Geneza obłąkania, czyli dlaczego kibicuję Szóstkom

20/11/2016
Love

Koło trzydziestki człowiek robi się sentymentalny. Potwierdzone zjawisko. Widzę po znajomych, widzę po sobie. Słowo klucz to młodość. Z biegiem czasu nasza wizja przeszłości ulega wygładzeniu. Trzepak zostaje przejechany świeżą farbą, ławka pod blokiem na której spędziłeś całe wakacje jakby wygodniejsza, a ciągłe szczekanie psa sąsiada jednak nie irytowało, aż tak bardzo. Z wiekiem proces ten postępuje w tempie geometrycznym. Dzisiejsi 50, 60-latkowie ze wzruszeniem myślą o Gierku, bo taki dobry był z niego gospodarz, o milicji, bo był przynajmniej porządek, o kolejkach po mięso sprzyjających integracji, a i ludzie byli jacyś lepsi, bo ta dzisiejsza młodzież, to Panie szkoda gadać.

My, 30-latkowie mamy podobnie, tyle, że z latami ’90.

Koniec roku, święta za pasem, pogoda nijaka, żeby nie powiedzieć kiepska jak wyniki 76ers. Człowiekowi zbiera się na wspominki, a, że pewnie wszystkich nurtuje pytanie: Czemu kibicujesz tym dziadowskim Sixers?

Spieszę z genezą.

Wbrew pozorom nie urodziłem się taki. Byłem normalnym chłopcem. Nie sypiałem wzorem dzieci z Harlemu z piłką do koszykówki przy głowie. Jak przystało na chłopca wychowanego w kulcie Bońka i Deyny, gdy zasypiałem przy moim łóźku obok sterty tygodników „Piłka nożna” i magazynów „Top secret” leżała nasza, swojska piłka do kopania. Mimo tego w drugiej połowie lat ’90, jak spora część moich równieśników, zarywałem nocki, żeby z wypiekami na twarzy śledzić pojedynki Jordanowskich Byków z Jazzmanami z Utah. Magia Jordana i aura Dream Teamu sięgających po złoto kilka lat wcześniej na Igrzyskach w Barcelonie. Mityczne już dzisiaj transmisje na TVP2 okraszane barwnymi komentarzami redaktorów Szaranowicza i Łabędzia, przyciągały przed ekrany rzesze, nie zawsze zorientowanych w temacie widzów. Szyby niebieskie od telewizorów. Nasze małe okienko na świat zawodowego basketu.

Panie, a te telewizory kineskopowe to dużo trwalsze były niż, te całe plazmy dzisiaj.

W kolejnych latach prawa do NBA pozyskał TVN. Czasem jeszcze zerkałem, ale wypieków, poza tymi niedzielnymi wyjeżdżającymi z piekranika mamy, już nie było. Bez MJ-a to już nie było to samo. Basket przegrał z piłką kopaną, a tak naprawdę nigdy z nią nie wygrał. Lata mijały. Kalendarz pokazał rok 2006. W międzyczasie ktoś odkrył internet. Z kilkoma kumplami założyliśmy ligę fantasy NBA na yahoo i dałem się uwieść. NBA zaprosiła mnie na randkę, postawiła drinka i zostałem na śniadanie. W pierwszym sezonie gry na yahoo zdarzało mi się pomylić Anhonyego Parkera z Tonym Parkerem, ale szybko nadrabiałem zaległości. Rzędy cyferek kręciły mnie od zawsze. Już jako dzieciak lubiłem czytać o liczbie ludności i powierzchni krajów czy śledzić w telegazecie dane dotyczące liczby widzów na meczach. W NBA zwariowali na punkcie statystyk i to mnie ujęło za serce. Nie pamiętam czy zapłakałem ze wzruszenia zobaczywszy po raz pierwszy te wszystkie tabelki, ale mogło tak być.

Dorastałem w Kaliszu, w mieście w którym to, że na wf-ach ktoś nauczy nas podstaw koszykówki, było tak samo realne jak to, że na derbach Łodzi nie będzie zadym. Dopiero na studiach zacząłem stawiać pierwsze, nieśmiałe kroki na okolicznych salkach gimnastycznych i boiskach. Byłem jak dziecko we mgle. Co tam dziecko, byłem jak koszykarski niemowlak, tyle, że zamiast uczyć się raczkować, zacząłem od salta w tył. Zamiast skupić się na tzw. fundamentals postanowiłem, że dopieszczę podanie za plecami. Zamiast kolegów z drużyny moje podania otrzymywały dabinki gimnastyczne bądź niedalekie chaszcze otrzymały. Nie polecam im podawać, nie oddają. 

Fundamentalne za to było pytanie, które wówczas sobie postawiłem. Co chcesz w życiu robić? Że nie do końca umiałem na nie odpowiedzieć, skupiłem się na innym –  komu kibicować w tym całym enbieju. Na pozór wybór był ciężki niczym Ryszard Kalisz. Wszystkie zespoły miały takie ładne i kolorowe stroje, wszyscy skakali tak wysoko i biegali tak szybko.

W tym miejscu na mojej retrospektywnej scenie pojawił się serial „Fresh Prince of Bel Air” znany u nas jako „Bajer z Bel Air”. Jedna z pieczęci, którą przycisnąłem do szufladki z etykietką „Moje różowe lata ’90”. Will Smith w roli typowego chłopaczka z sąsiedztwa, który przeprowadza się z Filadelfii do wujostwa mieszkającego w Bel Air z pobił serca widzów na całym świecie. Dzięki serialowi kariera Smitha poszybowała jak M.J w konkursie wsadów w ’88. Odpalcie sobie jakiś odcinek, ten serial jest jak Jennifer Aniston, z wiekiem tylko zyskuje.

Lata później Smith został współwłaścicielem filadelfijskich 76ers.

Drugą postacią, która skierowała mój wzrok w stronę Sixers był inspirator nazwytego bloga Allen  Iverson.  „The Answer” w latach 2005 i 2006 rzucał ponad 30 punktów w sezonie i na parkiecie był nieustępliwy jak klienci Lidla, kiedy na święta rzucą karpie w promocji. Dzisiaj, w mrocznych wiekach dla zwolenników Sixers, kompilacje z jego akcjami są jak chałst tlenu pod wodą. Jak złudzenie, że kiedyś doczekamy się zawodnika jego pokroju, który poprowadzi zespół ku wiecznej chwale (Joelu Embiidzie patrzę na Ciebie).

Tak przy okazji, nie przełączajcie nigdy na mecz Spurs, po obejrzeniu meczu Sixers. To grozi depresją.

Nie mogę również nie wspomnieć zespołu „The Roots”, rodowitych filadelfijczyków, którzy albumem „Things fall apart” (1999) z fantastycznym nagrodzonym Grammy „You got me” wpisali się do mojego kajecika pod hasłem „klasyk” i w znacznym stopniu ukształtowali mój gust muzyczny.

W tej wyliczance nie mogło zabraknąć kilku linijek poświęconych samemu miastu. Filadelfia miała gorsze i lepsze momenty w swojej historii, ale od początku swojego istnienia (druga połowa XVII wieku) odgrywała istotną rolę w dziejach „the greatest country in the world” jak zwykli o nim mówić jego mieszkańcy, choć pewnie dzisiaj 1/4 z nich powiedziałaby raczej „el mejor país del mundo”. Właśnie historia jest tym co wyróżnia to miasto na tle innych północnoamerykańskich metropolii, co dla mnie, miłośnika historii, ma niebagatelne znaczenie. To Filadelfia była jednym z głównych ośrodków amerykańskiej rewolucji i to tam uchwalono Deklarację Niepodległości, to tam zaprojektowano amerykańską flagę i tam również wynaleziono słynne na cały świat cheesesteak (kanapki z grillowanej wołowiny i żółtego sera). 


Co było do udowodnienia.

I w ten oto sposób drogie dzieci, poznałem, waszą matkę zostałem kibicem Szóstek.




Kopiuj link do schowka