Bronić zakazano – Preseason #5

14/10/2016
Lakers Kings 13.10

O ile w każdym poprzednim spotkaniu można było chwalić jakiegoś obrońcę lub całą formację, tak teraz nie ma sensu szukać pojedynczych dobrych zagrań. Okazałoby się, że mieliśmy takie tylko w trzeciej kwarcie. Okazałoby się również, że stworzyły tylko pozory szansy wygrania tego meczu.

Kings dali odpocząć DeMarcusowi Cousinsowi. Cieszył się z tego każdy podkoszowy Lakers. Nikt nie sądził, że wchodzący z ławki Anthony Tolliver urządzi im piekło. Były gracz Pistons siekał z dystansu lepiej od Lillarda, a nasi silni skrzydłowi woleli bronić go na radar. Trafił ostatecznie wszystkie(!) siedem rzutów za 3. Anthony nie był jedynym gościem, który nas karcił z ławki. Zamiast Ty Lawsona grał dzisiaj dla Sacramento Jordan Farmar. Nasz były rozgrywający spisał się dużo lepiej od Calderona. Dał nam się we znaki rzutowo (4/5 celnych trójek) i nie oddawał tego w obronie.

Biegaliśmy jak kury bez głów. Rozrzucali nami we wszystkie strony i znajdowali czyste pozycje bez przerwy. Z Tolliverem na parkiecie kończyło się grą 4 zawodnikami na obwodzie. Jeśli my przechodziliśmy w small ball, grali do kosza i również nie mieli większych problemów z punktowaniem. Ostatecznie skończyli mecz na skuteczności 58% z gry i 62% z dystansu. Przejechali się po nas czysto sportowo i wygrali na płaszczyźnie taktycznej. Mecz zakończył się dla nas lepszym wynikiem (104:116), niż pokazywała to gra

Dość o obronie, pora skupić się na przyjemniejszej do oglądania części naszej gry. W ataku było podobnie do pierwszego spotkania z Kings. No może za wyjątkiem jeszcze lepszej gry D’Angelo Russella. Po meczu z Blazers wróciła łatwość zdobywania punktów. Trójki, akcje à la Rondo i wymuszanie osobistych, wszystko było i wpadało. 31 punktów w 14 rzutach z gry mówi samo za siebie, ale nie tylko dlatego należą mu się pochwały. Pierwszy raz w tym preseason przekroczył barierę 6 asyst i od razu zrobił ich 11. Wyglądał jak numer 1 zeszłorocznego draftu, gdybyśmy zapomnieli na chwilę o istnieniu Townsa.

A pozostali? Jordan Clarkson też dał trochę powodów do zadowolenia. Nie zbliżył się do poziomu Russella, ale był drugim strzelcem drużyny. Tym razem nie robił za rozgrywającego na parkiecie i skupił się na skuteczności swoich rzutów. Julius Randle nie miał swojego dnia. Zacznijmy od tego, że Walton powinien kategorycznie zabronić mu wychodzenie z piłką z naszej połowy. Z Blazers stracił ją w kluczowym momencie, a dzisiaj zrobił to dwukrotnie i tylko przewaga Kings się powiększała. Jeśli ograniczy kozioł i tunelowe widzenie, ma potencjał na jednego z najlepszych podających wśród podkoszowych. Dzisiaj zaliczył 5 asyst i to nie jest pojedynczy przypadek, gdy jest w tej klasyfikacji przynajmniej na drugim miejscu w drużynie. Kolejny raz błysnął Young. Trafił 3 z 4 prób z dystansu i mimo krótkiego czasu przebywania na parkiecie był trzecim strzelcem drużyny. Metta World Peace ma coraz mniejsze szanse zmieszczenia się w składzie, Luke nie zamierza zwalniać Younga z gwarantowanego kontraktu, jeśli jeszcze może dać coś tej drużynie. Pozostali obwodowi wcielili się w D’Lo i JC z poprzedniego meczu. Deng, Williams, Ingram i Calderon trafili 3 z 17 prób dystansowych i nie nadrabiali tego w innych elementach. Oprócz Randle’a, podkoszowi nie mieli wielkiego udziału w naszej grze. Żaden nie zaliczył nawet 20 minut i nie zmienili wydarzeń boiskowych.

To już jest nudne, ale jak zwykle przegraliśmy walkę na tablicach. Tym razem mieliśmy więcej zbiórek w ataku, ale ciężko zbiera się piłki na własnej tablicy, gdy rywal wszystko trafia. O ile przegrywanie zbiórek martwi, podobną ciągłość zachowujemy w stratach. Znowu mieliśmy ich mniej od rywala. Gdyby nie Julius, to moglibyśmy zakończyć mecz na jednocyfrowym dorobku. Szybko nauczyliśmy się grać w ataku pod nowym trenerem i z kilkoma nowymi twarzami na parkiecie. Podania nie stanowią problemu, a straty głównie są wynikiem gry jeden na jeden lub nie mieszczenia się w boisku przy wychodzeniu na wolną trójkę.

Przy bilansie 2:3 podejdziemy do dwóch spotkań z Warriors. W najbardziej optymistycznej wersji wydarzeń przewiduję, że skończymy rozgrywki przedsezonowe 3:5 po wygranej z Suns na końcu. Ale kto wie, może niedzielny poranek będzie niemal tak zaskakujący jak spotkanie z 6 marca i jeszcze wyjdziemy na zero do rozpoczęcia sezonu.

Kopiuj link do schowka