pozbyły się monstrualnego kontraktu Joe Johnsona. Już za to należy im się uznanie, jednak należy też docenić, że mimo utraty absurdalnie przepłaconego, ale jednak lidera, drużyna z Atlanty nie stoczy się w tym sezonie na dno, a już w przyszłym dzięki wyczyszczonemu salary cap, może nawet stać się poważną siła na wschodzie. Póki co, wciąż będzie przedstawicielem wschodniej klasy średniej, tyle że teraz niższej, a nie wyższej. Na play-off powinno to jednak wystarczyć.

Słowo-klucz: Docenienie

Josh Smith i Al Horford byli kluczowymi graczami jeszcze podczas gry z Johnsonem, a teraz, gdy go zabraknie, to od niskiego skrzydłowego grającego jako silny i silnego grającego jako center zależeć będzie najwięcej. Ten pierwszy od zawsze czuł się niedoceniany. Jego zdaniem to z winy klubu, który nie dość mocno go promował, wciąż nie zagrał w meczu gwiazd. Dla przyszłości Hawks, Smith jest kluczowy, czy to jako nowy lider zespołu, czy jako łakomy dla innych drużyn cel transferowy. Dlatego władze klubu powinny na niego chuchać i dmuchać, bo za głośno wyrażającego swoje niezadowolenie Smitha zbyt dużo uzyskać się nie da.

Języczek u wagi: Larry Drew

W przypadku drużyn takich jak Hawks, których potencjał trudno jest ocenić, kluczową rolę odgrywa trener. To, czy zawodnicy będą chcieli za niego umierać, może być decydujące o ewentualnym sukcesie, czyli w tym przypadku awansie do play-off. Dotychczas gra Atlanty w dużej mierze polegała na izolowaniu Joe Johnsona do gry jeden na jeden, teraz będzie musiało się to zmienić i już głowa Drew w tym, by się to udało.

Nene /fot. Flickr

9. Washington Wizards

Spośród słabszych drużyn ze wschodu, Wizards są ostatnią, która nie jest totalnym słabeuszem. Mają niezły zespół z młodym liderem Johnem Wallem, pozbyli się sprawiających najróżniejsze kłopoty JaVale McGee i Andraya Blatche, a w przerwie między sezonami wymienili kontrakt Rashar(no D) Lewisa na solidnych Trevora Arizę i Emekę Okafora. Wydają się mieć niemal wszystko, żeby liczyć się w walce o play-off i pewnie stoczą o nie zacięty bój z Atlantą, jednak mniejsze doświadczenie i trener, który niczego nie osiągnął każą wątpić w ich końcowy sukces.

Słowo-klucz: Przeciętność

Wizards nie będą na pewno najgorszą drużyną w lidze ani w konferencji, ale nie zagrają też raczej w Play-offach, a poza Johnem Wallem nie mają też zawodników, których kibice chcą oglądać niezależnie od wyników.

Języczek u wagi: Nene

Wizards mogą osiągnąć więcej niż 9. miejsce w konferencji, ale aby było to możliwe, brazylijski center musiałby być w pełni formy i grać tak, jak w najlepszych czasach w Nuggets. Tymczasem po przyjściu do stolicy Nene głównie walczył z kontuzjami i zagrał jedynie w 11 meczach. W dobrej dyspozycji Brazylijczyk może nawet zagrać w meczu gwiazd i wraz z Wallem poprowadzić Wizards do ziemi obiecanej, co w ich przypadku oznacza udział w pierwszej rundzie play-off.

Kyrie Irving /fot. Flickr

10.Cleveland Cavaliers

Cavaliers to pierwsza z drużyn konferencji wschodniej, której kibice spędzą większą część sezonu wyrywając sobie włosy z głowy i pytając – Dlaczego?!Niby mają w Cleveland niezłego rozgrywającego w postaci Kyrie Irvinga, niby mają całkiem niezłego podkoszowego – Andersona Varejao, niby trener Byron Scott potrafił dojść do 7. meczu w drugiej rundzie play-off z niewiele lepszą niż Cavaliers drużyną Hornets. To jednak wciąż za mało, by osiągnąć jakikolwiek sukces, nawet na wschodzie.

Słowo-klucz: Czyściec

Jeśli pierwszy sezon po odejściu LeBrona był dla zawodników i kibiców Cavs piekłem, drugi czyśćcem, to ten powinien być już niebem. Niestety, w życiu nie jest tak dobrze jak w bajkach, więc w Cleveland wciąż będą cierpieć i trochę tęsknić za czasami, w których uchodzili za faworytów całej ligi, a ich mecze były regularnie transmitowane w głównych programach telewizyjnych w Stanach Zjednoczonych.

[reklama]

Języczek u wagi: Kyrie Irving

Dzięki efektownej grze i rewelacyjnej reklamówce, Kyrie Irving już teraz jest jednym z najpopularniejszych zawodników w lidze, jednak aby Cavs mogli liczyć na przyszłość zbliżoną przynajmniej do słodkich czasów z LeBronem, ich lider musi wejść na półkę, na której teraz znajdują się tacy gracze, jak Rajon Rondo, czy Russell Westbrook. Oczywiście, Irving ma jeszcze czas, by dorównać niewiele starszym od niego rywalom, jednak kibicom w Cleveland cierpliwość może się skończyć bardzo szybko.

Brandon Jennings /fot. Flickr

11.Milwaukee Bucks

Drużyna, w której razem grają Brandon Jennings i Monta Ellis, może być jedną z najefektowniejszych w lidze, ale bardziej prawdopodobne jest, że bardzo szybko okaże się najbardziej dysfunkcyjną. Obydwaj liderzy lubią sobie pokozłować, rzucić z nieprzygotowanej pozycji, a przy tym żaden z nich nie przemęcza się w obronie i raczej nie ma pozytywnego wpływu na grę kolegów. Do tego Ersan Ilyasova, który po podpisaniu nowego kontraktu może pójść w ślady swojego rodaka, Hedo Turkoglu, czyli przytyć, przestać się starać i sprawić, by Scott Skiles stracił resztkę włosów z głowy. W piwnej stolicy USA może być wesoło, ale sukcesów nie należy się spodziewać.

Słowo-klucz: Rzucam!

Jennings i Ellis kochają rzucać,a skoro grają w zespole, w którym poza nimi samymi nie ma żadnych gwiazd, trudno będzie im znaleźć powód, by nie oddawać rzutu w każdej akcji. Ostrzeliwanie kosza przez tak nieskutecznych zawodników (Ellis 43% z gry w ostatnim sezonie, Jennings 41%) nie przyniesie niczego dobrego i nikt się raczej nie zdziwi, jeśli przed końcem okresu transferowego co najmniej jeden z nich nie zostanie sprzedany.

Języczek u wagi: Brandon Jennings

Z dwóch postrzelonych, choć bardzo utalentowanych obwodowych zawodników z Milwaukee, to na Jenningsie lepiej oprzeć przyszłość, chociażby z tego powodu, że jest on od Ellisa o cztery lata młodszy i można wierzyć, że uda się go w końcu okiełznać i sprawić, że jego gra zacznie przynosić lepsze efekty dla drużyny. Ten sezon jest dla młodego rozgrywającego tzw. contract year iw tym można upatrywać nadziei na poprawę w jego grze.

Greg Monroe /fot. Flickr

12.Detroit Pistons

Najlepszym podsumowaniem obecnego stanu Pistons, jest fakt, że ich najważniejszym ruchem w przerwie między sezonami, była wymiana jednego przepłaconego średniaka, Bena Gordona, na drugiego, Corey’a Maggette.

Słowo-klucz: Marność

O ile Wizards są drużyną przeciętną, o tyle dla Pistons takie określenie byłoby komplementem. Ich GM Joe Dumars popełnił mnóstwo błędów. Poza wyborem Grega Monroe nie umiał wykorzystać niezłych numerów w drafcie i przepłacił przeciętniaków, w efekcie czego trudno oczekiwać, że drużyna, która osiem lat temu była mistrzem NBA i przez pięć lat z rzędu grała w finałach konferencji, teraz będzie walczyć o to, by nie zająć ostatniego miejsca w lidze.

Języczek u wagi: Greg Monroe

Młody center, który zrobił ogromny postęp w poprzednim sezonie jest nie tylko najcenniejszym zawodnikiem w drużynie, ale także jej jedyną nadzieją na przyszłość. Jednak nawet jeśli Monroe rozegra sezon na miarę występu w meczu gwiazd, w tak marnej drużynie to wciąż za mało, by ta mogła o cokolwiek powalczyć.

Kyle Lowry /fot. Flickr

13.Toronto Raptors

Bla, bla, bla, Kyle Lowry, bla, bla, bla, młodość i doświadczenie, bla, bla, bla, potencjał, bla, bla, bla, Bargnani przytyrał .

Słowo-klucz: Nadzieja

O ile w poprzednich latach jeszcze przed startem sezonu kibice z Kanady byli pogodzeni z losem, czyli z tym, że ich drużyna nie ma szans na cokolwiek, o tyle teraz z powodów wspomnianych wyżej, mogą oczekiwać, że wreszcie coś się w tej materii zmieni. Jednak w tym przypadku z dwóch powiedzeń o nadziei, bardziej pasuje tu to mówiące o tym, że jest ona matką głupich. Bargnani i Lowry For The Win? Hmmm

[reklama]

Języczek u wagi: Z braku laku, jednak Kyle Lowry

Jest dość młody, zagrał niezły sezon w Houston, daje pewną nadzieję na poprawę. Jeśli nadzieją dla jakiejś drużyny ma być nadejście Kyle’a Lowry’ego, to wiadomo, że nic dobrego z tego wyniknąć nie może.

Michael Kidd-Gilchrist /fot. Flickr

14.Charlotte Bobcats

Bobcats mają szansę w tym roku nie być najgorszą drużyną w lidze, jednak nie będzie to ich zasługa, tylko Roba Hennigana, nowego GM Magic. Pozbywając się Dwighta Howarda i zostawiając w Orlando same żywe zwłoki, sprawił on, że Charlotte, mimo braku jakichkolwiek (poza pozyskaniem Bena Gordona, bogactwooo!!!) zmian w składzie, poprawią się w porównaniu z zeszłym rokiem. Wciąż są jednak drużyną żenująco słabą, w której poza Kembą Walkerem i Michaelem Kiddem-Gilchristem, nie ma absolutnie niczego ciekawego.

Słowo-klucz: Przyszłość

W przeciwieństwie chociażby do wspomnianych Magic lub Pistons, Bobcats mogą mieć nadzieję na przyszłość, gdyż mają w składzie kilku młodych graczy, którzy z czasem mogą im zapewnić pewne sukcesy. To jednak wciąż melodia przyszłości, w tym momencie żaden z nich (Kidd-Gilchrist, Walker, Bismack Biyombo) nie jest w stanie wnieść się na poziom konieczny, by stać się nawet nie poważną, ale jakąkolwiek siłą w NBA.

Języczek u wagi: Michael Kidd-Gilchrist

Ten debiutant, który już w czasach szkoły średniej zapowiadał się na mega gwiazdę przyszłości, ma potencjał, by być pierwszym wielkim graczem w historii drużyny z Północnej Karoliny. W tym roku powalczy pewnie o tytuł debiutanta roku z Anthonym Davisem, a biednym kibicom zarządzanej w chory sposób przez Michaela Jordana drużyny, da przynajmniej kilka wieczorów, w których zapomną, że ich drużyna jest pośmiewiskiem.

Jacque Vaughn /fot. Flickr

15.Orlando Magic

Krajobraz, który po odejściu zostawił w Orlando Dwight Howard, nie jest przyjemnym widokiem. Zespół, który jeszcze dwa lata temu walczył o mistrzostwo, teraz będzie ścigać się z Philadelphią Sixers z sezonu 1972-73, by nie zostać drużyną z najgorszym bilansem w sezonie regularnym mającym 82 mecze. Będzie to walka, w której Magic nie będą mieli zbyt wiele argumentów. Dość powiedzieć, że za największą gwiazd tegorocznych Magic, można uznać sympatycznego grubaska, który był rezerwowym w Bostonie, Glena Davisa.

Słowo-klucz: Apokalipsa

Z takim upadkiem, jaki jest udziałem Orlando, nie mieli do czynienia nawet w Cleveland po odejściu LeBrona Jamesa, bo tam zostało jednak kilku w miarę przyzwoitych zawodników. W dodatku Cavs poszczęściło się w drafcie, w którym już rok po utracie Jamesa wybierali z numerem jeden. Magic mogą nie mieć tyle szczęścia, tym bardziej, że już dawno nie zdarzyło się, by najgorsza po sezonie regularnym drużyna, wygrała loterię draftową. Powrót do normalności zajmie Magic dłużej, niż po odejściu od nich Shaquillea O’Neala.

Języczek u wagi: Jacque Vaughn

Trener debiutant, Jacque Vaughn, który jako zawodnik podpatrywał warsztat Gregga Popovicha, stracić może niewiele, bo każdy rozsądny człowiek zdaje sobie sprawę, że z tej drużyny nawet sam Pop nic by nie sklecił. Przy tak niskich oczekiwaniach, jakikolwiek pozytyw w grze Orlando będzie uznany za ogromny sukces.

Tomasz Bielan

Kopiuj link do schowka