Historia pewnego SMS-a

13/06/2017
Draymond Green

19 czerwca 2016 roku. Cleveland Cavaliers właśnie wygrali mecz numer 7 na parkiecie w Oakland. Draymond Green jako jedyny w szatni gospodarzy jeszcze się nie przebrał i nie spieszy się do wyjścia. Siedzi wciąż w stroju zespołu i bawi się telefonem. Ponoć to był ten moment, który sprawił, że Warriors zdobyli Kevina Duranta.

Jest to historia, którą przynoszę wam od Lee Jenkinsa ze Sports Illustrated. Historię, którą negował Kevin Durant, ale pytanie czy negował bo musiał? W końcu tego typu nakłanianie do przenosin jest zabronione, więc nie chciał dostać kary. Jak to zatem było? Co takiego robił Green bawiąc się telefonem?

Mógł sobie planować wakacje, mógł przeglądać twittera, mógł grać w węża nawet. Ale myślał wtedy Co sprawi, że będziemy jeszcze lepsi, że będziemy niesamowicie mocni? I nie tylko na rok. Coś, co nam pomoże na wiele lat? Pytanie nie powinno być co, tylko kto. Green wiedział, że Warriors potrzebują zawodnika, który zdejmie nieco presji z Curry’ego, żeby nie musiał zawsze ratować drużyny rzutami z daleka, a także takiego, który nałoży więcej presji na LeBrona Jamesa, który nie będzie musiał się chować w obronie na Harrisonie Barnesie. Był tylko jeden taki zawodnik, który akurat tego lata miał zostać wolnym agentem.

I tak siedząc w szatni, niecałą godzinę po największej porażce w karierze Green wystukał numer Duranta i wysłał jednego, a potem kolejne SMS-y:

– Widzę, czego nam brakuje.
– Potrzebujemy Cię. Spraw, żeby to było możliwe.

Green miał ponoć namawiać Duranta od miesięcy, ale ten moment był największym argumentem, podniesionym w najbardziej dramatycznym momencie. To pokazało, że Green nie robi tego na pokaz w kierunku zawodnika Thunder. On i jego Warriors naprawdę tego potrzebowali. Pomimo tego, że w sezonie zasadniczym zrobili wynik 73-9 i w finale prowadzili 3-1. Potrzebowali go, żeby zmniejszyć margines możliwego błędu.

Green wpatrywał się w swój telefon i czekał na odpowiedź. Nie przychodziła. W tym momencie Oklahoma City Thunder byli wciąż faworytami numer 1 do zatrzymania Kevina Duranta. Jeden z członków kierownictwa Thunder utrzymywał ze skrzydłowym kontakt przez cały czerwiec i był bardzo optymistycznie nastawiony do przedłużenia kontraktu. Ale jak sam powiedział Jenkinsowi: W dniu gdy Warriors przegrali finał, wszystko się zmieniło. Rozmowy telefoniczne, SMS-y, zaczęliśmy się od siebie oddalać. Wreszcie do Greena przyszła odpowiedź:

– Jestem gotowy. Zróbmy to.

Dalszą część tej historii już znacie. Durant zdecydował się odejść, został wrogiem numer 1 w Oklahoma City, a także w wielu innych miejscach na ziemi, nie kibicujących Warriors. Po kilku miesiącach dostał to, czego chciał. Przestał być numerem dwa i został numerem jeden. Wygrał finały, został w nich niekwestionowanym MVP i ma to czego chciał. A do wszystkiego przyczynił się jeden mały SMS. Historia jak z Hollywood. Ale w końcu Oakland to też Kalifornia.

Kopiuj link do schowka