Kevin Durant jest wreszcie pierwszy

13/06/2017
kevin durant

LeBron James wie doskonale co czuje teraz Kevin Durant i wie też, co będzie czuł za parę lat – nieważne co mówią hejterzy, nikt i nic nie odbierze KD tego mistrzostwa, tej radości i tego poczucia spełnienia.

Kevin Durant postawił wszystko na jedną kartę i to co widzieliśmy po piątym meczu Finałów NBA 2017, to był on, zachłannie pochylający się i szeroko rozłożonymi ramionami zgarniający całą pulę. Pierwsze mistrzostwo we wspaniałej, dziesięcioletniej karierze cieszy tak samo, niezależnie od tego, czy jest się wówczas zawodnikiem drużyny, która wybrała cię w drafcie, czy członkiem superdrużyny, która i bez ciebie wznosiłaby dziś pewnie trofeum Larry’ego O’Briena(?).

Nie mogę powiedzieć, że krytyka ruchu, który latem 2016 roku wykonał KD nie był uzasadniona, ale tylko z punktu widzenia rozgoryczonego zachwianiem układu sił kibica. Jasne – dołączenie do drużyny, która wygrała 73 spotkania w sezonie regularnym to zdecydowanie najprostszy przepis na mistrzowski sezon, ale to była najzwyklejsza w świecie decyzja zawodowa – umotywowana szansą na rozwój sportowy, zamiast lojalnością, czy względami finansowymi.

Nawet największy krytyk Duranta nie powie, że Kevin nie wywalczył tego tytułu na parkiecie. Bez najmniejszego zająknięcia przejął rolę lidera Warriors, czego ukoronowaniem była nagroda dla MVP Finałów, w których zdobywanie 30 punktów w meczu przychodziło mu tak łatwo, jak dilerowi opychanie ecstasy na imprezie rave’owej. Dziś stawiamy przy tym tytule asterysk, „bo nie potrafił sam, musiał dołączyć do największego rywala, trochę siara”, ale czy za kilka lat wciąż będziemy mu to wypominać, gdy układając listę najlepszych zawodników w historii NBA dopiszemy do jego nazwiska liczbę tytułów wywalczonych z Warriors (bo nie wygląda jakby na jednym się miało skończyć)? Nie – wtedy będzie to tylko potwierdzenie, że Kevin Durant należy do grona najbardziej spełnionych graczy. Pierścień nie czyni mistrzem, ale też nie istnieje taka wersja rzeczywistości, w której czyni cię przegranym. Jakąkolwiek niepochlebną narrację wymyślicie do tej sytuacji, to koszykarska spuścizna Kevina Duranta właśnie dostała upgrade.

Najlepiej wie o tym LeBron James, pionier kontrowersyjnych decyzji kadrowych podejmowanych w celu zmaksymalizowania szans na zdobycie mistrzostwa NBA. Po przegranych finałach miał o wyczynie Kevina Duranta do powiedzenia to:

Zdobycie pierwszego mistrzostwa było dla mnie jak narodziny pierwszego syna. To był po prostu moment bezkresnej dumy, coś, czego nigdy, przenigdy się nie zapomina. Od tego momentu przestaje być ważne to, co ktoś będzie mówił o twojej karierze – co by to nie było, nikt nigdy nie zabierze ci tego, że jesteś mistrzem. To coś, co już na zawsze będzie wspominane podczas rozmów o tobie. To może być ostatnia rzecz, jaką będą mówić na twój temat, ale zawsze będą musieli dodać, że jesteś mistrzem.

Nie wiem czy pamiętacie słynny wywiad z KD w Sports Illustrated z 2013 roku. Ówczesny gracz Thunder powiedział wówczas coś niesamowicie znamiennego, co pomaga zrozumieć decyzje podjęte przez niego przez ostatni rok:

Całe życie byłem drugi. Byłem drugim najlepszym graczem w szkole średniej. Byłem drugim pickiem w drafcie. Trzykrotnie byłem drugi w głosowaniu na MVP. Byłem drugi w Finałach. Mam dość bycia drugim. To mnie nie zadowoli. Mam dość.

Kevinowi Durantowi należą się brawa za to, że znalazł w sobie odwagę, aby wreszcie wyrzucić na śmietnik tę narrację. Gdyby nie chciał nikogo zdenerwować, zostałby w Oklahomie i powyższe słowa zdefiniowałyby całą jego karierę. Kevin Durant dotrzymał jednak danego wówczas słowa – powiedział „dość”, nie zadowolił się niczym innym niż absolutny koszykarski szczyt i wreszcie jest pierwszy.

Kopiuj link do schowka