Kłopoty w krainie Króla

16/03/2014
Miami

fot. Flickr

Pięć porażek w ostatnich sześciu spotkaniach to seria, która ekipie z Miami przytrafiła się dopiero po raz pierwszy od sezonu 2010/11, w którym Heat nie zdobyli jeszcze mistrzowskiego pierścienia. Czy jest to zatem dobry moment, aby wcisnąć wielki, czerwony przycisk z napisem “panika”? Na pewno nie. Warto jednak zwrócić uwagę na kilka elementów, które możemy ostatnio zaobserwować, a które mogą utrzeć nosa Miami w zbliżających się play-offach.

Główym problemem Heat, którzy w ciągu ostatnich 12 dni przegrali tyle samo spotkań, co w ostatnich 48 (!) meczach sezonu 2012/13 jest wyraźny dołek LeBrona Jamesa. Lider zespołu z Florydy przegrywa właśnie walkę z Kevinem Durantem o swój piąty tytuł MVP (patrz: tabela niżej) i sam nie zna jeszcze chyba odpowiedzi na pytanie “dlaczego?”.

Sponsor serwisu

W ostatnich sześciu spotkaniach LeBron nie wygląda jak najlepszy koszykarz na naszej planecie. Problemy ze skutecznością i kontrolowaniem tempa gry niepokoją fanów z Miami, nawet, gdy obniżka formy u Jamesa oznacza notowanie średnio po 20 punktów, 6 zbiórek i 7 asyst na mecz. 99% zawodników tej ligi chciałoby złapać taką “zadyszkę”. LeBronowi przeszkadzała maska, jakiś czas temu dostało się rękawkom (w piżamowych starciach LBJ jest w tym roku 0/14 z dystansu), a ostatnio problemem okazało się… zdrowie Dwyane’a Wade’a:

O złej baletnicy w przypadku bestii takiej jak LeBron nie wypada raczej mówić, ale rzeczywiście, liczba wymówek, którą Król próbuje się ostatnio tłumaczyć jest po pierwsze męcząca, a po drugie zupełnie niepotrzebna. Czy tego chcecie, czy nie – dwukrotny MVP Finałów, który w ostatnich pięciu porażkach Heat zaliczał średnio po 3 (słownie: trzy) punkty w czwartych kwartach, obudzi się, gdy przyjdzie na to pora. W play-offach Król znowu odbierze to, co królewskie. Mogę się z wami o to założyć (Fani Knicks, czekam na butelkę!). Znacznie większe kłopoty z dobrą grą może mieć za to jego świta.

O ile większych pretensji nie powinno się mieć do Dwyane’a Wade’a i Chrisa Bosha, którzy na przestrzeni ostatniego tygodnia prezentują się bardzo przyzwoicie, tak pozostali gracze w rotacji Erika Spoelstry wyglądają jak Charles Barkley i spółka po inwazji animowanych kosmitów. Od czasu przerwy związanej z All-Star Game, rezerwowi Heat są dopiero na 26. miejscu w lidze jeśli chodzi o liczbę zdobywanych punktów (27.6/mecz), 24. miejscu pod względem zbiórek(13.8) i 28. miejscu pod względem rozdanych asyst (4.5/mecz).

Zawodzi między innymi Ray Allen (czwartą kwartę z Nuggets potraktujmy jako wyjątek potwierdzający regułę), który rozgrywa swój najgorszy sezon na dystansie od 13 lat, a lepszą skutecznością za trzy niż on (37.2%) może pochwalić się chociażby Chris Bosh (37.6%). Michael Beasley(6.3 pkt/mecz od 1.02) po dobrym początku nie jest już zawodnikiem, który wydaje się być lepszą opcją od Danny’ego Grangera i Carona Butlera. Nie przekonuje także Norris Cole, od którego Erik Spoelstra i wszyscy fani Heat powinni wymagać więcej niż 30% skuteczności z dystansu i ledwie 1.7 asyst na mecz od początku lutego. Gdy dodamy do tego problemy Shane’a Battiera (18% za trzy w ostatnich sześciu meczach) i duchową nieobecność graczy pokroju Grega Odena, Toneya Douglada,Rasharda Lewisa oraz Udonisa Haslema, otrzymamy odpowiedź na pytanie: “Dlaczego Heat zawodzą?”. Poza Wielką Trójką ich gry nie ciągnie tak naprawdę nikt.

Warto zwrócić przy tej okazji uwagę na zawodnika, którego Heat lekką ręką zwolnili w ostatnie wakacje. Mike Miller miał się posypać, zakończyć swoją karierę, a tymczasem przeżywa w Memphis drugą młodość (no joke), będąc jedynymzawodnikiem Grizzlies, który wystąpił w tym sezonie w ich wszystkich spotkaniach. 34-letni weteran po przerwie związanej z All-Star Game notuje średnio niespełna 10 punktów na mecz, przy 57%(!) skuteczności z dystansu. Czy amnestia była rzeczywiście dobrym rozwiązaniem?

Mimo kryzysu, Heat nie przegrali jeszcze walki o pierwsze miejsce w swojej konferencji i przewagę własnego parkietu w ewentualnym pojedynku z Indianą Pacers. Przyznam, że po raz pierwszy, mówiąc o Finale Wschodu używam słowa “ewentualnym“. Oczywiście starcie między Heat i Pacers wciąż wydaje się najbardziej prawdopodobnym scenariuszem, jednak ostatnie mecze drużyny Erika Spoelstry z Chicago Bulls oraz Brooklyn Nets pokazały, że play-offy na Wschodzie wcale nie muszą być tak nudne i oczywiste, jak nam się to początkowo wydawało. Tym bardziej, że ze swojego mini-kryzysu nie wyszli jeszcze podopieczni Franka Vogela, którzy wczoraj przez 53 minuty męczyli się w Palace of Auburn Hills.

Niektórym do głowy przyszła nawet myśl, że Heat mogą specjalnie unikać pierwszego miejsca na wschodzie, które może równać się match-upem z Chicago Bulls w półfinale konferencji. Byki wydają się być najtrudniejszym przeciwnikiem dla LeBrona Jamesa i spółki, choć w zeszłorocznych play-offach ekipa z Florydy poradziła sobie z nimi bez większych problemów. Gdy do wyboru jest jednak pojedynek z niedoświadczonymi w postseason Toronto Raptors, coś rzeczywiście może być na rzeczy…

Kopiuj link do schowka