Dominacja Embiida, Griffin nie dał rady

14/11/2017
Embiid vs Clippers fot. Adam Pantozzi/Getty Images

Philadelphia 76ers nie jest już dłużej chłopcem do bicia i w tym sezonie usilnie nam pokazuje, że Proces się sprawdza, a przyszłość należy do nich. Po tym jak GSW ostudziło trochę zapał młodzieży, na ich drodze stanęło Los Angeles Clippers. Przeciwnik gorszy, lecz wciąż klasowy, a w dodatku będący w dołku, zatem zmotywowany podwójnie do zwycięstwa. Czy seria 5 porażek znajdzie swój koniec dzisiaj?

Na rozgrzewce przed spotkaniem przybliżenie postaci liderów zespołu. Mający 208 cm silny skrzydłowy Blake Griffin przeciwko Benowi Simmonsowi, również mającemu 208 cm… rozgrywającemu. W mecz lepiej wchodzą przyjezdni. Joel Embiid od początku agresywny, szuka miejsca pod koszem nie ustępuje Jordanowi ani o krok. Dał się zablokować debiutantowi Thornwellowi, ale to wypadek przy pracy jedynie. Pomaga mu świetnie dysponowany rzutowo Covington i Simmons, który momentalnie potrafi znaleźć się pod koszem przeciwnika. Z drugiej strony Griffin ma problemy, Dario Saric wytrzymuje jego napór i gdyby nie punkty Williamsa w drugiej części kwarty byłoby źle. Philly znakomicie wykorzystuje nieuwagę obrony Clippers zdobywając proste punkty. W drugiej kwarcie budzi się Griffin i jest nie do zatrzymania – 16 punktów na ponad 70% skuteczności. 76ers zwolnili, Redick wciąż nie umie się wstrzelić, zwolnił Simmons, Covington również mało widoczny w tej części. Przed przerwą +2 dla gości, choć w pewnym momencie było już +14.

Trzecia kwarta bez zmian – po stronie Clippers to Griffin jest pierwszą opcją, po stronie 76ers drużynę prowadzi Embiid, który dzisiaj bardzo dobrze wymusza przewinienia, przez co zarówno DeAndre jak i rezerwowy Willie Reed mają problemy z faulami. Po stronie gości smuci fatalne spotkanie Saricia, który nie umie się wstrzelić. Generalnie Philly dzisiaj tragicznie rzuca zza łuku, gdyby nie Covington to mogliby nie mieć 10% za trzy. Clippers w tej części obejmują prowadzenie, po raz pierwszy od początku pierwszej kwarty.

Ostatnia ćwiartka to nie był popis najlepszej koszykówki w wykonaniu gospodarzy. Wchodzili w tą część gry z niewielką przewagą, ale dla nich mecz się chyba skończył po 3 kwarcie. Spadli do 36% FG, i o ile po przerwie już ich atak miewał kłopoty to nadrabiali to obroną i wymuszeniem strat. W 4 kwarcie pozwolili niedoświadczonym graczom Philly na 53% skuteczności z gry. Blake w tej części oddał 4 rzuty, w tym 2 airballe i 0 punktów. Jordan wypadł za faule. Jedynie Lou Williams trzymał ich w grze. Po drugiej stronie Covington odpalił dwie niezwykle istotne trójki i przypieczętował wynik na linii rzutów wolnych.

Clippers po świetnym starcie grają tragicznie i jeśli się nie obudzą szybko to powodzenia w odrabianiu strat na Zachodzie. To już nie o przewagę parkietu chodzi, a o awans do playoffs. Philadelphia z kolei – bez skutecznej gry zza łuku, polegała na bardzo przyjemnym dla oka ataku pozycyjnym i potworze w środku – Embiid pokazał się dzisiaj ze znakomitej strony.

Los Angeles Clippers – Philadelphia 76ers: 105:109

  • Fatalny mecz DeAndre Jordana. 2 punkty, 5 zbiórek i 6 fauli. Już nawet nie chodzi o brak wykorzystania go w ataku, ale o obronę. Embiid robił z nim co chciał, jeśli nie punktował to wymuszał faul. Były kandydat do DPOTY. Doc musi znaleźć na niego pomysł, albo się go pozbyć.
  • Griffin dobrze przez 3 kwarty, ale na kluczową część meczu nie wyszedł. Szkoda bo liczyłem na dokończenie rywalizacji z Joelem
  • Fajnie pokazali się debiutanci Evans i Thornwell, widać że chcą się pokazać i wykorzystać szansę. Dzisiaj grali o niebo lepiej od Riversa, od Johnsona w sumie też choć to nie jest trudne
  • Clippers w ogóle nie dzielą się piłką w ataku, masa ich akcji opiera się na dwóch trzech podaniach, to nie ma racji bytu w walce o najwyższe laury.
  • Po stronie 76ers, Embiid pełna dominacja. Gdyby jeszcze trafiał wolne na swoim poziomie, to uniknęliby crunchtime. +23 z nim na boisku 32 pkt, 16 zbiórek. Trafiał półdystans, trafiał pod koszem, dobrze reagował na podwojenia (choć nie obyło się bez strat). Całkowicie zdominował strefę podkoszową.
  • Robert Covington is for real. Z wielką lekkością trafia swoje rzuty i potrafi się znaleźć w odpowiednim miejscu i czasie. To jego dwie trójki przesądziły o wyniku, do spółki z Joelem wygrali to spotkanie.
  • Simmons dobrze punktował, w większości po wsadach (7/9 celnych to dunki). Jeśli tylko nauczy się rzucać, nikt go nie zatrzyma. Już się nie mogę doczekać jego pojedynków z Giannisem za 2-3 lata.
  • Saric dzisiaj fatalnie – w obronie jeszcze utrudniał rzuty Blake’a, ale w ataku nie tylko nie potrafił trafić, ale był pasywny niezwykle. Szkoda bo on potrafi grać efektownie i ograniczenie go do roli strzelca za trzy to trochę marnotrawstwo. Może po powrocie Fultza, warto go będzie ustawić jako lidera ławki?
  • Sixers pięknie potrafią dzielić się piłką. Nie bez powodu są drudzy w liczbie asyst na mecz. Cieszy to szczególnie przy tak młodej drużynie, jeśli już na początku swych karier nauczeni są grać zespołowo.

Kopiuj link do schowka