Drugie śniadanie: 28.2.14

01/03/2014
dragic

fot. Flickr

Całkiem ciekawa noc z NBA za nami – dobry mecz w Oklahomie, triple-double w Cleveland i Nowym Jorku oraz 40 punktów w Arizonie. Historią dnia jednak niech będzie utknięcie w windzie Tyrekea Evansa tuż przed meczem z Suns.

Sponsor serwisu

Jesteś maniakiem kosza? Brakuje Ci gry o stawkę w wakacje? Chcesz trenować i grać za zawodnikami z całej Polski? Sprawdź lipcowy Draft Camp.
Więcej szczegółów http://ligawiatrow.pl/camp

Cleveland Cavaliers (24-36) – Utah Jazz (21-37) 99:79

Kyrie Irving ma swoje pierwsze triple-double w NBA i to od razu przed własną publicznością. Drugą częścią tego meczu byli jednak Utah Jazz, więc nie wiąże się z tym jakaś większa historia. Cavs odjechali z wyrównanego spotkania w drugiej połowie, a z dobrej strony zaprezentował się także Spencer Hawes (13/16).


Oklahoma City Thunder (44-15) – Memphis Grizzlies (32-25) 113:107

Thunder wreszcie wygrywają, choć nie bez zgrzytów. Po świetnej defensywie w pierwszej połowie wydawało się, że zawodnicy Scotta Brooksa mają mecz pod kontrolą, jednak Grizzlies zaczęli po przerwie łapać rytm, a obrona po przerwie nie spisywała się już tak dobrze. W czwartej kwarcie Memphis trafiło ponad .700 swoich rzutów i wydawało się, że szesnastopunktowa przewaga gospodarzy może być zagrożona, ale OKC udało się dowieźć zwycięstwo do końca. Plus Kevin Durant po raz 35 w tym sezonie z ponad trzydziestoma punktami.


New York Knicks (21-38) – Golden State Warriors (36-23) 103:126

Rok temu Steph Curry rzucił w Madison Square Garden 54 punkty, wczoraj dodał do tego triple-double w trzy kwarty. Tym samym dołączył do Carmelo Anthonyego, LeBrona Jamesa, Patricka Ewinga i Bernarda Kinga, którzy przed nim zanotowali oba te osiągnięcia w legendarnej nowojorskiej hali. Co do samego spotkania, to już chyba zbyt wiele razy użyliśmy w tym sezonie słów “Knicks”, “porażka” czy “beznadzieja” w jednym zdaniu, więc ograniczmy się w tym przypadku do faktów. A te są takie, że Knicks przegrali piąty raz z rzędu (która to już taka seria w tym sezonie?) i 11 w ostatnich 13 spotkaniach. A Mike Woodson wciąż zagrzewa swoich zawodników do walki o playoffy


Dallas Mavericks (36-24) – Chicago Bulls (32-26) 91:100

Chicago wygrało mecz defensywą w czwartej kwarcie, czyli to co lubimy u nich najbardziej. Po piorunującej pierwszej kwarcie Mavericks po raz kolejny w tym sezonie nie potrafili utrzymać ponad piętnastopunktowej przewagi. Vince Carter był liderem punktowym gospodarzy w pierwszej połowie, ale po przerwie nie mógł trafić do kosza. Taj Gibson dał double-double z ławki, a Joakim Noah poradził sobie z obroną na Dirku Nowitzkim i mocno ograniczył Niemca w ofensywie.


San Antonio Spurs (42-16) – Charlotte Bobcats (27-31) 92:82

Jeśli nawet Gregg Popovich przyznaje, że styl drużyny jest ciężki do oglądania, to kim my jesteśmy, żeby się z nim kłócić? Spurs wygrali mecz, w którym tracili do rywali już czternaście punktów i w którym mieli aż dziewiętnaście strat. W takich momentach zazwyczaj najlepiej sprawdza się to, co zawsze działało, a że Tim Duncan jest prawdopodobnie nieśmiertelny wszyscy wiemy. 17 punktów, 16 zbiórek, 6 asyst i jak najszybciej zapomnieć.


Los Angeles Lakers (20-39) – Sacramento Kings (20-38) 126:122

Kiedyś to były najbardziej elektryzujące spotkania w Kalifornii, następnie przez chwilę były to mecze pomiędzy drużynami ze Staples Center, a potem Lakers wszystko popsuli. Kings zagrali bez zawieszonego DeMarcusa Cousinsa, ale nawet z nim z tak rozstrzelanymi Jeziorowcami byłoby bardzo trudno o zwycięstwo. Podopieczni Mikea DAntoniego pobili rekord organizacji w trafionych trójkach (19/27), MarShon Brooks żyje i rzucił 23 punkty, Jordan Farmar miał 8/10 z dystansu, a i tak najciekawszą statystyka jest ta dotycząca Derricka Williamsa. Jego drużyna nigdy nie wygrała, kiedy zanotował double-double (seria 0-14 robi wrażenie).


Phoenix Suns (34-24) – New Orleans Pelicans (23-35) 116:104

Historia jest krótka Goran Dragic uwolnił smoka, a czterdzieści punktów pozwoliło mu usłyszeć skandowane z trybun “M-V-P”. ?eby jednak nie było za dobrze, Suns przejęli mecz dopiero w czwartej kwarcie, w czym główna zasługa tercetu liderów Pelicans 0 Erica Gordona, Tyrekea Evansa (zdążył!) i, oczywiście, Anthonyego Davisa. Ten ostatni jest pierwszym zawodnikiem notującym średnio przynajmniej 20 punktów, 10 zbiórek i 3 bloki od czasów Shaqa, kiedy jeszcze po parkietach biegali prawdziwi centrzy. Suns wciąż próbują ugrać jak najwięcej podczas nieobecności Erica Bledsoe i na razie są nad kreską (18-16 bez niego, 34-24 w ogóle). Dobra wiadomość jest taka, że Bledsoe powinien wrócić do gry już niedługo.

Jesteś maniakiem kosza? Brakuje Ci gry o stawkę w wakacje? Chcesz trenować i grać za zawodnikami z całej Polski? Sprawdź lipcowy Draft Camp.
Więcej szczegółów http://ligawiatrow.pl/camp

Kopiuj link do schowka