#3: Celtycki Ogródek – Gaz wciśnięty do dechy

11/11/2017
Kyrie Irving Boston Celtics fot. Brad Penner/USA TODAY Sports

celtycki ogródek

Tak, tak – Celtics są w gazie! Wydawało się, że kontuzja Gordona Haywarda zmniejszyła moc ich silnika, ale okazało się, że po szybkim pit-stopie w parku maszyn wrócili na tor z taką determinacją, że wszyli na czoło ligowego wyścigu. Kto by się spodziewał takiego rozwoju wydarzeń po Opening Night w Cleveland. Jest pięknie, przyjemnie dla oka, efektownie – basket wysokich lotów jeszcze bardziej rozkochuje nas w tym zespole. Za Celtami dni, w których wygrali sześć spotkań, wypełniając przy tym chyba wszystkie możliwe scenariusze. Wyliczamy – było przerwanie fatalnej serii przeciwko Spurs po przyspieszeniu w drugiej połowie, łatwy blowout na Kings, wielki comeback w Oklahomie, mozolnie wypracowane zwycięstwo w Orlando, wygrana po fenomenalnej grze lidera w crunchtime w Atlancie oraz rozprężenie z Lakers zakończone triumfem w wielkim klasyku.

Rzeczy, które widać gołym okiem i pod lupą

W Ogródku już nie trzeba krzyczeć „defense, defense”, bowiem Celtics mają najlepszą obronę w lidze i doskonale wiedzą co mają robić. Przekonują się o tym wszyscy rywale w mniejszym lub większym zakresie. W poprzednim odcinku rozpływałem się nad naszą postawą na bronionej stronie, więc pozwolicie, że nie będę się powtarzał. Pomimo momentami widocznych błędów, o których szerzej będzie w dalszej części, nadal imponujemy organizacją i skutecznością w obronie. Najlepszym potwierdzeniem naszej jakość niech będzie fakt, że za sześć ostatnich meczów w pierwszej dziesiątce najbardziej efektywnych zawodników w lidze, czyli z najlepszym średnim wskaźnikiem Player Efficiency Rating, jest aż czterech Celtów – Smart (+15,5 na 3. miejscu), Horford (+13,4 na 4. miejscu), Irving (+12,8 na 6. miejscu) i Tatum (+9,5 na 10. miejscu). Strach się bać! W meczu ze Spurs, kiedy w pierwszej połowie Irving biegał w obronie jak gość z Defensive Team of the Year, przez głowę przyszła mi myśl – „Cholera, może to właśnie dzięki lepszej obronie naszej jedynki mamy taką ścianę na bronionej stronie?”. Sami przyznacie, że samo pojawienie się takiego pytania już o czymś świadczy. Thomasa uwielbiałem, ale w defensywie nigdy nie był tak pracowity i produktywny jak Kyrie. Nikt nie spodziewał się, że Wujek będzie aktywny w obronie i przede wszystkim będzie radził sobie w niej z takim skutkiem z imponującą łatwością czytania gry przeciwnika.

Duet Irving-Horford wygląda jakby grał ze sobą od lat. Można było mieć zastrzeżenia do ich współpracy w pierwszych meczach sezonu, ale teraz? Szukają się na parkiecie, w trudnych momentach biorą na siebie odpowiedzialność za zespół i potrafią rozmontować obronę rywala. Ale oprócz tego zaimponowali mi również czymś innym. Kyrie w meczu przeciwko Kings, kiedy wynik był już bezpieczny, a zwycięstwo zapewnione, postanowił zwolnić kontratak i nie powiększać swojego dorobku kolejnym wjazdem pod kosz. Wszystko po to, aby poczekać na Tatuma i zaprosić go do gry z rywalem w post-up. Klasa. Niby na karku 25-lat, a w głowie tyle koszykarskiej inteligencji. W meczu z Thunder, kiedy goniliśmy i każda akcja była ważna, w pewnym momencie Jayson odpuścił krycie i dał się złapać na akcję and one. Wtedy Horford po ojcowsku objął młodziaka i spokojnym tonem wytłumaczył mu błąd oraz przekazał wskazówki do ich wyeliminowania w kolejnych fragmentach. Przy tej okazji przypomniały mi się pierwsze mecze Messiego w Barcelonie, kiedy to Ronaldinho wykładał mu piłkę do pustej bramki pomimo faktu, że sam mógł zdobyć gola pytając bramkarza o kierunek strzału. Takimi zachowaniami buduje się młodego zawodnika. Powiedzenie, że „trzeba mieć szczęście do ludzi” nie jest gołosłowne.

Odblokował się nam w ofensywie Semi Ojeleye, który od początku rozrywek świetnie prezentował się w defensywie, ale w ataku biegał zazwyczaj z rękoma w kieszeni. Mecz przeciwko Spurs był dla niego przełomowy. Od tego spotkania do klasyku z Lakers trafiał na poziomie 59% FG, będąc przy tym 8/15 zza łuku. Co więcej, widać, że cieszy się wielkim zaufaniem Stevensa i bardzo długo przebywał na boisku w Atlancie w decydującej kwarcie. W konsekwencji odwdzięczył się ważną trójką. Oby tak dalej! Pochwalić można Daniela Theisa, który zawsze wnosi na parkiet mnóstwo energii i jest naprawdę solidnym zmiennikiem. Dobrze w zespół wszedł również Marcus Morris, który w Orlando miał kłopoty z trafianiem z czystych pozycji, ale już z Lakers zanotował świetny mecz z 18 pts na koncie. Z kolei Smart chyba zapomniał jak układać rękę przy rzucie. Wiecie jaką miał skuteczność w sześciu poprzednich meczach? 14/50 FG, czyli poniżej 30%. Pora chyba zostawać po treningach na sali.

Ciemna chmura na horyzoncie

Na pięknym krajobrazie zaczyna pojawiać się cumulonimbus capillatus. Najbliższe mecze będą z gatunku tych, które pokażą realną siłę ławki i możliwości rotacji składem Stevensa. Nie ma Haywarda, Horforda i Tatuma, Morris wciąż jest na mniejszym lub większym limicie minut, więc wyrwa w statku Celtics jest ogromna i trzeba będzie nią odpowiednio łatać. Tylko prom już jest na otwartym morzu. Realnie patrząc, to na dzisiejszy mecz z Szerszeniami mamy dziewięciu zawodników gotowych do gry na optymalnym poziomie, którzy gwarantują nam odpowiednią jakość na parkiecie. W meczu z Hawks w back-to-back Stevens miał ten komfort, że mógł odpowiednio rozkładać siły, aby tych nie zabrakło na trudną końcówkę. I tak już w 1Q na boisku zameldowało się dziesięciu graczy. Z kolei w starciu z Lakers w rotacji pozostawała właściwie ledwie ósemka zawodników, gdyż Tatum szybko opuścił plac, a Shane Larkin zagrał sześć minut. Pojawia się więc problem, którego chyba obawialiśmy się najbardziej – kontuzje ważnych graczy i wąska rotacja. Najpierw Hayward, później uraz Smarta, problemy pozasportowe i zdrowotne Morrisa, a teraz Al i Jayson. Lista długa, a za nami dopiero trzy tygodnie grania. Swoją drogą Horford ma trochę pecha do tych urazów głowy, ponieważ w zeszłym sezonie z tego samego powodu był zmuszony opuścić kilka spotkań. Stevens ma więc do wykonania naprawdę trudne zadanie – odpowiednie zestawienie składu i dbanie o rozkład minut dla poszczególnych graczy. Margines błędu jest wąski i Celtics nie mogą sobie pozwolić na długie przestoje. Przed nami trudny okres, niezależnie od rangi rywala, z którym się będziemy mierzyć. W takich okolicznościach w każdym meczu trzeba będzie harować, aby móc dopisywać sobie kolejne wygrane do bilansu.

Szczypta krytyki do garnka zwycięstw

Czy można czepiać się zespołu, który ma serię dziesięciu wygranych? A no nieśmiało można, bo w ostatnich dniach Celtics w pewnych momentach grali po prostu źle i to trzeba sobie obiektywnie powiedzieć. Pierwszą połowę z Thunder odłóżmy na razie na bok. Zaczniemy od innej, chyba najbardziej nurtującej mnie w tym sezonie myśli. Szczerze? Zawsze mniej więcej w połowie drugiej kwarty odczuwam niepokój. Bez wyjątku. Ma to miejsce wtedy, gdy na parkiecie po naszej stronie biega piątka Rozier-Smart-Tatum-Ojeleye-Theis. Chłopaki wyraźnie nie czują się jeszcze komfortowo grając w takim ustawieniu. Przypomina mi to zlepek indywidualności, które zupełnie nie potrafią stworzyć silnego kolektywu. Przecież każdy z tej grupy ma mocne koszykarskie papiery, a jednak wspólnie na parkiecie wyglądają przeciętnie. Dobrze bronią jeden na jeden, ale mają już wyraźne problemy z zachowaniem odpowiednich odległości, odpowiednim przesuwaniem się za akcją i powstrzymywaniem akcji pozycyjnych rywala. W ataku również wszystko wygląda zazwyczaj topornie i głównie dzięki indywidualnym popisom zdobywamy punkty i nie pozwalamy rywalom na większy run. Stevens musi mocno pracować nad zespoleniem tego zestawu. Chłopaki potrzebują złapać automatyzm i nauczyć się siebie nawzajem. Inaczej bardzo trudno będzie im zbliżyć się do poziomu pierwszego unitu. Na dzień dzisiejszy wydaję mi się, że jednak piątka pozbawiona choćby jednego gracza z doświadczeniem jest po prostu zbyt ryzykowana. Ale Stevens wie co robi – z drugiej strony to właśnie teraz chce zgrywać ich ze sobą, aby na kolejnych etapach sezonu móc zebrać tego żniwa i mieć konkretną ekipę zmienników na PlayOffs. Trening to nie to samo co mecz, gdzie jest stawka, emocje, cruchtime, kontakt z prawdziwym rywalem. Ma to więc całkiem dobre uzasadnienie, co nie zmienia faktu, że na dzień dzisiejszy jest to dla mnie niepokojące.

Dziwnie weszliśmy też w mecz z Sacramento, ponieważ w pierwszym kwadransie meczu pozwalaliśmy Kings na notoryczne granie jednej akcji – wychodzenie zawodnika z narożnika boiska na czystą pozycję na mid-range po dwóch zasłonach. Dopiero później chyba zauważyliśmy, że przyjezdni z Kalifornii lubią taką zagrywkę i wychodziliśmy bardziej w głąb pola, minimalizując dobre pozycje na półdystansie.

Najwięcej uwag można też mieć w kontekście trzech ostatnich meczów. W Orlando i Atlancie zaczęliśmy grać nieco inaczej – zdecydowanie częściej staraliśmy się podawać piłkę z obwodu pod kosz, a to wychodziło nam w kratkę. A to wysocy nie opanowali mocnego podania, a to któryś z przeciwników był szybszy z interpretacją zamiaru podającego Celta i notował przechwyt. Kilka strat na tym złapaliśmy, ale to też można odbierać w ten sposób, że próbujemy jeszcze bardziej rozszerzać nasz repertuar w ofensywie. Wiecie, że uwielbiam Tatuma. Pisałem już o nim notę pochwalną w poprzednim odcinku. I nic się od tego momentu nie zmieniło, choć przyznam, że raz mocno na niego przeklinałem. Mamy mecz z Magic – trudny, pełen trudnej roboty, wygrany tym, że ani na moment nie straciliśmy na jakości i utrzymywaliśmy przez cały czas solidny poziom. Ale to wystarczało do tego, że przez większość spotkania mieliśmy średnio trzy posiadania przewagi. I nagle mamy kontrę. Niespotykaną, bo w układzie 4-1. Z piłką na kosz rusza Tatum, który zamiast obrócić głowę i zorientować się w sytuacji, zupełnie odrzuca myśl o podaniu do kogoś z trójki Horford/Rozier/Brown i stara się kończyć akcję samodzielnie. Troszkę nawet tak chciwie bym powiedział. Finalnie Tatum dostaje blok, próba drugiej szansy jest przez niego spudłowana i tylko przytomność Browna, który zebrał piłkę gdzieś z parteru spowodowała, że zdobyliśmy punkty. I tak z akcji, którą mogliśmy kończyć na setki różnych sposobów, Jayson wybrał rozwiązanie najgorsze z możliwych. Na tej małej próbce widać, że w tej lidze niezbędne jest doświadczenie. Zespół, zespół i jeszcze raz zespół – to jest motto zwycięzców, które musi być z zawodnikiem w każdej sekundzie jego pobytu na parkiecie.

Gdyby ktoś myślał, że gra back-to-back nie powinna mieć wpływu na dyspozycję drużyny i to w dodatku, gdy do pokonania był dystans z Orlando do Atlanty, czyli jakieś półtorej godziny z małym hakiem w samolocie, to spotkanie w Philips Arena powinno otworzyć mu oczy. Doskonale wiedzieliśmy czym Hawks pokonali Cavs, a mimo wszystko nie potrafiliśmy tego powstrzymać. Pick-and-roll grany przez parę Dennis Schröder-Dewayne Dedmon był właściwie jedyną bronią Jastrzębi, a mimo wszystko ci cały czas wysoko szybowali w tym meczu. Pisałem wyżej o błędach młodości w wykonani u Tatuma, to przyszedł czas na Browna, który na nieco ponad minutę przed końcem był zdecydowanie zbyt agresywny w obronie, co błyskawicznie wykorzystał Schröder dostając trzy osobiste. Na szczęście na placu był ktoś o nazwisku Irving i ten błąd nie miał dla nas negatywnych konsekwencji.

W spotkaniu z Lakers na własne życzenie się spociliśmy. Mieliśmy w początkowych fragmentach 2Q bezpieczne +21. Wytrawny bokser w takiej sytuacji przyspiesza jeszcze raz, wyprowadza kolejny cios i rywal jest w śpiączce. Celtowie z kolei zbyt szybko uwierzyli, że mecz jest wygrany i przez ten brak koncentracji zaprosili przyjezdnych do walki. W obronie byliśmy mało agresywni i momentami wręcz zapraszaliśmy Juliusa Randle’a do dopisywania kolejnych punktów w paint, a Jordana Clarksona na łatwy layup, tworząc mu tak szeroki korytarz, że brakowało jedynie rozwiniętego czerwonego dywanu. W klasyku słabo wyglądaliśmy w defensywie jeden na jeden, bo niektórzy mijali naszych niskich nawet bez konieczności stawiania zasłony. Przy okazji meczu z Lakers – widzieliście jaki słaby jest Andrew Bogut? Czy na sali jest ktoś, kto żałuje, że nie wybrał gry w Bostonie?

Zawodnik długiego tygodnia: Kyrie Irving

Wybór nie mógł być inny, choć fenomenalnie prezentował się również Horford, a po słabszym okresie Brown ponownie był Brownem z pierwszych meczów sezonu. Co tu dużo gadać – Wujek zadomowił się w Ogródku, a przeprowadzka mu służy. I nie popsuje tego cichy występ w jego wykonaniu z Magic. W każdym z pozostałych spotkań był liderem. W końcówkach niezawodny, skuteczny i konsekwentnie reżyserujący grę. Znakomicie grał przeciwko Spurs oraz w Oklahomie i Atlancie. Wykręcane statystyki mówią same za siebie – 22,7 PPG przy 47,7% FG, 2,7 RPG, 5,7 APG oraz 1,8 SPG. Takiego Irvinga chcieliśmy i takiego też Irivinga mamy. Chłopak gra z wielkim luzem, a jego akcje mogłyby być ozdobą wielominutowych highlightsów. Standing ovation Uncle Drew za te ostatnie sześć meczów! Nie jestem w stanie zliczyć ile razy przed matrycą laptopa machałem rękami podkreślając, że przed chwilą widziałem coś z innej koszykarskiej planety. Chyba nic więcej nie muszę pisać – każdy widział jak grał, a przede wszystkim co, kiedy i jak rzucał. Profesor!

Rozczarowanie długiego tygodnia: Pierwsza połowa w Oklahomie

Byłem rozczarowany – graliśmy koszmarnie, ale najbardziej frustrujące było to, że Thunder poza obroną strefową w pierwszej kwarcie niczym nas nie zaskoczyli. Grali w swoim stylu – basket oparty na atletyzmie Russella Westbrooka, który wjeżdżał w obręb łuku, a następnie rozrzucał cukierki do swoich kolegów poustawianych to na trójce lub półdystansie, to w pomalowanym. Z kolei Steven Adams stawiał betonowe zasłony, po których Irving na pewno miał kilka siniaków. Zespół OKC non stop wytrącał nas z rytmu i nie pozwolił nam ani na chwilę przejąć inicjatywy, bardzo często w niekorzystnych układach przerywając grę taktycznymi faulami. Nasza obrona była dziurawa jak szwajcarski ser – brak mobilności i koncentracji powodował, że momentami Patrick Patterson i Álex Abrines z juniorską łatwością bombardowali nas kolejnymi trójkami. To w jaki sposób rozstawiliśmy krycie przy wznowieniu gry z autu przez Thunder, kiedy posiadający solidną rękę na dystansie Patterson był zupełnie niepilnowany zza łukiem na wprost kosza, było dołujące. Takie rzeczy to nie błąd, to wielbłąd, jak mawia Jacek Gmoch. Byliśmy nadzwyczaj statyczni w ataku, przez co zupełnie nie mogliśmy znaleźć dogodnych pozycji rzutowych – w całej pierwszej kwarcie byliśmy zaledwie 6/20FG, zanotowaliśmy marne trzy asysty i ostatecznie zdobyliśmy ledwie 18pts, co stanowi nasze najgorsze wejście w mecz w tym sezonie. Właściwie całą grę ofensywną opieraliśmy na indywidualnych akcjach niskich graczy, którzy z biegiem czasu stracili pewność siebie, gdy dostali kilka ładnych bloków w paint. Kyrie postanowił chyba przez chwilę urlopować, bo w pierwszej połowie był 1/10 FG i nie miał żadnej asysty. Na palcach jednej ręki można było policzyć nasze akcje po współpracy backcourt z frountcourt. Jedynym plusem w tej pierwszej połowie był Tatum, który grał swoje, a trójka z ręką w nosie sprzed Melo była iście gwiazdorska. Do przerwy było tragicznie i zespół  Billy’ego Donovana konsekwentnie przeprowadzał egzekucję i szykował się na blowout. Na szczęście nigdy nie zasypiam przy takich meczach – koszykówka nauczyła mnie pokory przez te wszystkie lata. Tym razem znowu było warto. Comeback pierwsza klasa, gra duetu Irving-Horford na galaktycznym poziomie i zwycięstwo, która zapadnie w pamięć na wiele lat.

Rozkład jazdy: Hornets, Raptors, Nets

Już dziś do Ogródka przylatują Szerszenie, które w zeszłym sezonie ani razu nie potrafili użądlić Celtów, ostatecznie otrzymując od podopiecznych Brada Stevensa konkretny sweep. Ale to nie oznacza, że dzisiaj wygrana wpadnie nam do koszyka sama. Spotkania z Hornets zazwyczaj są wyrównane i ich losy na swoją korzyść przechylaliśmy większym spokojem w końcówkach. Kto wie co będzie tym razem. Steve Clifford zapewne już w samolocie nakręcał Kembę Walkera na match-up z Irvingiem. Ale ten sympatyczny łysy pan z NBA będzie miał oprócz tego chyba jeszcze inny pomysł, aby przerwać serię Celtów – w związku z absencją Horforda mnóstwo szkód w pomalowanym może zrobić nam Dwight Howard, który już podczas dwóch meczów sparingowych w ramach Preseason pokazywał dobrą formę. I ta forma wciąż jest, bo po jedenastu pojedynkach nowego sezonu osiąga średnie na poziomie 15,2 PPG i 13,4 RPG. Dodając do tego siłę fizyczną, której bardzo ciężko będzie przeciwstawić się Baynesowi i Theisowi – to może być klucz do meczu. Głowa Stevensa będzie musiała pracować na najwyższych obrotach, jeśli Superman zacznie latać nam nad obręczą. Aha, i jeszcze jedno warte odnotowania – nie będzie już w Ogródku spotkań braci Zeller. Jakoś tak zawsze lubiłem tych chłopaków. Przyjemnie patrzyło się na ich rywalizacje po przeciwnych stronach, którą czasami z żółtych krzesełek w TD Garden lustrował ich ojciec.

W niedzielę po raz pierwszy w sezonie zagramy o europejskiej porze. Cieszmy się, bo takich chwil zbyt dużo nie będzie. Tym bardziej należy ukłonić się do Adama Silvera, że na zakończenie nudnego, deszczowego weekendu, kibice w Polsce będą mogli obejrzeć hit Eastern Conference. Zagramy z Raptors, z którymi w zeszłym sezonie przegraliśmy serię w sezonie regularnym, a zrobiliśmy to na własne życzenie, tracąc w dwóch meczach prowadzenie dopiero w końcówkach. To też jest zresztą drużyna, z którą zawsze gra się nam ciężko i trudno nam przez cały mecz utrzymać odpowiednią intensywność i rytm gry. Ciekawią mnie dwie rzeczy – po pierwsze, czy Dwayne Cassey widząc nasze problemy z wstrzeleniem się zza łuku, zaryzykuje i zdecyduje się zagrać wysoką piątką, odpuszczając nam trochę miejsca na dystansie kosztem zabetonowania bezpośredniej przestrzeni pod koszem. A po drugie, starcie Browna z DeRozanem. Obaj o podobnych warunkach fizycznych i z podobną koszykarką charakterystyką. Podobni gracze naprzeciwko siebie w prestiżowym spotkaniu – ciekawe co z tego wyniknie.

Po meczach w Ogródku polecimy na Brooklyn i jeśli nic się nie zmieni, to może to być lot na mocniejszy rozruch. A co po Netsach? A no Panie! Po Netsach mamy mecz, na który czeka w tym momencie cała liga. Golden State Warriors na bostońskiej ziemi. Nie trzeba nic dodawać!

Let’s go Celtics!

Kopiuj link do schowka