Drugie śniadanie: 24.01.2014

25/01/2014
Carmelo Anthony

Carmelo Anthony/ fot. Flickr

W piątek działo się bardzo wiele, ale nic w tym dziwnego skoro rozegranych zostało aż 13 spotkań. Motywem przewodnim wczorajszego wieczoru była gościnność, bo tylko 3 spotkania zakończyły się wygraną gospodarzy. Na zachodzie komplet wygranych gości.

Orlando Magic (12-32) – Los Angeles Lakers (16-28) 114:105

Sponsor serwisu

Lakers trafili podczas swojej trasy wyjazdowej po Konferencji Wschodniej do Orlando, gdzie mieli zmierzyć się z innym tankującym zespołem. Jako, że Jeziorowcy byli w back-2-back, ich szanse na porażkę wyraźnie wzrosły. Magic zagrali z Jameerem Nelsonem, Arronem Afflalo i Glenem Davisem, co oznaczało, że chyba im zależy. Nelson i Afflalo zagrali bardzo dobre spotkania, ale obu przyćmił Tobias Harris, który zanotował swój career-high w zbiórkach. W Los Angeles bez zaskoczeń, wszechstronnie zaprezentował się Pau Gasol, Kendall Marshall w swoim stylu nabijał asysty ( tylko nie myślcie, że Marshall jest wybitnym kreatorem w ataku). Obie ekipy trafiły ponad połowę rzutów za trzy i chciałby, żeby wszystkie mecze między tankującymi ekipami wyglądały, jak ten między Magic i Lakers.

Philadelphia 76ers (14-29) – Toronto Raptors (22-20) 95:104

Dwyane Casey zagrał dziewięcioosobową rotacją, ale tylko DeRozan i Lowry zagrali więcej niż 30 minut. Wysocy Raptors w tym spotkaniu nie mogli sobie poradzić z rywalami i cała ekipa Raptors rzuciła w pomalowanym tylko 36 punktów. W ostatnich meczach bardzo zawodzi Jonas Valanciunas. To chyba jedyny zawodnik, który po odejściu Gaya zanotował spadek formy. Od czego jest jednak DeMar DeRozan, który w ostatnich dniach gra jak all star? Jego 16 punktów w czwartej kwarcie załatwiło sprawę. Warto dodać, że przez ostatnie 12 minut pod koszem bronili Hayes i Patterson i wychodziło im to całkiem nieźle. Lowry zanotował triple-double i wygląda na to, że razem z DeRozanem zagrają w tym roku w Nowym Orleanie. 76ers dopisali kolejną porażkę do swojego bilansu i nie powinni się tym specjalnie przejmować.

Atlanta Hawks (22-20) – San Antonio Spurs (33-10) 79:105

Gregg Popovich pokazał swojemu byłemu asystentowi, na czym polega prawdziwa koszykówka. Nie wiem, jak Pop to robi, ale bez trzech ważnych zawodników (Green, Leonard i Splitter) zagrał dwunastoosobową rotacją przeciwko Hawks i w żadnym momencie zwycięstwo Spurs nie było zagrożone. To nie był mecz, to było jak znęcanie się nad słabszym. Duncan w 26 minut zaliczył spokojne 17-16, a najlepszym strzelcem Spurs był Boris Diaw. Jeff Teague doznał kontuzji kostki i nie zagra na pewno w dwóch najbliższych spotkaniach. Hawks mają dodatni bilans i chyba obecność Paul Millsapa w ASG będzie nieunikniona.

Boston Celtics (15-30) – Oklahoma City Thunder (34-10) 83:101

Kevin Durant po ostatnich popisach dostał w końcu wolne i tylko w roli widza oglądał mecz w Bostonie. Jego koledzy w pierwszej połowie męczyli się trochę z Celtics, ale w drugiej części gry nie pozostawili złudzeń, kto gra o mistrzostwo, a kto o pierwszy pick w drafcie. ?wietne spotkanie zagrał Reggie Jackosn, niezłe Jeremy Lamb i Serge Ibaka.Thunder, jak zwykle świetnie bronili na obwodzie i pozwolili rywalom na jedynie 18% skuteczności za trzy punkty (przy aż 27 próbach). Brad Stevens chyba nie jest fanem Joela Anthonyego ( kto nim jest?). Thunder trafili aż 54% rzutów z gry i pokazali, że nawet bez Duranta i Westbrooka potrafią wygrywać na wschodzie

Brooklyn Nets (19-22) – Dallas Mavericks (25-20) 107:106

Nets kontynuują swoją zwycięską passę w 2014 roku i tym razem pokonali u siebie Dallas Mavericks, choć nie bez problemów. Nets przez większą część meczu kontrolowali sytuację, ale w końcówce prawie dali się dogonić. Jason Kidd jednak pokazał, że czasem umie podjąć dobrą decyzję w końcówce i dzięki sfaulowaniu Nowitzkiego przed oddaniem rzutu za 3 punkty, gospodarze dowieźli zwycięstwo do końca. W ich składzie bohaterem okazał się być kompletnie niespodziewanie Mirza Teletović. Gdyby nie jego 34 punkty,a przede wszystkim 7 celnych prób z dystansu, mecz mógłby skończyć się różnie. Po raz kolejny znakomicie z ławki zagrał Deron Williams. Ciekawe, kiedy Jason Kidd wprowadzi go do pierwszego składu.

Cleveland Cavaliers (16-27) – Milwaukee Bucks (8-34) 93:78

Bucks kontynuują marsz po najgorszy bilans w lidze i wyraźnie było widać, że ich ostatnie zwycięstwo to wypadek przy pracy. Nie polecam oglądanie tego meczu nikomu, nigdy Blok Tylera Zellera możecie obejrzeć sobie w highlightach. Cavaliers też nie zachwycili, ale na Milwaukee nie potrzeba niczego specjalnego. Irving uciułał double-double, Tristan Thompson także. Ofensywa była dobrze zbilansowana i prawie wszyscy gracze pokazali się nieźle w ataku. Tylko Anthony Bennet (0/4FG) wciąż ten sam

Detroit Pistons (17-26) – New Orleans Pelicans (17-25) 101:103

Pelicans w 2014 roku nie zachwycają i nie zachwycili też w Detroit, gdzie Andre Drummond wyglądał jak bestia przy Anthonym Davisie, a Brandon Jennings z łatwością wychodził z podwojeń stawianych przez Pelicans. Przy +12 w trzeciej kwarcie wydawało się, że jest po meczu, ale ostatnie 12 minut należało do Pelicans, a konkretnie do Erica Gordona, który zdobył w tej części gry 9 punktów, w tym najważniejsze dwa ostatnie. Pistons mieli jeszcze prawie 2 sekundy, ale Mo Cheeks zrobił Mikea Woodsona i było po meczu. Pelicans trafili aż 22 z 24 wolnych i głównie dzięki tej statystyce udało im się wyrwać zwycięstwo Pistons.

New York Knicks (16-27) – Charlotte Bobcats (19-26) 125:96

Blowout w Nowym Jorku, który przerwał serię pięciu kolejnych porażek Knicks. Kibice Knicks zasłużyli jednak na coś więcej, dlatego Anthony zrobił im wielkie show, bijąc rekord punktowy tego sezonu, rekord organizacji i rekord w MSG.62 punkty i 0 asyst chyba musimy przygotować się na więcej hero-ballu Carmelo. Nieźle zagrała też reszta ekipy z Nowego Jorku. 27/55 z gry to bardzo dobry wynik, mając w pamięci to, jak wyglądała ofensywa Knicks jeszcze parę dni temu i jak dobrą obronę potrafi wyegzekwować od swoich graczy Steve Clifford. W Charlotte wciąż czekają na powrót Walkera. Bez niego awans do play-offs będzie chyba niemożliwy

[reklama]Chicago Bulls (21-21) – Los Angeles Clippers (30-15) 95:112

Obrona Bulls została w Chicago kompletnie sponiewierana przez Clippers, którzy mimo braku Chrisa Paula zdobyli w pierwszej połowie 68 punktów. Goście mieli skuteczność 54% z gry, w tym 13/21 za trzy punkty, a Blake Griffin i DeAndre Jordan skończyli mecz z double-double. Blake pokazuje, że pod nieobecność Paula może być liderem tej drużyny. Liderem z prawdziwego zdarzenia. W Bulls dobrze zagrali podkoszowi Boozer, Noah i Gibson, ale obwód nie istniał ani w obronie, ani w ataku. Oby Kirk Hinrich wrócił jak najszybciej i poukładał obwodową defensywę Bulls, bo w tym meczu wyglądało to fatalnie. Sam Jimmy Butler nie da rady.

Houston Rockets (29-16) – Memphis Grizzlies (21-20) 87:88

Grizzlies kontynuują swój marsz do czołowej ósemki Konferencji Zachodniej i tym razem pokonali silną ekipę Rockets w Houston. Dwight Howard (11 punktów) i James Harden ( 10 punktów) byli odpowiednio drugim i trzecim najlepszym strzelcem drużyny. I gdyby nie doskonała forma strzelecka w drugiej połowie Chandlera Parsonsa, który zanotował rekordowe 10 celnych trójek w tej części gry, Grizzlies wygraliby wyżej. Obrona ekipy z Memphis to coś, czego w play-offs może się bać każda drużyna z TOP 4. Wysoką formą wciąż imponuje Courtney Lee, który był najlepszym strzelcem Grizzlies w tym spotkaniu. W 1 połowie Rockets byli 1/14 zza łuku i był to kolejny mecz, w którym nie mogli się wstrzelić na dystansie. Mimo 10/11 Parsonsa za trzy, drużyna skończyła ten mecz z bilansem 14/34 zza łuku. Niedobrze.

Phoenix Suns (24-18) – Washington Wizards (21-21) 95:101

Wizards niespodziewanie wygrali w Phoenix. Sporą historią dla polskich kibiców był z pewnością powrót Marcina Gortata do Phoenix. Polak rozegrał dobre spotkanie i miał najlepszy wskaźnik +/- ze wszystkich zawodników grających w tym spotkaniu. Kluczem do wygranej gości okazała się być obrona. W drugiej połowie Suns zostali zatrzymani na ledwie 38 punktach i trafili tylko jedną trójkę na dwanaście prób. Najlepszym graczem Wizards był tradycyjnie John Wall, który moim zdaniem bardziej zasługuje na pierwszą piątkę w ASG niż chociażby Kyrie Irving. Wizards będą w najbliższych dniach kontynuować swoją trasę po Konferencji Zachodniej, z kolei Suns rozpoczną w niedzielę serię meczów na wschodzie

Sacramento Kings (15-27) – Indiana Pacers (34-8) 111:116

Wczoraj na pewno nikt nie obstawiał, że jednym z najbardziej emocjonujących spotkań piątkowego wieczoru będzie starcie Indiany Pacers z Sacramento Kings. Gdyby nie liczyć Carmelo, to trzech najlepszych strzelców piątkowego wieczoru grało właśnie na parkiecie w Sacramento, a dwóch z nich w drużynie gospodarzy. Dodam, że Kings wystąpili osłabieni brakiem DeMarcusa Cousins i Rudyego Gaya. Isiaiah Thomas i Marcus Thornton zrobili show, który mógł i powinien zakończyć się wygraną ekipy z Sacramento. Paul George pokazał jednak w końcówce, dlaczego jest jednym z kandydatów do nagrody MVP i w fantastycznym stylu doprowadził do dogrywki ( przy wymiernej pomocy Derricka Williamsa). George Hill i Lance Stephenson flirtowali z triple-double. W dogrywce Paul George także grał fantastycznie. 8 punktów i dwa przechwyty załatwiły sprawę. Pacers znowu wygrywają

Golden State Warriors (26-18) – Minnesota Timberwolves (21-21) 120:121

Na wielkie mecze w NBA musimy w tym sezonie czekać, aż do 4 rano, bo na wschodzie, takich jak na lekarstwo. Stephen Curry zagrał znakomity mecz, ale musiał uznać wyższość Kevina Lovea i spółki. Wszyscy starterzy Timberwolves zagrali bardzo dobrze i tym razem ich słaba ławka nie przeszkodziła w odniesieniu zwycięstwa. Co więcej, goście w końcu zwyciężyli w meczu z zaciętą końcówką i nie ma się co czepiać, że rzut Kevina Martina nie powinien wpaść do kosza, a Harrison Barnes spudłował z czystej pozycji, prawda? Warriors rzucili 55% z gry, 41% za trzy i 87% z wolnych, a mimo to przegrali. Zbiórki i słaba obrona Warriors przeważyły szalę wygranej na korzyść Timberwolves. Walka o play-offs na zachodzie może być bardziej emocjonująca niż myśleliśmy

Kopiuj link do schowka