Kevin Durant zamiast Harrisona Barnesa

01/06/2017

Rok temu Harrison Barnes rozpoczynał swoją ostatnią serię play-offów z Golden State Warriors. Kto wie, jak potoczyłyby się losy zawodnika, gdyby ekipa z Oakland wygrała wówczas finały z Cleveland Cavaliers. Wielu przypuszcza, że Kevin Durant nie miałby odwagi dołączyć do drużyny, która zdobyła dwa mistrzostwa z rzędu. To najprawdopodobniej oznaczałoby utrzymanie trzonu przez generalnego menadżera – Boba Myersa.

Gdyby jednak, gdyby tak, gdyby inaczej – to nie ma znaczenia. Warriors przegrali, dostali solidną lekcję i w tym roku wracają. Wracają mając w rotacji ilość talentu, jakie liga w swojej historii jeszcze nie widziała. Trzeba jednak pochwalić Steve’a Kerra za wykonaną pracę. Znalazł dla swoich gwiazd rozwiązania, dzięki którym wszyscy odnaleźli swoje miejsce. Kevin Durant nie może się wręcz nachwalić kultury, jaką zastał w Bay Area. Tymczasem Harrison Barnes jest po swoim pierwszym sezonie z nową drużyną.

Wychowanek North Caroliny ma jeszcze wiele do potwierdzenia. Rozpoczynał tę przygodę jako kluczowa postać rotacji. To wokół niego miał się obracać ofensywny system zespołu z Teksasu. Mavs mieli Barnesowi zapewnić szansę na rozwinięcie skrzydeł. Podczas gry dla Warriors Harrison musiał pogodzić się z faktem, że jest trzecią, a czasami nawet czwartą ofensywną opcją. Jego potencjał i jego ambicje pozostawały jednak niezaspokojone. Wybrał nowy klub, bo wiedział, że to może być dla niego szansa na karierę.

Rick Carlisle zaprosił Barnesa do gry w izolacjach. Potem zawodnik zaczął więcej kozłować gając w pick-and-rollach zarówno jako finisher i jako podający. Miał lepsze i gorsze momenty, ale w ostatecznym rozrachunku wypadł całkiem nieźle. Średnio notował na swoje konto 19,2 punktu, 5 zbiórek, 1,5 asysty, 46,8 FG% oraz 35,1 3PT%.

Warriors wiedzieli, że tracąc Barnesa tracą znakomitego defensora i pracusia, który robi wszystko z myślą o drużynie. Niemniej pozyskanie Duranta gwarantowało im wejście na zupełnie nowy poziom, zwłaszcza pod kątem jakości. Zresztą Kevin bardzo szybko to potwierdził. Steve Kerr przygotował dla niego miejsce i dał mu dużo swobody w podejmowaniu decyzji. Zawodnik zdawał sobie jednak sprawę z tego, że w rotacji ekipy z Oakland jest tyle talentu, iż każdy zasługuje na swoje miejsce w systemie, dlatego podczas całego procesu był bardzo pokorny.

Myślę, że m.in. dzięki tej pokorze Wojownicy osiągnęli taki poziom. Barnes w ostatnich trzech meczach finałów 2016 trafił 5 z 38 rzutów z gry. Po atakowanej stronie był wręcz uduszony. Zazwyczaj, gdy nie odnosisz sukcesów w ataku, automatycznie przekłada się to na gorsza postawę w obronie. To na pewno nie była dobra promocja talentu zawodnika przed letnią wolną agenturą. Ciekawostką jest fakt, że ktoś spytał Kevina, czy w trakcie play-offów wykona dla Warriors lepszą pracę niż Barnes rok temu…

Harrison nie był wówczas gotowy. Również z tego powodu Warriors robili co w ich mocy, by Durant latem 2016 podjął decyzję o przeniesieniu swojego talentu do Bay Area. Chcieli mieć pewność, że gdy ponownie przyjdzie im walczyć na największej scenie, będę mieli wystarczająco dużo argumentów. Poza tym zdawali sobie sprawę z tego, że Cavaliers nie osiądą na laurach i również dobrze się do kolejnego rewanżu przygotują.

Warriors nie musieliby być faworytem tych finałów, gdyby w rotacji zamiast Duranta znajdował się teraz Barnes. To jedna z kwestii, które różnią oba te wydarzenia. KD w trakcie play-offów odpoczywał dwukrotnie z powodu drobnych problemów. W 10 meczach notował na swoje konto 25,2 punktu, 7,8 zbiórki, 3,7 asysty i 1,2 bloku trafiając znakomite 55,6 FG% oraz 41,7 3PT%. Drugi raz w karierze zawodnik powalczy o mistrzostwo NBA. Za pierwszym razem jego drużyna została zmieciona przez Miami Heat LeBrona Jamesa. Jednak tym razem KD jest częścią jednej z najlepszych piątek w historii koszykówki.

Kopiuj link do schowka