5 wygranych tegorocznych finałów

20/06/2016
Kyrie Irving

Każdy sezon, każda runda play-off, każde finały przynoszą ze sobą zwycięzców i pokonanych. Dzisiaj przeczytacie kto według nas znalazł się w obu tych kategoriach. Zaczniemy jednak od tej przyjemniejszej.

5. Cleveland

Sponsor serwisu

52 lata czekali w Cleveland na mistrzostwo w jednej z lig zawodowych. Zapewne nie jest to rekord, bo są inne miasta, w których czeka się dłużej, albo nigdy nie było sukcesu, ale to o Cleveland zawsze się mówiło. Tym razem jednak koniec z tym odliczaniem. 52 lata i wystarczy. Od teraz nie będzie wyśmiewania, nie będzie liczenia, będzie szacunek i koniec z klątwą. Tylko szkoda, że nie powstaną już takie filmy jak Pierwsza Liga:

4. Draymond Green

Jeśli jest ktoś, kto nie zawiódł w Warriors to zdecydowanie Draymond Green. No może nie do końca, bo przecież dał się sprowokować LeBronowi i w efekcie kumulacji został zawieszony. Ale pomimo tego to on był MVP po stronie obrońców tytułu. To on grał swoje przez całą serię, wreszcie w meczu numer 7 to jemu nie drżała ręka, to on ciągnął Warriors do przodu. Stephen Curry i Klay Thompson się schowali, a Green w pierwszej połowie trafił 5 trójek, a w całym meczu 6. Kto wie czy nie skończyło by się 4-1, gdyby Green zagrał w meczu numer 5. Ale to gdybanie, które nic nie przyniesie. Green się wybronił i spokojnie może być chociaż z tego zadowolony.

3. Tyronn Lue

Jeszcze naście dni temu sam przypominałem, że mamy 15. rocznicę słynnego przejścia Allena Iversona nad Tyronnem Lue i śmiałem się z trenera Cavaliers. Teraz jednak czapki z głów, potrafił oczywiście z wielką pomocą swoich graczy, pokonać tego, który był uważany za trenera wybitnego. Lue pokonał w pojedynku bezpośrednim Steve’a Kerra, z każdym kolejnym meczem będąc bliżej niego, a na koniec triumfując. Udało mu się dotrzeć do swoich zawodników, znaleźć z nimi wspólny język, oddać im tyle przestrzeni, ile naprawdę potrzebowali, żeby błyszczeć, a samemu tylko sprytnie nimi manipulować.

2. Kyrie Irving

Zawodnik nr 1: 27,1 pkt., 3,9 as., 2,1 prz., 46,8% z gry, 40,5% za trzy, 2,1 trójki
Zawodnik nr 2: 22,6 pkt., 3,7 as., 0,9 prz., 40,3% z gry, 40,0% za trzy, 4,6 trójki

Kyrie Irving nakrył czapką w tych finałach Stephena Curry’ego. Normalnie przy takim porównaniu statystycznym i wzrokowym nie użyłbym takiego stwierdzenia, ale patrząc na to, jak Curry zdominował ligę w sezonie zasadniczym, odwrócenie ról w tych statystykach sprawiałoby, że i tak mówilibyśmy o co najwyżej średniej dyspozycji gracza Warriors. A Irving nie dość, że wspiął się na wyżyny swoich umiejętności w ataku, to jeszcze dawał w obronie zdecydowanie więcej niż miał w zwyczaju. Dzięki temu to Cavaliers mieli dwóch najlepszych graczy w tej serii na parkiecie, dopiero na trzecim miejscu Warriors i to nie był MVP ligi. Irving nieco ginie przy całym splendorze jaki spadł w ostatnich dniach na LeBrona, a bez niego to nie byłoby możliwe. W końcu to jego trójka była tą najważniejszą w meczu numer 7. Odszczekuję. Kyrie Irving to nie Steve Francis obecnej NBA.

1. LeBron James

James dokonał tego, czego wszyscy od niego oczekiwali, żeby stawiać go wśród najlepszych w historii koszykówki. Jakże łatwo i przyjemnie było go krytykować, gdy nie potrafił sprostać zadaniu. Gdy rok po roku przegrywał, a w tym było już 1-3 w finałach. Nie było łatwiejszego celu. W końcu Król koszykówki, w końcu najlepszy gracz na świecie i nie potrafi wygrać dla swojej drużyny, musi przenieść się do Miami i mieć obok siebie inne gwiazdy. W Cleveland też potrzebował gwiazd, ale potrzebował przede wszystkim takiej gry, jaką nam pokazał w tych finałach. Przed ich startem mówiłem w jednym z Coast to Coast, że jak będzie potrzeba, to James ma grać po 48 minut, bo tylko on jest w stanie wygrać dla Cavs mistrzostwo. Nie grał po 48 minut, ale grał strasznie dużo i grał wybitnie dobrze. Czapki z głów, taki zawodnik trafia się raz na pokolenie. Ja mam przyjemność oglądać już drugiego takiego gracza. To czysta przyjemność.

Kopiuj link do schowka