Zwodniczy pierwszy sezon
tyreke-evans.jpg

Marzec 20th, 2017

Ocena zawodnika, czy też trenera, nie powinna być nigdy dokonywana po debiutanckim sezonie, gdyż jak pokazuje historia pierwszy rok nierzadko jest niezwykle mylący.

W ostatnich czasach bardzo szybko wydajemy oceny nt zawodników i ich potencjału. Na przykład Joel Embiid, został okrzyknięty następnym Olajuwonem, zanim postawił stopę na zawodowych boiskach. Po pierwszym meczu w NBA z kolei był pewniakiem do nagrody dla najlepszego pierwszoroczniaka. Koniec końców nagrodę zapewne odbierze Dario Sarić, a Embiid ma równe szanse na zostanie kolejnym Gregiem Odenem, co Hakeemem, choć niezaprzeczalnie talent ma niezwykły. Podobnie sytuacja ma się w drugą stronę. Emmanuel Mudiay czy Dante Exum mieli być kolejnymi dynamicznymi combo guardami i liderami, a nie spełnili oczekiwań. I choć są to przecież jeszcze niezwykle młodzi zawodnicy, to już po pierwszym słabym sezonie w ich wykonaniu hype de facto się skończył, a zaczęło coraz częstsze skreślanie.

Wyciąganie wniosków po pierwszym roku kariery bywa zwodnicze.

Oczywiście nie jest to złotą zasadą i wielu zawodników po rozegraniu fatalnego pierwszego sezonu, utrzymuje ten trend przez resztę, zazwyczaj krótkiej kariery. Analogicznie w przypadku wybitnych zawodników. Chciałbym się jednak skupić na graczach, oraz  w mniejszym stopniu trenerach, dla których kariera jest poniekąd zaprzeczeniem ich rookie sezonu. Zacznijmy od tych, którzy znacząco obniżyli loty.

Król Reke

Tyreke Evans to idealny zawodnik, gdy mówimy o mylnym pierwszym wrażeniu. Popularny Reke przyszedł do ligi w 2009 roku z numerem czwartym, trafiając do Sacramento Kings. Był to rocznik, który miał zostać zdominowany przez Blake’a Griffina, lecz ten w związku z kontuzją kolana odpadł z rywalizacji na cały sezon. Szybko pojawił się nowy faworyt, którym był Brandon Jennings. Wszystko za sprawą 55 punktów, które rzucił w listopadzie przeciwko Warriors. Im jednak dalej w sezon, tym bardziej Jennings spuszczał z tonu, a na pierwszy plan wysuwał się Evans, grając historyczny sezon.

Tyreke zakończył rozgrywki na poziomie 20/5/5 dołączając do grona zaledwie 3 zawodników o podobnych statystykach w sezonie debiutanckim, którymi byli Michael Jordan, Lebron James i Oscar Robertson. Wydawało się iż liga zyskała nową gwiazdę, a Sacramento lidera, który wprowadzi ich do playoffów. Nic bardziej mylnego – Tyreke nigdy nie był już blisko takich numerków. Po części przez kontuzje, po części przez eksperymenty i granie poza swoją nominalną pozycją, po części przez brak dobrego rzutu, co w nowoczesnej NBA utrudnia grę. Faktem jednak pozostaje, że po genialnym starcie stał się co najwyżej średnim zawodnikiem i obecnie jest zaledwie dodatkiem do wymiany Cousinsa, z którym nikt nie wiąże wielkich nadziei.

O.K. O.J.

Podobnie sytuacja ma się z innym obrońcą, którego obecnie nie ma już nawet w lidze, jakim jest O.J. Mayo. O.J. to trzeci wybór draftu 2008. Wybrany bezpośrednio przed Westbrookiem i Love, zatem nie najgorszy początek. Mayo pierwszy sezon w Memphis, miał bardzo solidny. Nie był to ten sam genialny poziom co Evans jednak statystyki na poziomie 18,5/4/3 z pozycji startera i 2 miejsce w głosowaniu ROTY to dobry start. Jeśli dodamy do tego młody trzon drużyny w postaci rookie Marca Gasola, drugoroczniaka Conley’a i trzecioroczniaka Gaya, Memphis mogło z optymizmem patrzeć w przyszłość.

Znów jednak okazało się, że pierwszy sezon to praktycznie wypadek przy pracy. W następnych latach O.J. sukcesywnie spadał ze swoim poziomem, podobnie jak Evans nie osiągając już podobnych wyników. Jedyny moment przebudzenia nadszedł po transferze do Dallas, gdzie szczególnie w pierwszej połowie sezonu 2012-13 rzeczywiście wyglądał jak dobra opcja na rzucającego obrońcę. O.J. postanowił po dobrym sezonie odstąpić od drugiego roku kontraktu i podpisał kontrakt z Milwaukee. Tam Mayo staczał się coraz bardziej, aż został zdyskwalifikowany za naruszenie przepisów narkotykowych.

Upadek Jeffa

Ostatnim przykładem, w tym wypadku trenerskim, będzie Jeff Hornacek. Gwoli wyjaśnienia, nie uważam Jeffa za złego trenera. Nie jest on według mnie tak dobry na jakiego się go kreuje, no i pasuje idealnie do tego schematu. Amerykanin pojawił się na stołku trenerskim w Phoenix w 2013 roku i momentalnie poprawił bilans zespołu o 23 zwycięstwa do poprzedniego roku. Przyspieszył styl gry, opierając się na dynamicznym duecie obwodowych, mianowicie Bledsoe i Dragiciu, co poskutkowało nominacją do All-NBA i nagrodą Most Improved Player dla tego drugiego. Hornacek do końca walczył o playoffy w Arizonie dając konkretny argument zwolennikom zmiany systemu awansu do finałowej fazy sezonu, gdyż z 48 zwycięstwami uplasował się na 9 miejscu. Tyle samo zwycięstw we wschodniej konferencji dałoby miejsce 3 w ówczesnym roku. Jeff zajął również drugie miejsce w konkursie na trenera roku, zaraz za Popovichem.

Wszyscy byli pełni nadziei na kolejne rozgrywki, te jednak przyniosły już tylko 39 zwycięstw i kolejny brak awansu. Pojawiły się za to nieporozumienia, gdy na obwodzie pojawił się kolejny zawodnik, coraz lepszy Isaiah Thomas. Następny sezon to już nieporozumienie i zwolnienie Jeffa w trakcie sezonu w związku z tragiczną grą zespołu. Obecnie jest trenerem Nowego Jorku, którego gra coraz rzadziej przypomina zawodowstwo, chociaż tam nie wiadomo też ile tak naprawdę trener ma do powiedzenia.

Złe miłego początki

Na drugim biegunie są gracze, którzy w pierwszym sezonie lekko mówiąc nie zachwycali. To co jest istotne, to że nie biorę pod uwagę zawodników jak Paul George, czy Jimmy Butler. PG-13 i Jimmy Buckets w swym pierwszym sezonie mieli na swojej pozycji liderów drużyny, ciężko zatem jednoznacznie określić, iż zawodzili w początkach kariery. Również kontuzje, które spowolniły chociażby Anthony’ego Davisa podczas jego rookie sezonu, poniekąd wykluczają niektórych graczy. Zwracam uwagę na zawodników, którzy nie mieli może idealnej sytuacji w debiutanckim sezonie, ale jednak zaprezentowali się znacznie gorzej niźli już w następnym roku, a którzy dziś są uznanymi nazwiskami w branży. Pierwszym z nich jest niegdyś czołowy rozgrywający ligi, obecnie backup Kyrie Irvinga, a mianowicie Deron Williams.

Deron wybrany z trzecim numerem draftu 2005, bezpośrednio przed Chrisem Paulem, miał być kolejnym wielkim rozgrywającym w Salt Lake City i następcą legendy klubu, Johna Stocktona, który odszedł na emeryturę zaledwie 2 sezony wcześniej. Jednakże w pierwszym roku Williams grał niezwykle chimerycznie i zaczynał z ławki, po to aby dostać się do pierwszego składu, a następnie znów powrócić z biegiem sezonu na ławkę. Było to bolesne o tyle, że pierwszy skład nierzadko przegrywał z graczami pokroju Keitha McLeoda, czy Milta Palacio. Generalnie nie zachwycał, i choć 10,8 punktu i 4,5 asysty nie wyglądają źle, to jednak w porównaniu z największym rywalem, Williams wypadł bardzo blado, zajmując jednocześnie odległe 6 miejsce w rankingu debiutantów.

Następny sezon jednak to już czołówka ligi i spory skok statystyk do 16,2 pkt i 9,3 ast., a także bilansu 51-31. Od drugiego sezonu Williams był już czołową „jedynką” ligi i choć jego kariera nie potoczyła się idealnie to jednak słaby pierwszy sezon nie może być uznawany za papierek lakmusowy dla tego gracza.

Drugi gracz na tej liście to jeden z liderów na Północy, uwielbiający półdystans DeMar DeRozan. Pojawił się w Toronto w 2009 roku i choć zaczynał ponad 60 meczów, to notował skromne 8,6 punktu i nie był na tyle obiecującym wsparciem dla zespołu, aby powstrzymać Chrisa Bosha przed odejściem. Do ROTY nie był nawet brany pod uwagę. Jednakże to on, a nie Tyreke Evans z tego samego draftu stał się dominującym obrońcą. Już w następnym sezonie DeRozan wystrzelił na przeszło 17 punktów i pokazał, że może być wartościową opcją w ataku. Od tamtego czasu jego rola tylko rosła, aż doszła do momentu z zeszłego sezonu, gdy stał się liderem drużyny realnie aspirującej do grania w Finałach NBA.

Niewypał Tommy’ego Guna

Trzeci przykład jest troszkę zamierzchły, lecz ciężko trafić w tej lidze na trenera, który pierwszy sezon rozgrywa fatalny, aby później wygrywać mistrzostwa, czy statuetki COTY. Gregg Popovich, czy Brad Stevens i inni ich pokroju odpadają od razu – Pop dostał kontuzję czołowego zawodnika na wstępie, a do wyciągnięcia był Duncan więc nie było sensu forsować niczego, a Stevens miał najzwyczajniej w świecie słabą drużynę. Trafił się jednak w historii trener debiutant, który mimo dobrej drużyny pierwszy sezon miał zły, aby już w następnym pokazać się z bardzo dobrej strony. Była nim prawdziwa legenda Celtów – Tommy Heinsohn.

Pierwszy sezon pod wodzą nowego coacha, lekko mówiąc nie wyszedł drużynie Celtów.

Dążący do three-peatu zawodnicy z Massachusetts, nie zakwalifikowali się nawet do playoffów, osiągając słabiutki rezultat 34-48. Co prawda wpływ na to miało odejście wielkiego Billa Russella i równie niezastąpionego strzelca jakim był Sam Jones, lecz brak playoffów dla dwukrotnych mistrzów nie można określić inaczej niż blamażem. Tym bardziej, że w składzie pozostał znakomity Havlicek, doszedł Jo Jo White, a zawodnicy pokroju Toma Sandersa, Larry’ego Siegfrieda, czy Bailey Howella mieli mistrzowskie doświadczenie i byli ważnymi elementami układanki.

Następny sezon jednak, był już zdecydowanie lepszy i tylko ze względu na niesprawiedliwe zasady Boston nie wszedł do playoffów. Celtics, mimo trzeciego wyniku w swej konferencji nie dostali się do fazy posezonowej, gdyż wchodziły do niej dwie najlepsze drużyny dywizji, a w tej zawodnicy z Boston Garden byli trzeci. Drugi sezon to jednak nie tylko poprawa wyników, ale także nagroda ROTY dla Dawe’a Cowensa.

Reszta to już historia – Heinsohn stworzył z Bostonu dominującą drużynę, która dwukrotnie na przestrzeni następnych kilku sezonów zdobyła mistrzostwo i nigdy nie zszedł poniżej 50% zwycięstw (poza sezonem w którym został zwolniony, tam jednak trenował przez zaledwie 34 spotkania).

***

Jak pokazują niezliczone kariery, pierwszy sezon często pozostawia mylne wrażenia na temat zawodników, czy trenerów. Do pierwszych poważnych i wiążących ocen powinna zatem być potrzebna większa próbka możliwości, choć przecież na mistrzowski poziom wchodzą również zawodnicy, którzy przez lata nie wyróżniali się niczym nadzwyczajnym, ale to już inna historia.