Drugie śniadanie: 25.1.14

26/01/2014
ross

fot. Flickr

Terrence Ross pozazdrościł Carmelo Anthony’emu czy Chandlerowi Parsonsowi i też postanowił zapisać się w historii. Na razie tylko swojej i organizacji, ale to zawsze coś. W annałach Grizzlies także zapisuje się Zach Randolph, Kevin Durant jest w świetnej formie strzeleckiej, a Pacers przegrywają w back-to-back, czyli prawie wszystko po staremu.

Sponsor serwisu

Charlotte Bobcats (19-27) – Chicago Bulls (22-21) 87:89

Bobcats dali się wystrzelać Carmelo Anthonyemu w poprzednim spotkaniu, a wczoraj stanęli naprzeciw zdecydowanie bardziej zorientowanych na defensywę Bulls. Joakim Noah zagrał szesnasty mecz z rzędu z dwucyfrową liczbą zbiórek i najdłuższa taka seria w jego karierze. Goście z Chicago zwycięstwo zawdzięczają jednak przede wszystkim D.J. Augustinowi (kto by się spodziewał), którego 15 punktów w czwartej kwarcie było nie do przecenienia. Augustin nieźle wpasował się w system Toma Thibodeau, przynajmniej po atakowanej stronie parkietu, bo kiedy zastępuje w piątce Kirka Hinricha to notuje średnio ponad 20 punktów i prawie 6 asyst.


Toronto Raptors (22-21) – Los Angeles Clippers (31-15) 118:126

Weekend rekordów trwa, tym razem w roli głównej Terrence Ross. Skrzydłowy Raptors 51 oczkami pobił oczywiście swój najlepszy wynik w karierze i przy okazji pobił rekord organizacji należący do Vincea Cartera. Niejako przy okazji swoją najlepszą strzelecką noc w sezonie miał Jamal Crawford (37 punktów, 11 asyst i 6th Man of the Year raczej pewny). W trzeciej kwarcie parkiet z kontuzją kostki opuścił DeMar DeRozan i już nie wrócił do gry. Lepsi w tym strzelecki pojedynku okazali się goście i idąc za tym co powiedział Doc Rivers, “jeśli jeden z rywali rzuca 50 punktów a ty i tak wygrywasz mecz to mówi wiele o twojej drużynie”.


Philadelphia 76ers (14-30) – Oklahoma City Thunder (35-10) 91:103

Kevin Durant z dziesiątym meczem z +30 punktami i z triple-double powinien wystarczyć za historię tego spotkania, zwłaszcza, że po drugiej stronie parkietu stali Sixers. W drugiej połowie gospodarzom udało się dojść na -4, ale run 10:4 Thunder pozwolił przyjezdnym w miarę spokojnie dociągnąć zwycięstwo do końca czwartej kwarty.


Memphis Grizzlies (22-20) – Houston Rockets (29-17) 99:81

Blowout Grizzlies na Rockets upłynął pod znakiem wyrównania rekordu organizacji w double-double przez Zacha Randolpha. Pau Gasol potrzebował na to siedmiu lat w Memphis, Z-Bo gra dla Niedźwiadków od 2009 roku. Grizz świetnie spisali się w obronie zatrzymując gości poniżej .400 z gry, a kluczową postacią defensywy był oczywiście nie kto inny, tylko Marc Gasol, czyli wciąż najlepszy obrońca NBA. Gospodarze załatwili sobie zwycięstwo dwoma runami, pod koniec pierwszej połowy i na początku drugiej, kiedy wyszli na prowadzenie 57:39. Na początku czwartej karty Rockets przegrywali nawet 27 punktami, a poniżej dwucyfrowej różnicy nie zeszli już do końca spotkania.


Milwaukee Bucks (8-35) – Atlanta Hawks (23-20) 87:112

Milwaukee Bucks przegrali mecz koszykówki. Czy my już gdzieś tego nie widzieliśmy? Hawks prawie nie wygrywają na wyjazdach, a wczoraj zagrali bez Ala Horforda i Jeffa Teaguea.


Denver Nuggets (21-21) – Indiana Pacers (34-9) 109:96

Lance Stephenson znów był najlepszym zawodnikiem drużyny, której lider jest bardzo poważnym kandydatem do MVP. Wilson Chandler odnalazł gdzieś butelkę z magicznym napojem “defensywa” i zatrzymał Paula Georgea, w dodatku samemu będąc liderem swojej drużyny. Nie można jednak przeceniać tego zwycięstwa, bo Pacers w tym sezonie słabo radzą sobie z back-to-back (bilans 6-6 w spotkaniach na drugie dzień), co zrozumiałe w przypadku drużyny, której największym atutem jest defensywa. Zwłaszcza, że przeciwko Kings musieli grać dogrywkę. Nuggets prowadzili do przerwy +19, ale który to już raz Pacers zagrali po przerwie lepszą koszykówkę niż przed? Trzy razy próbowali wrócić do meczu, jednak im się nie udało, co na pewno może podbudować średnio sobie radzących w tym sezonie Nuggets.


Utah Jazz (15-29) – Washington Wizards (21-22) 104:101

Drużyna ze stolicy po raz dziesiąty w ostatnich czterech latach stanęła przed szansą na dodatni bilans i po raz kolejny przegrała. Wydawało się, że Jazz są idealnym przeciwnikiem na wskoczenie powyżej .500, ale nie tym razem. Generalnie drużyna gości nie spisała się źle, prowadziła po pierwszej połowie, a indywidualnie też spisywała się nie najgorzej (może oprócz Johna Walla), ale Jazz zdołali wrócić w trzeciej kwarcie dzięki trójkom i skutecznej grze Enesa Kantera pod koszem. Tyrone Corbin zostawił w czwartej kwarcie na ławce Marvina Williamsa i Richarda Jeffersona, a uwolniona młodzież odpłaciła mu się zwycięstwem nad, bądź co bądź, playoffową drużyną na Wschodzie.


Portland Trail Blazers (33-11) – Minnesota Timberwolves (21-22) 115:104

Blazers w końcówce stycznia wyrównali liczbę zwycięstw z zeszłego sezonu, a mają jeszcze do rozegrania 38 spotkań. Niezły progres, choć Terry Stotts przytomnie zauważył, że takie porównania mają sens raczej na początku rozgrywek, a nie w momencie, kiedy drużyna ma już zupełnie inną tożsamość. Dla gości 30 punktów rzucił Kevin Martin, Kevin Love i Nikola Pekovic zrobili swoje na deskach, a Ricky Rubio na pozycji numer 1. Wolves jednak mają za mało talentu i w ogóle ławki, żeby nawiązać walkę z najlepszymi w Konferencji Zachodniej i kto wie, czy nie będziemy świadkami nerwowych ruchów po sezonie.

Kopiuj link do schowka