Gordon Hayward wypada – ale co dalej?

19/10/2017
Boston Celtics Gordon Hayward kontuzja injury Credit AP Photo (KTRK)

Gordon Hayward i jego makabryczna kontuzja bardzo mocno utemperowali entuzjazm kibiców Celtics. Pytanie jednak, czy fani Bostonu powinni zachować jakikolwiek optymizm, czy może ten wypadek niweczy jakiekolwiek plany zespołu?

W naszym redakcyjnym Power Rankingu Boston Celtics zajęli wysoką, trzecią lokatę – drugą w konferencji wschodniej. Po kontuzji Gordona Haywarda pewne jest jedno – podopieczni Brada Stevensa nie stanowią już takiej siły, jaką zakładaliśmy że będą stanowić. Jest to sprawa o tyle bezapelacyjna i zamknięta, że powrót byłej gwiazdy Utah Jazz na parkiet jeszcze w tym sezonie się nie wydarzy.

Jak więc realnie zmieniła się siła rażenia Bostonu? Najprostsze spostrzeżenie jest bardzo bolesne – Celtics stracili zawodnika formatu All-Star (nie tylko na wschodzie). To bardzo duże osłabienie. Na szczęście dla zespołu, Hayward nie miał w założeniu stanowić pierwszej, najważniejszej opcji. Można powiedzieć, że zamysłem sprowadzenia Haywarda było uczynienie zeń opcji 1b, albo po prostu drugiej opcji za Kyrie Irvingiem. Było to tylko zamysłem, bo jak wygląda w grze nie było nam dane zobaczyć na rozsądnej próbce minut.

Określając jednak Haywarda jako „którąś opcję”, robimy to w rozumieniu podstawowych prawideł, którymi rządzi się ofensywna zagrywka zespołu koszykówki. Jesteś „opcją 1” a nie niższą, bo najwięcej kozłujesz, oddajesz największą ilość rzutów – twoje poczynania w ataku w największym stopniu mają wpływ na skuteczność ofensywy. Nowy nabytek Celtics nieść miał za sobą jednak inną wartość.

We współczesnej NBA coraz większe znaczenie ma wszechstronność. To ona sprawia, że zawodnik jest bardziej użyteczny i zwiększa głębię zespołu. Jak to działa? Mając piętnastu graczy, teoretycznie masz trzech graczy na każdej pozycji. Jeśli jednak twój nominalny niski skrzydłowy może grać też na silnym skrzydle dzięki warunkom fizycznym, a umiejętność gry na piłce pozwala mu grać fałszywego rozgrywającego, czy jak kto woli point-forwarda, okazuje się że masz dużo więcej możliwości nie tylko konstruowania poszczególnych piątek na parkiecie, ale także większą swobodę w obmyślaniu taktyk i zagrywek.

To jest właśnie ta siła, którą wnosił swoja postacią Gordon Hayward, a nie wnosi na przykład Kyrie Irving. Jak świetnym ofensywnym graczem nie byłby Kyrie, sposobów na użyteczne wykorzystanie go w grze jest bardzo niewielka ilość. Dlatego właśnie kontuzja Gordona Haywarda zabiera zespołowi stosunkowo sporo głębi na tych najbardziej wymiennych pozycjach 2-4.

No dobra, ale ile tracą Celtics tak statystycznie, w bilansie zwycięstw? O ile gorszym są zespołem niż na przykład rok temu? Ogromne roszady w rotacji utrudniają dokładną ocenę. Podstawowa różnica to wymiana Isaiah Thomasa na Kyrie Irvinga. Największa zmiana, która paradoksalnie nie zmienia tak wiele. Poziom graczy jest względnie podobny – jeden powie, że to lekkie wzmocnienie, drugi, że lekkie osłabienie – podobny styl gry obu panów niweluje jednak różnicę.

Nie tylko Isaiah można rozpatrywać jako zawodnika, który został w pewien sposób zastąpiony. Czy różnica w poziomie prezentowanym przez Kelly Olynyka i Marcusa Morrisa jest duża? Raczej nie, a zajmują podobną pozycję, przy czym to Morris jest trochę wszechstronniejszy. Spod kosza zniknęli Amir Johnson i Tyler Zeller, ale pojawił się Aaron Baynes, który świetnie spełnia swoją rolę – przynajmniej przez pryzmat meczu z Cavaliers – jest dużym ciałem pod koszem, z którym trzeba się liczyć przy penetracjach. Z pewnością boli strata Avery Bradley’a, ale daje to pole do popisu rozwijającemu się Terry Rozierowi, coraz lepszy jest Jaylen Brown i pojawił się Jayson Tatum. Gdyby tak więc przejść pozycja po pozycji, uwzględniając brak Haywarda, Boston nie stracił dużo względem ubiegłego sezonu.

Wygląda więc na to, że wyrzucanie Bostonu poza czołową czwórkę konferencji wschodniej (słyszy się takie opinie) jest nie tak bardzo zasadne. Oczywiście, to jest nowy skład, znacznie młodszy, brakuje im doświadczenia i zgrania ze sobą. Ale spójrzmy na resztę peletonu – czy Washington Wizards w jakikolwiek sposób się wzmocnili? Raczej nie. Toronto Raptors? Też nie. Dalej jest Milwaukee, które rzeczywiście może się piąć w górę, ale to chyba jeszcze nie ten sezon. Kogo mamy dalej – Charlotte Hornets? Detroit Pistons? Oni już Bostonowi nie zagrażają.

Druga pozycja konferencji wschodniej wciąż jest więc do ugrania i bez Gordona Haywarda – co może być bez niego oczywiście trudniejsze. Problem leży gdzie indziej. Patrząc na tę grupę zespołów, które w żaden sposób się nie wzmocniły, nagle dostrzegamy głównego rywala – Cleveland Cavaliers. Zespół LeBrona Jamesa jest widocznie lepszy niż jeszcze przed sezonem, kiedy to i tak gładko ograł Boston w finale konferencji. Sprowadzenie Haywarda dawało nadzieję na nawiązanie tej walki. To jest to, co odebrała wygięta w bok stopa Gordona Haywarda – nadzieję na walkę o Finały już w tym roku.

Jaka jest jednak perspektywa na przyszłość? Bo przecież Gordon Hayward najpewniej wróci na parkiet. Oczywiście nasuwa się analogia Paula George’a, który po równie brutalnej kontuzji wrócił i stał się lepszy niż kiedykolwiek wcześniej. Złamanie George’a było jednak gdzieś w połowie piszczela, złamanie Haywarda przy kostce – nie jestem ortopedą, ale może być to jakaś różnica w kontekście uszkodzeń ścięgien itd.

Załóżmy jednak optymistycznie, że przyszły sezon Gordon Hayward rozpocznie na parkiecie. Jeszcze nie w optymalnej formie, jeszcze na limitowanych minutach, ale na parkiecie. Będzie to sezon przełomowy dla losów zespołu – na dobrą sprawę już w rok po skonstruowaniu ekipy w podobnym kształcie.

Będzie to ostatni gwarantowany rok umów Ala Horforda i Kyrie Irvinga. O ile zespół może starać się o zatrzymanie drugiego z graczy za duże pieniądze na dłużej, tak Al Horford raczej na pewno będzie chciał wykorzystać opcję gracza w swoim kontrakcie. Może Boston będzie chciał handlować schodzącym kontraktem? Na dodatek trzeba myśleć już o przedłużaniu młodych graczy – skoro nie przedłużono Marcusa Smarta, to pewnie z myślą o pieniądzach dla Terry Roziera. Kończy się też umowa Jaylena Browna, który zaczyna wyglądać na coraz solidniejszą opcję. Pośród tych wszystkich zawirowań jest kontrakt Haywarda, który potrwać może jeszcze do sezonu 2020/21. To dosyć jasne – Celtics muszą oprzeć najbliższe lata na byłym skrzydłowym Jazz – jeśli tylko wróci zdolny do gry.

Zakładając więc, że Rozier, Tatum i Brown będą się sukcesywnie rozwijać w wartościowych graczy, Hayward wróci jako wciąż zawodnik na poziomie All-Star, a być może uda się zatrzymać na dłużej Irvinga, to przyszłe lata wyglądają co najmniej obiecująco. Cavaliers to statystycznie najstarsza ekipa w lidze – średnio ich gracze maja ponad 30 lat. Wizards i Raptors w obecnej formie dużo lepsi w przyszłych latach nie będą. Więc jak będzie z tymi Celtics

Kopiuj link do schowka