Era superteamów? Raczej era superleni

05/06/2017
haslem heat lebron

Udonis Haslem to gracz starej daty, łącznik między dawną i współczesną NBA. Jako mistrz zarówno w roli członka superdrużyny (2012, 2013), jak i „zwykłego” zespołu (2006) ma unikatowe spojrzenie na temat obecnej ery superteamów: nie ma czegoś takiego, bo jak zawsze po prostu wygrywa lepszy.

Gdy w 2010 roku LeBron James i Chris Bosh połączyli siły w Miami, rozpoczęła się już oficjalnie era superdrużyn, której zwiastunem było zebranie Wielkiej Trójki Pierce-Garnett-Allen w Bostonie. Zespoły zaczęły kolekcjonować gwiazdy jak pokemony, każdy chciał mieć swój superteam, nawet Derrick Rose, który przed tym sezonem uważał że takowym są Knicks. Wszystkich przebili jednak latem 2016 Golden State Warriors, tworząc super-superteam z Kevinem Durantem.

To sprowokowało wiele smutnych refleksji na temat zachwianego balansu sił w NBA, którego efektem są najnudniejsze playoffy jakich byłem świadkiem, a kibicuję – z małą przerwą po Y2K – od ćwierćwiecza. Oczywiście to, co jednych martwi, dla innych jest po prostu powtórką z historii, nawiązaniem chociażby do lat 80, gdy przez niemal całą dekadę mistrzostwo NBA zdobywali albo Lakers, albo Celtics. Można też się spodziewać, że prędzej czy później konstrukcja ligowego salary cap stanie na drodze zbyt zachłannych kadrowo drużyn.

Czy więc współczesne drużyny, które określamy mianem „super”, zaczęły jakiś długotrwały trend, który zepsuje tę ligę? Według Udonisa Haslema – nie.

Nie musisz mieć superteamu [żeby walczyć o tytuł]. Problemem jest to, że większość ligi jest miękka. Może 20% NBA gra twardo. […] Mamy w tej lidze wiele utalentowanych drużyn, które się nie starają, więc jeśli pojawia się super utalentowany zespół, który dla odmiany gra twardo, otrzymujemy taki team jak Golden State. Utalentowanych składów jest i będzie wiele, pytanie brzmi: czy będą grać tak samo twardo jak Golden State? Czy będą współpracować tak samo dobrze jak Golden State? Od innych utalentowanych teamów odróżnia ich tak naprawdę sposób, w jaki podchodzą do grania.

Haslem zdobywał dwa tytuły z Jamesem, Wade’em i Boshem, ale razem z nimi przegrał dwa inne finały, w tym z zupełnie nie super teamem, jakim byli Dallas Mavericks (a i Spurs nie byli już tacy super, z podstarzałą wielką trójką i dopiero uczącym się wykorzystywać swój potencjał Kawhim), którzy pokonali Heat w 2011 roku, bo najzwyczajniej w świecie grali lepiej w kosza. Według Haslema to wciąż jest jedyny sposób na zdobycie mistrzostwa – granie jak najlepiej się potrafi. Przykładów nie należy szukać daleko – Boston Celtics mieli najlepszy bilans w Konferencji Wschodniej, mimo iż nie mieli żadnego zawodnika o statusie gwiazdy, a ich najlepszy gracz ma sporo mniej niż 180 centymetrów wzrostu. Do wszystkiego doszli świetną zespołową grą i uznali dopiero wyższość Cavaliers, którzy walczyli równie twardo, ale mieli dużo więcej indywidualnego talentu.

Czyli przepisem na dominację jest odpowiednia mieszanka ciężkiej pracy i talentu. Tak jak 10, 20, 30 czy 70 lat temu. Tak jak w każdej możliwej dyscyplinie sportu.

Nazwiska nie grają – brzmi popularny sportowy frazes. Fajnie mieć w jednej drużynie trzech gości mogących rzucać po 30 punktów w meczu, ale jeśli nie mają oni wsparcia kolegów i sami nie starają się z całych sił (także by zahamować swoje indywidualne zapędy), to ktoś zgarnie im tytuł sprzed nosa.

No i nie zapominajmy, że Warriors nie zbudowali swojej superdrużyny dzięki Kevinowi Durantowi. Wszystko co dzieje się w tym roku, jest efektem tego, że bardzo mądrze budowali i rozwijali drużynę w oparciu o swoje własne picki w drafcie (Curry był #7 w 2009, Thompson #11 w 2011 a Green #35 w 2012) oraz dokonywali mądrych wyborów w kwestii obsady ról trenerskich i menadżerskich. Przecież nie mieli KD ogrywając Cavs w 2015 roku. Nikt nie broni innym klubom być kompetentnym.

Tak jak wspominał Haslem – liga jest pełna utalentowanych koszykarzy. Jest na przykład całe mnóstwo rozgrywających z lepszymi predyspozycjami do uprawiania tego sportu niż Stephen Curry, a jednak to właśnie on ma dwie nagrody MVP – coś, do czego doszedł dzięki ciężkiej pracy. 36-letni podkoszowy twardziel z Miami (który jest wolnym agentem, ale chciałby wrócić na jeszcze jeden sezon gry, najchętniej oczywiście dla Heat) ma więc dużo racji zauważając, że problemem dla sportowego poziomu ligi nie jest dominacja Warrios i Cavs, a mizeria reszty NBA.

Kopiuj link do schowka