Biali nie potrafią skakać #8 John Stockton

05/01/2016

Możliwe że od niego powinienem ten cykl zacząć. Od niego, albo od Larryego Birda. Najlepszy podający w historii NBA, który drugiego na liście wszechczasów Jasona Kidda wyprzedza o blisko 4 tysiące kończących podań. Także najlepszy w historii NBA przechwytujący. Jeden z kilku największych, którym nie było dane założyć mistrzowskiego pierścienia. I chyba najbardziej skromny i niepozorny spośród koszykarzy, którzy cieszyli się gwiazdorskim statusem.

To ostatnie zjawisko doskonale obrazuje sytuacja, jaka miała miejsce w trakcie Igrzysk Olimpijskich w Barcelonie w 1992 roku. Członkowie Dream Teamu w trakcie pobytu w Hiszpanii cieszyli się statusem pół-bogów. Nie dawali im wytchnienia fani, dziennikarze oraz inni sportowcy, którzy w istocie od fanów niczym się nie różnili. Każdy chciał mieć autograf MJa, przybić piątkę z Birdem, zdobyć zdjęcie z uśmiechniętym Magiciem. Dlatego też koszykarze, dla których lato zwyczajowo było okresem urlopowym, zaszyli się w hotelu łapiąc oddech między wyczerpującymi sezonami. Wyjątkiem był Jordan, spędzający niemal każdą wolną chwilę na polu golfowym, i Barkley, który prowokacyjnie wręcz, co wieczór wybywał na wędrówki wzdłuż La Rambli. No i był jeszcze John Stockton. Ten ostatni też bez problemów opuszczał hotel, z tym że nie jak Sir Charles, by upajać się własną popularnością, ale by najnormalniej w świecie spacerować z rodziną i podziwiać uroki stolicy Katalonii. A co z tłumami oszalałych na punkcie Dream Teamu kibiców? Johnowi owe tłumy nie zagrażały. No bo kto by się zainteresował tak zwyczajnym facetem? Zresztą zobaczcie sami:

Sponsor serwisu

Początki

John Stockton przyszedł na świat w Spokane, w stanie Waszyngton w roku 1962. ?ycie w tym 200-tysięcznym mieście położonym nieopodal granicy z Kanadą tak spodobało się młodemu koszykarzowi, że po ukończeniu szkoły średniej, choć miał oferty stypendialne z wielu uczelni, zdecydował się na pozostanie w Spokane i granie dla miejscowych Gonzaga Bulldogs. Także po zakończeniu profesjonalnej kariery koszykarskiej Stockton wrócił w rodzinne strony. W drużynie uniwersyteckiej jego rola rosła z każdym kolejnym sezonem, co przejawiało się w poprawiających się statystykach indywidualnych tego niepozornego rozgrywającego. Seniorski sezon Stocktona w Gonzadze zwieńczyło zaproszenie na zgrupowanie przedolimpijskie reprezentacji narodowej prowadzonej przez trenera Boba Knighta. I choć ostatecznie Stockton odpadł na przedostatnim etapie selekcji (podobnie jak m.in. Charles Barkley), to i tak znalezienie się wśród 20 najlepszych uniwersyteckich koszykarzy w kraju dla chłopaka z mało prestiżowej uczelni, musiało być sporym wyróżnieniem.

Było też sygnałem dla skautów z NBA. Gdy John zgłosił się do udziału w drafcie 1984, początkowo nikt nie dawał mu szans na wybór w pierwszej rundzie. Niski, bo mierzący niespełna 185 cm wzrostu, do tego o posturze szkolnego kujona, kompletnie nie przypominał kogoś, kto miał stać się ikoną zawodowego sportu. To co jednak John pokazał w trakcie przedolimpijskich campów zrobiło wrażenie na tyle duże, że Utah Jazz nie zawahali się poświęcić na niego 16. numer draftu. Z dzisiejszej perspektywy śmiało możemy powiedzieć, że spośród 15 drużyn które pogardziły Stocktonem, jedynie Bulls wybierając Jordana, Rockets Olajuwona i 76ers Barkleya nie popełnili głupstwa.

Związek doskonały

Gdy jesienią 1984 roku John wybiegał na parkiet w Utah, nikt nie mógł przypuszczać, że oto rozpoczyna się jedna z trzech najdłuższych karier w historii NBA, a ten chuderlawy obrońca rozegra aż 16 sezonów, w których nie opuści ani jednego meczu. W ogóle w trakcie całej 19-letniej kariery John pauzował jedynie w 23 spotkaniach! Konsekwentnie przez 9 kolejnych sezonów w latach 1987-1996 był też najlepszym podającym ligi, a jego średnia asyst z całej kariery to 10,5. ?aden inny zawodnik nie może pochwalić się w tej kategorii wynikiem dwucyfrowym. Imponujący jest też fakt, że Stockton nigdy nie uświadczył sezonu, w którym jego zespół byłby poza playoffs. No i oczywiście całą przygodę z NBA spędził reprezentując barwy jednej drużyny.

Graczem pierwszej piątki został Stockton stosunkowo późno, bo w swoim czwartym sezonie spędzonym w NBA. Nie znaczy to jednak, że wcześniej na niego nie stawiano. Grywał po ok. 20 minut na mecz, notował sporo asyst, ale prawdziwa eksplozja jego talentu miała miejsce dopiero, gdy w Salt Lake City zarządzono przebudowę składu, a John zastąpił na pozycji pierwszego rozgrywającego Rickeya Greena. Statystyki od razu zaczął wykręcać imponujące. Blisko 15 pkt. na mecz, 13,8 as. i równo 3 przechwyty. Jeszcze większe wrażenie robiły jednak cyferki Karla Malone, też na poziomie double-double. Silny skrzydłowy, który do draftu zgłosił się w roku 1985, w dużej mierze dzięki podaniom Stocktona właśnie mógł zdobywać blisko 28 pkt. w meczu, co windowało go do elitarnego grona najlepszych strzelców ligi. Prowadzonym przez ten duet Jazz udało się również przedrzeć w końcu przez pierwszą rundę playoffs. Wiele wskazywało, że w Salt Lake City nastaną tłuste koszykarskie lata.

Ale oczekiwany postęp nie nadchodził, przynajmniej nie od razu. Indywidualnie obaj koszykarze się rozwijali, drużyna w sezonie zasadniczym notowała coraz lepsze bilanse na finiszu rozgrywek, nie przekładało się to jednak na sukces w decydujących momentach. Nie pomogło zatrudnienie w roli pierwszego szkoleniowca Jerryego Sloana, ani to, że duet Stockton-Malone stał się zabójczą maszyną do wykręcania pick&rolli. Zwiastunem pewnych zmian na lepsze były dopiero ruchy transferowe poczynione przez sztab menadżerski Jazz na początku lat 90. Malone i Stockton otrzymali wsparcie, m.in. w postaci obrońcy Jeffa Malone, i z drużyny solidnej w regular season wyrośli na jedną z 2-3 najmocniejszych ekip Konferencji Zachodniej. Problem w tym, że zawsze znalazł się ktoś lepszy. W roku 1992 dotarli do finału Konferencji, ulegając jednak Portland Trail Blazers. W dwa lata później osiągnięcie to powtórzyli, a tym razem mocniejsi okazali się Houston Rockets. Rok 1996 miał być przełomowy, ale rewelacją rozgrywek na zachodzie byli Seattle Supersonics, których w finale zastopowali dopiero jordanowscy Bulls. Zniecierpliwienie wśród Jazzmanów, jak i ich kibiców narastało.

Dream Team

Udział Karla Malone’a w Dream Teamie był niemal pewny od momentu, gdy rzeczywistym stało się powołanie takiego zespołu. Listonosz w końcu uważany był za jednego z dwóch najlepszych PF ligi. Tym drugim rzecz jasna był Charles Barkley, który po latach zwykł złośliwie zauważać, że Malone większość swoich ofensywnych dokonań zawdzięczał asystującemu mu Stocktonowi. “Gdybym ja miał swojego Stocktona, nawet byście się nie zastanawiali, który z nas był lepszy” , odcinał się Sir Charles współprowadzącym Inside the NBA. Nie da się ukryć, granie u boku Johna musiało być dla Karla nie lada handicapem. Ale gdy szło o skompletowanie pierwszej olimpijskiej reprezentacji USA składającej się z zawodowców, trener Detroit Pistons Chuck Daly ze Stocktonem miał problem. A w zasadzie nie tyle z nim, co ze swoim klubowym podopiecznym Isiah Thomasem.

Na przełomie lat 1991/1992 John bez dwóch zdań był najlepszym podającym ligi, niekwestionowanym królem asyst i przechwytów, ale czy czyniło go to najlepszym PG w NBA? Można było mieć co do tego wątpliwości. Starszy o rok Thomas zdaniem większości ekspertów był zawodnikiem cenniejszym, twardszym i o wiele bardziej utytułowanym. No i był jeszcze Earvin Magic Johnson, kończący swoją przygodę z NBA i rozpoczynający walkę z HIV, który sportowo lata świetności miał już za sobą, ale był w końcu Magiciem. No i to właśnie on był najbardziej zapalony do tego, by wizję Dream Teamu urzeczywistnić, to on przekonał do udziału w projekcie Birda, a przede wszystkim Jordana. I tu sytuacja się komplikuje. Bez tego ostatniego mowy o słowie “dream” w nazwie reprezentacji być nie mogło. W dodatku Jordan postawił dwa warunki. Głośno i oficjalni mówił: “zagram jeśli zagrają Larry i Magic”, oraz już po cichu: “nie ma mowy bym wystąpił w jednej reprezentacji z Thomasem”. Jordan mógł sobie na to pozwolić. Wraz z Patrickiem Ewingiem i Chrisem Mullinem swoje złote medale olimpijskie zdobyli w roku 1984. Trener Daly przystał na warunki Jordana, zrezygnował z Thomasa, którego miejsce zajął Stockton. Rozgrywający Jazz o starcie na Igrzyskach marzył, ale stać się wrogiem nr 1 dla lidera Bad Boys nie zamierzał.

Rozgrywki ligowe przed wyjazdem do Barcelony latem 1992 roku Stockton zapewne zapamięta głównie przez pryzmat potyczek z Pistons. Isiah robił co mógł, by w meczach przeciwko Utah pokazać wszystkim w USA, że to on właśnie zasługuje na bycie drugim obok Magica rozgrywającym olimpijskiej reprezentacji. Stockton, choć w istocie bardzo często faulował i był uznawany, słusznie zresztą, za świetnego obrońcę, pozbawiony był morderczych instynktów. Zupełnie inaczej niż Thomas. Dlatego też ze starć z pałającym rządzą zemsty Isiahem wychodził mocno poobijany. Tak fizycznie, jak i mentalnie. Gdy w listopadzie 1991 roku zawitał z Jazz do Detroit, nakręcony Isiah rzucił mu 44 punkty. Double-double Stocktona na nikim wówczas wrażenia nie zrobiło. Gdy miesiąc później, tym razem w Salt Lake City już, Thomas kontynuował swoja wendettę, Stocktona w obronę wziął Malone. Po tym jak playmaker Pistons zdobył kilka punktów ogrywając bezczelnie Stocktona, Malone zdecydował się na rozwiązanie więcej niż zdecydowane. Najnormalniej w świecie trzasnął w twarz wbijającego się pod kosz Thomasa. Niższy o ponad 20 cm i lżejszy o jakieś 40 kg od skrzydłowego z Utah Isiah pofrunął niczym szmaciana lalka, wylądował poza parkietem z solidnie zakrwawioną twarzą, by chwilę później zostać wyniesionym z hali przez Laimbeera. Mecz dla lidera Tłoków się zakończył, w szpitalu założono mu czterdzieści szwów. Dla Malonea oczywiście też był to koniec potyczki, ale ten swój cel zrealizował, ochronił przyjaciela.

Choć sportowo Isiah Stocktona atakował, ten znany z ciętego języka koszykarz nigdy nie uderzył w swojego rywala na płaszczyźnie prywatnej, nigdy nie kwestionował jego umiejętności sportowych. Po prostu czuł się lepszy i pokrzywdzony. Po zakończeniu afery z nominacjami do Dream Teamu nawet zdobył się na telefon do ojca Johna, by móc mu osobiście przekazać, że szanuje jego syna i uważa go za wielkiego koszykarza. John to docenił. Po latach, gdy otrzymał zaproszenie do koszykarskiej Hall of Fame, poprosił właśnie Thomasa, by ten towarzyszył mu w trakcie ceremonii.

Sam udział w turnieju olimpijskim musiał być dla Stockton sporym rozczarowaniem. W wyniku kontuzji nie grał tyle ile mógł. Przykro musiało mu być tym bardziej, że w drużynie panowała zasada, że minuty rozdzielane są mniej więcej po równo, nie ma faworyzowania nikogo. Do kontuzji doszło w trakcie mistrzostw Ameryki, turnieju eliminacyjnego do Igrzysk. W wyniku niefortunnego zderzenia z Jordanem Stockton złamał nogę. Konieczne było osiem tygodni leczenia. Trener Daly zamierzał odesłać Stocktona, ale ten wyprosił, by szkoleniowiec pozwolił mu się wykurować. Było to możliwe z dwóch powodów. Po pierwsze Dream Team górował nad rywalami do tego stopnia, że spokojnie mógł poradzić sobie z jednym rozgrywającym. Po drugie Daly dopiero co uporał się z zamieszaniem wokół pominięcia Thomasa. Poszukiwania kolejnego rozgrywającego, który jednocześnie wciąż nie mógł być playmakerem Pistons, tylko by odgrzały aferę. Podsumujmy, John Stockton na Igrzyskach wystąpił jedynie w dwóch meczach, w trakcie których zdobył łącznie 10 pkt., 12 asyst i jeden przechwyt. I oczywiście złoty medal.

Niespełnienie

Do sezonu 1996-97 Stockton przystępował mając już 34 lata na karku, Karl Malone był tylko o rok młodszy. Oni, jak i prowadzący Jazz trener Jerry Sloan przeczuwali, że może być to ich ostatnia szansa na wspólne dokonanie czegoś wielkiego.

Rozgrywki rozpoczęli zmotywowani i skoncentrowani. Do ligi przybyło nowe pokolenie młodych, piekielnie zdolnych i jeszcze bardziej ambitnych zawodników. Niektórzy z nich trafiali na parkiety NBA wprost ze szkół średnich. Jazz w tej coraz bardziej promującej indywidualności lidze, stawiali na kolektyw. Stockton nie zdobył po raz 10. z rzędu tytułu najlepiej podającego, wyprzedził go Mark Jackson z Indiana Pacers, ale nie to było najważniejsze. Istotny był bilans na koniec sezonu, 64-18. Na zachodzie nikt nie mógł mieć wątpliwości, że to właśnie Jazz są najmocniejsi. Rewanżu na Seattle jednak nie było. Ponaddźwiękowcy odpadli z Rockets, stąd Jazz mogli się jedynie odkuć Olajuwonowi za finały Konferencji 94. Problem Stocktona i jego kumpli polegał jednak na tym, że na wschodzie dzielili i rządzili Bulls.

Granie w erze jordanowskiej musiało być piekielnie frustrujące. Przegrana 2-4 w 1997 roku ujmy im nie przynosiła, ale po wyjściu ze stanu 0-2, doprowadzeniu do remisu 2-2 i przy rozgrywaniu piątego meczu w Delta Center, porażka w całej serii musi boleć. Tym bardziej że pamiętne piąte spotkanie, w którym ostatecznie Jordan i spółka wygrali zaledwie dwoma punktami, było do zgarnięcia.

Jazz zebrali się jednak w sobie raz jeszcze. Sezon 1997-98 zakończyli na szczycie Konferencji Zachodniej, ale tylko o jedną wygraną mieli lepszy bilans od Lakers i Supersonics. W playoffs radzili sobie jednak zaskakująco łatwo, m.in. wygrywając z San Antonio do jednego i z L.A. Lakers do zera. W finale ponownie czekali na nich Bulls. Stockton grał już wtedy jak na siebie bardzo oszczędnie. W regular season spędzał na parkiecie średnio jedynie 29 minut, podczas gdy od 1987 roku nie schodził poniżej 35. Jazz mieli jednak na tyle mocny skład, że mógł sobie na to pozwolić.

W Finałach 98 podopieczni Sloana ponownie ulegli Bulls 2-4. Była to rywalizacja przedziwna. Po pierwsze drużyna z Chicago okazywała już wszelkie oznaki zmęczenia okresem dominacji na parkietach NBA. Z racji wieku i kontuzji liderów mieli do tego prawo. Po drugie zdarzył się przedziwny mecz nr 3, kiedy to Byki zdemolowały Jazzmanów, pozwalając im na zdobycie zaledwie 54 punktów. To niechlubny rekord w historii NBA. Stockton uzbierał w tym spotkaniu jedynie 2 oczka, oddając przy tym tylko 4 rzuty, zaliczył też 7 asyst. Mecz ten nieco zakłamuje losy całej serii, w której wszystkie pozostałe spotkania były więcej niż zacięte i wyrównane, a ich losy decydowały się w ostatnich sekundach. Ten decydujący Chicago wygrało zaledwie punktem, a ostatnia akcja rzutowa Jordana przeszła do annałów koszykówki.

Nudziarz

Stockton opuścił parkiety NBA po sezonie 2002-03. Jego przyjaciel i niemal odwieczny kompan, Karl Malone, powędrował jeszcze do Los Angeles, by jako Jeziorowiec poszukać mistrzostwa. Znowu był blisko. Wspierając młode gwiazdy z Miasta Aniołów po raz trzeci dotarł do finałów. I po raz trzeci w nich przegrał. To trochę pechowe, że Utah po rozpadzie Bulls nie potrafili zdobyć się na jeszcze jeden marsz na szczyt. Na ich nieszczęście byli drużyną, której liderowali przedstawiciele pokolenia schodzącego już ze sceny. Młodzi i wygłodniali sukcesów gracze pokroju Tima Duncana, Kobego Bryanta i Shaquillea ONeala napierali mocno, dla podstarzałych Jazz zdecydowanie za mocno.

W październiku ubiegłego roku sportowe media w Ameryce obiegła informacja, że John Stockton, wcześniej przymierzany do posady trenera Jazz, objął funkcję asystenta żeńskiej drużyny Uniwersytetu w Montanie. W dużej mierze najpewniej z uwagi na córkę, która tam występuje. Ta posada świetnie pasuje do skromnego, stroniącego od rozgłosu i blasku fleszy Stocktona. Pamiętam jak kiedyś ktoś już nie pamiętam kto porównał jego grę do seksu. Seksu w pozycji misjonarskiej. Czyli jest fajnie, miło, ale przed kumplami raczej już nie ma czym się chwalić.

Kopiuj link do schowka