Big Shot Rob: Robert Horry

25/09/2017
Robert Horry USA TODAY Sports

Pralka „Frania” czyli relikt z czasów PRL była urządzeniem, które podobno było niezawodną maszyną. Nie było mi dane używać tego, co by nie mówić symbolu jeszcze nie tak odległej historii, ale pamiętam, że w dzieciństwie u babci wciąż pranie trafiało do pralki o posturze beczki. Właśnie taką „Franią” był Robert Horry. Był typem zawodnika, którego chce mieć w drużynie każdy trener, bo jak mogłoby być inaczej skoro prawie nigdy nie zawodzisz gdy piłka trafia w twoje ręce, a dodatkowo gdy dzieje się to w kluczowym momencie to Twoja skuteczność staje się jeszcze lepsza. Dla wielu znany, dla równie wielu będzie wielką zagadką. Przed wami Robert Horry.

Maryland

Urodził się w Harford Country w Maryland. Był synem wojskowego, a sierżant sztabowy Robert Horry Senior kilka dni po przyjściu na świat syna rozwiódł się z jego matką i bez cienia żalu czy jakichkolwiek wątpliwości przeniósł się do Południowej Karoliny. Z matką zamieszkał w Andalusii w Alabamie, malutkim 10 tysięcznym miasteczku. Początkowo było mu bardzo ciężko, ale nie ze względów finansowych. W tej kwestii ojciec był niezawodny jak na wojskowego przystało. Alimenty zawsze były na czas, tylko że znacznie gorzej prezentowała się statystyka czasu spędzanego z synem. Wiele zmieniło się dopiero gdy Junior dorastał. Ojciec został przeniesiony do bazy wojskowej w stanie Georgia i widywał się z synem co tydzień. Odległość jaka dzieliła ich od siebie wciąż była spora, jednak Senior postanowił nadrobić stracony czas i zająć się synem jak tylko potrafił wynagradzając mu wczesne dzieciństwo. Nigdy nie zdarzyło się, żeby opuścił spotkanie. Przez długi czas brakowało mu ojca, a de facto wychowało go boisko. Boisko, na którym to on dyktował warunki. Grając w ostatniej klasie ogólniaka został wybrany najlepszym graczem szkół średnich w całym stanie. Alabama dała mu koszykówkę, kontakt z ojcem i warunki do rozwoju, a on postanowił niczym Jesus Shuttlesworth w filmie „He Got Game” pozostać w rodzinnych stronach. Pomimo ofert z wielu uniwersytetów do właśnie University of Alabama miał się stać dla niego trampoliną do wielkiej kariery w profesjonalnej koszykówce.

Pod batutą Wimpa Sandersona stał się starterem akademickiej drużyny. Wychodził w pierwszej piątce w 103 z 133 rozegranych meczów w barwach stanowego uniwersytetu. Razem z krnąbrnym Latrellem Sprewellem doprowadzili uczelnie do 3 wygranych w turniejach konferencji i dwa razy znaleźli się w Sweet 16 NCAA. Przez dokładnie 4 sezony gry Roberta zespół osiągnął świetny bilans: 98 wygranych i zaledwie 36 przegranych spotkań, a sam Horry ustanowił rekord uczelni w blokach. Jego obrona robiła potężne wrażenie, co przełożyło się na powołanie do najlepszych drużyn konferencji, jak i do piątki najlepszych „stoperów”. Karierę zaczynał w oszałamiającym tempie, a fani University of Alabama powszechnie twierdzili, że w NBA znajdzie się kolejny zawodnik z rodowodem Crimson Tide, czyli akademickiej drużyny koszykarzy. Nie mylili się.

Houston Rockets

Już na studiach wiadomo było, że potrafi trafiać trudne rzuty i wgryźć w zęby w parkiet oby tylko zasłonić przeciwnikowi drogę do kosza. Cechy, które ceni każdy trener dały mu angaż w lidze i to z wysokim, bo aż 11 numerem w drafcie z 1992 roku. Trafił do Houston Rockets w ich najlepszej fazie w całej historii. Za dosłownie parę lat prowadzone przez Olajuwona Rakiety miały sięgnąć po pierwszy w historii tytuł mistrzów NBA, a następnie go obronić. Jednak Robert Horry nie był postacią, która po prostu trafiła do dobrej drużyny o dobrym czasie. To nie był Norris Cole z czasów Miami Heat, który po dziś dzień ma więcej pierścieni niż Chris Paul, Charles Barkley, Carmelo Anthony, Shawn Kemp, Patrick Ewing, Karl Malone i John Stockton razem wzięci. Horry stał się kluczowym elementem układanki trenera. Nawet bez dużej wiedzy fizycznej i matematycznej wiemy, że rakieta do startu potrzebuje sporej dawki paliwa i właśnie tymi „płucami” był Horry. Harował w obronie za połowę pierwszej piątki, a do tego dokładał niesamowicie trudne rzuty w ataku. Robert był niezniszczalny. Wydawać by się mogło, że nie odczuwa żadnego zmęczenia. W finałach NBA wspiął się na wyżyny swoich możliwości. Ustanowił własny rekord 7 przechwytów podczas meczu i postanowił zabawić się w ataku, trafiając pewnego razu pięć „trójek” w ciągu kwarty. Był niesamowity.

Big Shot Rob

Wiecie, pseudonim w NBA to jednak sprawa dosyć istotna. Chociażby Human Highlight Reel, The Glyde, Flash, czy The Mailman to już legendy. Najpierw na swoją kolokwialnie mówiąc „ksywkę” trzeba solidnie zapracować. Właśnie to robił Robert Horry podczas swojej kariery w Rockets. Na filmie powyżej możecie sprawdzić sobie jego 10 najlepszych zagrań z całej kariery, które zaprezentował w playoffs. D’Angello Russel podobno ma w swoich żyłach lód, ale jeżeli mamy skłonić się do tej koncepcji to trzeba powiedzieć, że w krwiobiegu Roberta Horrego znajdziemy ciekły azot. Przecież wszystkie te zagrania to tzw. „clutch plays”! Sztylety, które niczym wprawny skrytobójca wbijał w serca przeciwników, a to nie wszystko. Wiele razy zapewniał swojemu zespołowi wygraną, bądź wyplątywał go z największego bagna, ale co najważniejsze, nawet jeżeli nie trafiał, to koledzy wciąż mu ufali. Zdarzało się to niezwykle rzadko, ale „Big Shot Rob” też miewał gorsze dni i wtedy zawodził, tyle że niczego to nie zmieniało. Robert Horry dla kolegów z drużyny zawsze był człowiekiem, któremu bez cienia wątpliwości można oddać piłkę w ostatniej sekundzie meczu. Polegali na nim bezwarunkowo.

Oddajesz zbyt mało rzutów Rob!

W 1996 roku zakończył się sen Roba związany z Houston. Razem z Samem Cassellem, Chuckym Brownem i Markiem Bryantem został wymieniony za Charlesa Barkleya. Wiecie dlaczego Horry wyleciał ze składu Rakiet? Krytykowano go za to, że oddaje za mało rzutów w meczach. Całkiem poważnie. Chciano mu włożyć na plecy ofensywę i defensywę drużyny. Pewnie dla 99% koszykarzy nie było by problemem zwiększenie liczby prób rzutowych. Ba! Dla większości była by to woda na młyn. Więcej rzutów równa się przecież więcej punktów. Ale Rob był inny. W końcu pseudonim „Big Shot Rob” nie wziął się znikąd. Horry rzucał do kosza wtedy kiedy miał naprawdę dobrą pozycję, lub wtedy kiedy musiał. Całą resztę jego gry tworzyła zaciętość i obrona, co przyczyniło się do tego, że wylądował w Arizonie. Nie układało mu się tam najlepiej, głównie za sprawą ojca dzisiejszych sukcesów Boston Celtics. Mówiąc bez ogródek, doszło do tego, że Robert po prostu rzucił ręcznikiem w swojego trenera, którym był wtedy ten miły facet, jakim jest dziś Danny Ainge.

Oczywiście władze klubu nie puściły mu płazem takiej niesubordynacji. Został zawieszony i oddany do Lakers za… Cedrica Ceballosa, czyli… no właśnie. Facet miał prawdziwe szczęście jeżeli chodzi o dobór drużyn bo zaledwie 3 lata po transferze Lakers zdobyli mistrzostwo NBA, które potem dwukrotnie obronili. Kobe Bryant, Shaquille O’Neal, Horace Grant, czy żelazny A.C Green byli napakowani głodem sukcesu do granic własnych możliwości. Robery Horry stał się dla Jeziorowców „super rezerwowym”, zawodnikiem od brudnej roboty. Średnio 22.2, 20,1 i 26.4 minuty w ciągu 3 mistrzowskich sezonów z Los Angeles nie są powalającymi liczbami, jednak to w dużej mierze dzięki jego grze udało się sięgnąć po 3Peat. Jeżeli zastanawiacie się jak wyglądała jego rola w drużynie, to popatrzcie na Jamala Crawforda za czasów Clippers. Nie jest to może idealny przykład, bo Crawford graczem był i jest stricte ofensywnym ale jeżeli chodzi o atak to funkcje spełniali podobne. Czy to, że był rezerwowym miało jakieś znaczenie w ostatnich minutach ? Nie. Jeżeli tylko był wolny lub musiał oddać rzut piłka trafiała prosto w jego ręce, a on zamieniał okazje na punkty.

Komandos Poppovicha

Po sezonie 2002-03 Horry stał się wolnym agentem. Wkraczał w okres, w którym najważniejsza stała się dla niego rodzina, która w większości mieszkała w Houston. To zadecydowało o wyborze San Antonio. Oba miasta są oddalone o zaledwie kilkaset kilometrów, co na warunki USA nie jest bardzo daleką drogą. Ponownie stał się rezerwowym, który był jednak w stanie diametralnie odmienić losy meczu. Ponownie to słowo, które bardzo często będzie powtarzać się w tym tekście a to za sprawą tego, że Robert Horry oprócz tego, że był powtarzalny jak komputer to zawsze trafiał w dobre miejsce do gry w koszykówkę. Najlepsi w historii Houston Rockets, Lakers nawiązujący do sukcesów Magica i Karema i w końcu San Antonio Grega Popovicha. Mariaż idealny. Szczęśliwy talizman z komputerem pokładowym w ręce i trener, który dopiero miał się stać jednym z najlepszych w historii. Karierę Robba podsumowały dwa tytuły mistrzowskie wywalczone ze Spurs i pomimo tego, że przez większość swojej kariery spotkania zaczynał na ławce rezerwowych i spiker nie wyczytywał jego nazwiska na przedmeczowej prezentacji pierwszych piątek, na zawsze zapisał się w annałach historii basketu.

Adam Szczepaniak

 

Kopiuj link do schowka