Donovan Mitchell jest już oficjalnie stealem?

06/12/2017

Gdzieś w cieniu drużyn, o których się dużo mówi, jak Cleveland Cavaliers czy Los Angeles Lakers, są zespoły z małych rynków, o których mówi się trochę mniej.

Zespoły z miejsc takich jak Utah, Denver czy Milwaukee nie są ciekawym tematem do dyskusji, tak długo jak nie mają w składzie gwiazdy pokroju Giannisa Antetokounmpo. Mało mówi się o zespole Utah Jazz, który boryka się z kontuzjami wielu czołowych graczy. Na parkiet wrócił już Rudy Gobert, ale poza grą wciąż pozostają Rodney Hood, Dante Exum czy Joe Johnson.

Między innymi te braki na pozycjach 1-3 pozwoliły pokazać się z dobrej strony debiutantowi, jakim jest Donovan Mitchell. Niektórzy ludzie, którzy śledzili poczynania zawodników z klasy draftu 2017 jeszcze na parkietach NCAA, mówili że wybór Mitchella może okazać się dla Jazz strzałem w dziesiątkę. Na ten moment, po 24 meczach sezonu, niewysoki obwodowy jest najjaśniej błyszcząca gwiazdą drużyny z Salt Lake City.

Nie do końca oddają to statystyki, ponieważ nie od początku zawodnik dostawał tak duże minuty i dużą rolę na parkiecie. W przeliczeniu na 36 minut zdobywa średnio ponad 20 punktów, dokładając po 4 zbiórki i asysty. Jeszcze w październiku jego liczba punktów na mecz wynosiła 9,3, w listopadzie wzrosła do 18,1. W trzech grudniowych meczach rzucił kolejno 41, 21 i 31 punktów – jego forma więc z miesiąca na miesiąc rośnie.

Mitchell jest w tej chwili drugim strzelcem pośród wszystkich debiutantów – będąc nieznacznie gorszym tylko od Bena Simmonsa. Czy jednak Mitchell myśli w ogóle o zdobyciu nagrody dla najlepszego debiutanta? Sam odpowiada bardzo skromnie:

Jeśli mam być szczery, to raczej nie. Powiedziałbym, że myślałem o tym w czasie pierwszych dwóch, być może trzech meczów. Gdzieś z tyłu głowy miałem nazwiska chłopaków, którym wróży się walkę o te nagrodę, to było wszystko o czym myślałem.”

Przede wszystkim myślenie w ten sposób jest samolubne – nie jestem z natury samolubnym człowiekiem. Chcę wychodzić na parkiet i pomagać drużynie wygrywać w każdy możliwy sposób. Mam wrażenie, że myślenie o nagrodzie ROY sprawia, że mimochodem zaczynasz grać w trochę bardziej egoistyczny sposób – dlatego myślami skupiam się na celu, jakim jest awans do playoffów. To jest teraz największa sprawa, zrobić playoffy.”

Czytanie wypowiedzi zawodników jest zawsze bardzo ciekawe i ważne. Nie ważniejsze niż obserwowanie ich w grze, aczkolwiek tworzy to dodatkowy obraz gracza, uzupełnienie jego postrzeganie. Widzimy więc skromnego Mitchella w mormońskim Utah.

Jakie szanse miałby jednak debiutant z Salt Lake City na nagrodę ROY? Bardzo duże znaczenie ma wielkość rynku i szeroko rozumiana medialność. Na przykład Jayson Tatum, będący jedynie ważnym zadaniowcem w wygrywających Boston Celtics, miał do tej pory nieco więcej rozgłosu. Ben Simmons wydaje się być poza zasięgiem – każdy zdaje sobie jednak sprawę, że spędził on rok ze sztabem trenerskim NBA. To niemały handicap.

Jeśli jednak spojrzeć na to, kto jest najlepszym graczem z tegorocznej klasy draftu, to wybrany z 11. numerem Mitchell ma szanse na bycie numerem jeden w takim zestawieniu. Musiał jednak zacząć rzucać w okolicach 30 punktów na mecz i ciągnąć zespół do zwycięstw (7-3 w ostatnich 10 meczach), żeby w ogóle być w takiej szerszej dyskusji w swoim zaściankowym Utah.

Kopiuj link do schowka